,

„Nie znałem drugiego tak różnorodnego artysty w Polsce” – Antek Sojka, Marcin Sojka i Andrzej Tyszko [WYWIAD]

„Soyka / Stańko” to dokument dwóch jednodniowych, eksperymentalnych sesji, podczas których trębacz w pełni prezentuje swój kunszt improwizatora, a wokalista udowadnia, jak biegłym jest pianistą, prawie w ogóle… nie śpiewając. O tym niezwykłym odkryciu mieliśmy okazję porozmawiać z synami Stanisława Soyki, Antkiem i Marcinem Sojką, oraz fotografem Andrzejem Tyszko, którego wybitne zdjęcia znalazły się w…

fot. materiały prasowe

„Soyka / Stańko” to dokument dwóch jednodniowych, eksperymentalnych sesji, podczas których trębacz w pełni prezentuje swój kunszt improwizatora, a wokalista udowadnia, jak biegłym jest pianistą, prawie w ogóle… nie śpiewając. O tym niezwykłym odkryciu mieliśmy okazję porozmawiać z synami Stanisława Soyki, Antkiem i Marcinem Sojką, oraz fotografem Andrzejem Tyszko, którego wybitne zdjęcia znalazły się w wydaniu winylowym tego albumu.

Jak to możliwe, że po niemal 40 latach odnalazł się materiał, który znalazł się na albumie „Soyka / Stańko”? Czy faktycznie wcześniej nie wiedzieliście o jego istnieniu?

Andrzej Tyszko: Kiedy o tym teraz myślę, to faktycznie mogłem o tym wiedzieć. Tomek Stańko mówił mi o różnych projektach, ale o tym nie pamiętałem. W końcu minęło prawie 40 lat. Poszukiwania tego materiału zrodziły się z tęsknoty za tymi dwoma artystami i, co się okazało, w przepastnym archiwum udało się go zlokalizować. Dla nas wszystkich było to dużą niespodzianką. Wiedział o nim Tadeusz Sudnik, który realizował te nagrania. W zasadzie to on powiedział, że coś takiego robił. Wtedy redaktor, a także researcher Agencji Muzycznej Polskiego Radia Adam Domagała wpadł na ich trop.

Antek Sojka: Adam Domagała przygotowywał też duże wydawnictwo związane z twórczością Tomasza Stańki i podczas przeglądania różnych archiwów natrafił na ten projekt. Podobno niektórzy redaktorzy z Polskiego Radia znali ten album, ale nikt poza nimi nie słyszał wcześniej tego materiału. I faktycznie Tadeusz Sudnik przypomniał sobie jako pierwszy, że takie nagrania gdzieś istnieją.

Czy w archiwach Polskiego Radia mogą znajdować się jeszcze inne zapomniane materiały związane z twórczością Stanisława Soyki?

Antek Sojka: Na pewno w archiwach jest bardzo dużo różnych nagrań, do których nie mamy żadnego dostępu. Chcielibyśmy dążyć do tego, żeby odkrywać więcej i wierzę, że na wszystko jeszcze przyjdzie czas.

Co było dla Was najbardziej zaskakujące podczas pierwszego odsłuchu tego materiału?

Marcin Sojka: Na pewno jest to rzecz ponadczasowa. Album jest zapisem jakiegoś momentu – to zapewne również wynik czasów, w jakich wtedy żyli. Nie bez znaczenia była rzeczywistość, która ich otaczała, i to, co działo się w ich osobistych życiach. Zarazem jest to muzyka improwizowana, która może sobie podróżować przez czas i przestrzeń. Już samo to, że taki materiał istnieje, było dla nas czymś bardzo zaskakującym.

Format duetu w muzyce improwizowanej jest czymś specyficznym, bo każdy z nich miał dużą przestrzeń, którą mógł zagospodarowywać. Specyficzna jest tu na przykład dynamika. Słychać, że Stańko jest mistrzem trąbki i czuje się w tym projekcie niezwykle swobodnie. Tata natomiast miał własny sposób gry na fortepianie, bo nie był pianistą w takim klasycznym rozumieniu tego słowa jak na przykład Andrzej Trzaskowski czy Marcel Baliński. Miał dużą świadomość, wiedzę i potrafił operować dynamiką – miał świetny time. To było fascynujące usłyszeć go w takim wydaniu.

Andrzej Tyszko: Spotkały się dwa różne światy, a powstała naprawdę niesamowita muzyka. Obydwaj byli melodystami. Warto podkreślić, że Tomek dużo improwizował, ale zawsze pojawiał się u niego piękny temat. Staszek natomiast melodię miał wpisaną w to, co tworzył. Na tym albumie nie ma jednak zbyt wielu melodii, a mimo to powstał tak fascynujący twór.

Mnie ta muzyka towarzyszy od czterech tygodni i w ogóle mi się nie nudzi, a wręcz coraz bardziej mi się podoba. Trzeba w nią wniknąć, poznać ją i wtedy odnajduje się jej piękno.

Marcin Sojka: Zaskakujący jest dla mnie ten oszczędny, czasem niemal szkicowy charakter tej muzyki. Świetny i zaskakujący jest ten moment gdzie tata śpiewa kilka długich dźwięków.

fot. materiały prasowe

W jaki sposób zapamiętaliście swojego tatę przy fortepianie poza studiem nagraniowym, w bardziej osobistych sytuacjach?

Marcin Sojka: Tak jak dla Stańki instrumentem, w którym zdobył czarny pas, była trąbka, tak dla taty był nim głos. Fortepian był dla niego instrumentem towarzyszącym, sam o sobie nie myślał jak o pianiście. Jednocześnie przy samym towarzyszeniu głosu z fortepianem był w stanie wytworzyć coś kompletnego, co było dla wszystkich magnetyzujące.

Mama opowiadała, że w wieku 16 lat na przerwach w Liceum Muzycznym siadał przy pianinie, grał Raya Charlesa i uczył się piosenek soulowych, a wokół niego gromadził się tłum kolegów i koleżanek z klasy.

Antek Sojka: Mam obraz taty przy pianinie. A takie ikoniczne obrazki, gdy siedzi z piórem nad pięciolinią, są w mojej wyobraźni, choć zapewne też tak pracował. W ogóle raz w życiu, gdy mieszkał na Paryskiej, miał w domu fortepian, bo to jednak duży instrument. Zawsze miał pianino, ale ja pamiętam go siedzącego przy stole, czytającego książki.

Poza tym on uważał, że grać to można na scenie, a poza nią wolał się spotkać, porozmawiać. Pamiętam go też z gitarą, bo ten instrument był mu bliski, szczególnie w czasie, gdy grał z Yaniną. Poza tym do komponowania zabierał małe pianinko, 88 klawiszy, i gdzieś wyjeżdżał, żeby tworzyć. On nie potrzebował wielkiego fortepianu, żeby pisać muzykę.

A jakiej muzyki Stanisław Soyka słuchał w domu?

Marcin Sojka: Słuchał dużo klasyki – Bacha i Beethovena. Lubił też jazz, na przykład Milesa Davisa.

Antek Sojka: Ale może być to zaskakujące, bo lubił też słuchać Radiohead, Paula Simona, Boba Dylana, a nawet Björk – szczególnie płyty „Post”. The Rolling Stones byli mu bliscy – byłem z nim nawet na koncercie tego zespołu. Pewnie łatwiej jest powiedzieć, czego nie słuchał. Na pewno miał różne okresy związane ze słuchaniem muzyki.

Marcin Sojka: W ostatnim czasie był zafascynowany płytą Milesa Davisa „In a Silent Way” z 1969 roku. To był przy okazji pierwszy album, dzięki któremu ja złapałem bakcyla na jazz jakieś 15 lat temu.

Antek Sojka: Często słuchał też „Kind of Blue” Davisa i kilka razy mu ten album ukradziono. To były jeszcze czasy, gdy radia samochodowe miały wejście na płyty kompaktowe i kiedy kradziono mu je z auta, to razem z tą płytą, bo ciągle jej słuchał. Kupował więc ten album wielokrotnie. Zresztą jest to świetna płyta, której wciąż można słuchać na nowo.

Podobnie jak albumu „Soyka / Stańko”, który można odkrywać na wiele sposobów.

Marcin Sojka: Na pewno podczas kolejnych odsłuchów można zwrócić uwagę na inne rzeczy związane z tą muzyką. Podczas słuchania towarzyszyła mi więc fascynacja, ale też zdziwienie, dlaczego nie zwróciłem wcześniej uwagi na pewne rzeczy.

Album składa się z dwóch części, nagranych w nieco innych momentach. „Suita zaduszna” powstała w listopadzie 1988 roku, natomiast w sierpniu tego samego roku Soyka i Stańko zarejestrowali w pełni improwizowaną suitę „Medula oblongata”. Jakie różnice słyszycie w tych dwóch częściach albumu?

Antek Sojka: Czyli mamy lato i taką późną jesień. To są więc dwa różne zapisy momentów, na które składają się aktualna kondycja muzyków, aktualny stan myśli i przeżyć. To wszystko udało się bardzo czytelnie zarejestrować w tych nagraniach.

Andrzej Tyszko: Ja bym podszedł do tej płyty jeszcze inaczej. Ona różni się od innych tym, że ja wziąłem w niej udział, bo zawiera dwie fotografie, które można sobie wyjąć, włożyć w ramki i powiesić na ścianie. Nie zawiera zdjęć na okładce, ale są za to w środku pięknie wydrukowane fotografie, które dla mnie są bardzo ważne.

fot. Andrzej Tyszko

Co to była za sesja zdjęciowa?

Andrzej Tyszko: To były zdjęcia, które nie powstały do tego konkretnego projektu. Fotografowałem wtedy Tomka i Staszka bardzo często, bo było wiele zapotrzebowania na różne wydawnictwa fonograficzne. Właściwie co roku miałem z nimi nowe sesje. Kiedy znaleziono te nagrania, starałem się odszukać zdjęcia dokładnie z tamtego okresu, tak by pasowały do tego albumu. Uważam, że jest to wyjątkowa wartość dodana do muzyki, dlatego warto zakupić winyl, by mieć w dużej wersji dwie fotografie.

I co ciekawe, najpierw wybrałem zdjęcia, a dopiero później dostałem muzykę z tego albumu do posłuchania. Później, podczas odsłuchu, zmieniłem koncepcję i wybrałem inne fotografie, które, uważam że, doskonale pasują do tego projektu. One oddają ten nastrój i spokój, który gdzieś w tej muzyce drzemie. Oddają harmonię i wewnętrzne skupienie oraz siłę którą w tej muzyce słychać od pierwszych dźwięków.

Czy zastanawialiście się, jak muzyka z tego albumu zostałaby odebrana w czasach, w których powstała, czyli w 1988 roku?

Andrzej Tyszko: Myślę, że dobrze, że ta płyta czekała w zamrożeniu, bo w tamtym czasie mogłaby zniknąć pośród innych nowości, bardziej spektakularnych wydarzeń, które nie potrzebują skupienia. W tamtym czasie ukazywały się rzeczy bardziej przebojowe, a ta muzyka wymagała wejścia w nią, poświęcenia jej więcej uwagi. Wspaniale, że ta muzyka doczekała się wydania.

Na płycie odnaleźć można wiele ciekawostek, a jedną z nich jest przebojowy pochód akordów w ostatniej części „Suity zadusznej”, który w przyszłości stanie się podstawą piosenki „Play It Again” ze słynnego albumu „Acoustic”.

Marcin Sojka: Faktycznie jest tam kilka ciekawostek i rozumiałbym, gdyby mój tata w tamtym czasie nie chciał wydać tej płyty, bo to jest jeszcze nieokrzesany pomysł. Z dzisiejszej perspektywy jest to mega ciekawe, usłyszeć coś, co dopiero w przyszłości stanie się utworem. To dla mnie osobiście jest bardzo wartościowe.

Antek Sojka: Dzięki upływowi czasu ten projekt ma interesujący wymiar także dzięki Andrzejowi, bo to się wszystko razem spina w jedną klamrę. Nawet to, że my się teraz spotykamy, ma duże znaczenie. Ja znam Andrzeja od dziecka, ale to on był bliskim kolegą taty.

Zastanawiam się, czy oni w tamtym czasie po nagraniu posłuchali tego materiału, bo mógłbym domniemywać, że nie, ale o to należałoby zapytać Tadeusza Sudnika. Może oni to nagrali i stwierdzili, że nie będą tego wydawać z jakiegoś powodu, i materiał trafił do archiwum.

Marcin Sojka: Ale może teraz chcieliby to wypuścić w świat? Ja sam spotykam się z jakimiś muzykami, żeby poimprowizować i coś tam nagrywamy, ale nie z zamiarem, że musi to zostać wydane.

Andrzej Tyszko: Żal mi bardzo, że oni nie mogą teraz znowu tego posłuchać i zobaczyć, jak to zostało wydane.

Gdybyście mogli teraz razem ze Stanisławem Soyką posłuchać albumu „Soyka / Stańko”, czego chcielibyście się od niego dowiedzieć na temat tego projektu?

Marcin Sojka: Pewnie zapytałbym o bardzo prozaiczne rzeczy – jaki to był dzień, co robili między czasie, co jedli, gdzie poszli po nagraniach, co się działo dookoła.

Andrzej Tyszko: Ja bym pewnie im pogratulował i żałował, że w tamtym czasie nie nagrali więcej muzyki. Na pewno był to pomysł, który można było rozwinąć.

A gdybyście mieli zaprezentować ten album komuś, kto zna Stanisława Soykę jedynie z piosenek, co byście mu powiedzieli?

Antek Sojka: To jest taka płyta, którą można sobie puścić, żeby zwyczajnie pobyć z tymi muzykami po 20 minut każdej strony winyla. Choć muszę nadmienić, że na płycie kompaktowej jest jeden utwór więcej, dlatego można sięgnąć po obie wersje tego albumu. Tym bardziej, że kompakt nie idzie w zapomnienie, bo niedawno w USA odnotowano 14-procentowy wzrost sprzedaży tego fizycznego formatu.

Ta płyta jest brakującym ogniwem w twórczości taty, bo jak powiedział Piotr Metz – tata był od Watykanu po Jarocin, a więc to znaczy, że nagrywał różnorodną muzykę, nawet sakralną. Brakowało w jego dyskografii właśnie takiego nieco undergroundowego, improwizowanego jazzu.

Andrzej Tyszko: Nie znałem drugiego tak różnorodnego artysty w Polsce. Stworzył wiele duetów w różnymi muzykami w różnych stylach Sięgał po teksty wielu poetów, tworząc znakomitą muzykę choć sam pisał doskonale. Moim zdaniem był także poetą.

Marcin Sojka: Jeśli lubisz Staszka Soykę – to jak śpiewa i jakim był muzykiem – posłuchaj go w tak zacnym towarzystwie. Sięgnij po ten album nawet jeśli na jednym przesłuchaniu miałoby się zakończyć twoje słuchanie tej płyty.

Czy są takie utwory Stanisława Soyki, które po jego śmierci odbieracie inaczej?

Marcin Sojka: Przyznam, że nigdy nie byłem fanem piosenki „Życie to krótki sen”, ale gdy słyszę wykonanie z próby podczas tego smutnego Festiwalu w Sopocie, to jest ono dla mnie wyjątkowo mocne. To wykonanie, w którym czujesz ciężar każdego słowa wypełniającego ten utwór.

Antek Sojka: Ja mam tak na pewno z „Sonetem 66” Szekspira. Zawsze bardzo lubiłem ten sonet. Tata mówił: „To mój ulubiony sonet”, gdzie padają słowa: „W śmierć jak w sen odejść pragnę, znużony tym wszystkim”. Jeśli pomyślę, że tata umarł, mając 66 lat, to pogłębia to ciężar tego utworu.

Po śmierci taty szybko nauczyłem się grać go na pianinie dla siebie, bo śpiewanie tego utworu sobie daruję – to jest dla mnie zbyt trudne. To jest piosenka, która w dzisiejszym czasie jest dla mnie zupełnie czymś innym niż kiedyś. Słyszałem ją podczas koncertów, gdy wykonywał ją tata, ale dopiero teraz robi na mnie ogromne wrażenie.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski


  • Dżem – „Sobie potrzebni” [RECENZJA]
  • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej