
„Halo, co jest grane?” to trzeci studyjny album Darii ze Śląska. Artystka ponownie zaprasza nas do świata szczerych i osobistych historii, jednak tym razem patrzy nieco szerzej. O nowej muzyce, a także o czystych emocjach i życiu w biegu mieliśmy okazję porozmawiać z twórczynią.
fot. materiały prasowe (Adam Słaboń)
Mam wrażenie, że przy tej płycie wszystko – muzyka, oprawa wizualna, klimat – tworzy jeden bardzo konkretny, a przez to spójny świat.
Daria ze Śląska: Tak samo było przy poprzednich płytach, ale tutaj chyba najmocniej. Po raz pierwszy stanęłam za tym projektem aż tak osobiście. Zajmowałam się nie tylko muzyką i tekstami, ale też dbałam o jakąś wspólną wizję scenograficzną, poligraficzną, scenopisarską, czy to jak wygląda scena. Tych wątków było znacznie więcej niż wcześniej.
Sama idea „Halo. Co jest grane?” pierwszy raz pojawiła się wraz z numerem „Miłość itd.” i z tego wszystkiego, co się wokół niej wydarzało. Ten tekst pojawił się literalnie w refrenie, ale później zaczęłam dostrzegać, że kolejne piosenki opowiadają o podobnych emocjach i podobnym stanie zagubienia. O takim pytaniu: „co jest ze mną grane?”, dlaczego czasem czegoś nie powiedziałam czegoś się bałam albo na coś się nie godziłam. I nagle okazało się, że te utwory układają się w jedną historię.
Czy przy trzeciej płycie byłaś jeszcze tak bardzo zadaniowa jak to bywało wcześniej? Wciąż czujesz, że wszystko musisz sama dopilnować?
Daria ze Śląska: Jeszcze bardziej. Ale to też wynika z doświadczenia. Przy pierwszej płycie wchodziłam do wytwórni kompletnie nieświadoma tego, jak ten świat działa. Liczyłam na ludzi, którzy wiedzą więcej ode mnie i dobrze na tym wyszłam. Z czasem jednak sama nauczyłam się bardzo wielu rzeczy. Dzisiaj lepiej wiem, na czym mi zależy dlatego pilnuję szczegółów i bardzo angażuję się we wszystkie procesy. Pracuję z ludźmi, którzy mnie rozumieją i wiedzą, co lubię, a czego nie. Gramy do jednej bramki, ale ja finalnie wszystkiego doglądam.
Nie masz czasem poczucia, że wszystko dzieje się za szybko? Trzy płyty w cztery lata to naprawdę intensywne tempo.
Daria ze Śląska: Jest szybko, absolutnie. Ale jednocześnie ja bardzo to lubię – lubię twórczo pracować, bo dla mnie, to nie jest do końca praca. Oczywiście bywają momenty, kiedy byłam totalnie zmęczona i miałam ochotę powiedzieć: „Boże, nie mam już siły”, ale i tak siadałam później do komputera i coś robiłam. To trochę taki nałóg i jak każdy nałóg, sprawia mi to przyjemność. Chociaż wiem też, że po tej płycie powinnam zrobić sobie odpoczynek, pozbierać myśli, pocieszyć się albumem.
A potrafisz w ogóle odpoczywać?
Daria ze Śląska: Szczerze? Nie bardzo. Dwa dni wolnego to już dla mnie wyzwanie. Nawet kiedy jadę na wakacje, potrafię sama sabotować wyjazd. Odkładam pakowanie, opóźniam Ubera, wszystko po to, żeby przypadkiem nie polecieć. Myślę, że to wynika ze specyfiki zawodu i ciągłego napięcia i adrenaliny. Człowiek cały czas funkcjonuje w ruchu, a później nagle robi się cisza i nie wiadomo, co ze sobą zrobić.
W jaki sposób „konsumujesz” swoje życie artystyczne? Czy dziś umiesz już bardziej celebrować własne sukcesy?
Daria ze Śląska: Chyba jeszcze się tego uczę. Dla mnie „konsumowanie” życia artystycznego to byłoby właśnie takie świadome zatrzymanie się i powiedzenie sobie: „kurczę, zrobiłam coś ważnego”. A ja zazwyczaj lecę dalej. Na szczęście, czasem się znajdą moi ludzie, którzy mi przypominają o tym zatrzymaniu albo robią subtelne podchody jak np. mąż, który wrzucił mi do torby moje ulubione ciasteczka. To są moje małe formy świętowania. Nigdy nie miałam też czegoś takiego, że po wydaniu siadam dla przyjemności i słucham własnej płyty od początku do końca.
Ponoć to twoja najbardziej osobista płyta. Na czym to polega?
Daria ze Śląska: Zgodzę się, aczkolwiek zaczęłam też bardziej obserwować nie tylko siebie, ale ludzi wokół. Na pierwszej płycie dużo było rozterek miłosnych, trudnych emocji i przeżyć związanych ze mną samą. Tutaj jest więcej obserwacji relacji, absurdów, komunikatów, które dostajemy od innych. Ta płyta ma też dwa kolory – niebieski i czerwony. Część „Halo” jest bardziej melancholijna, liryczna i taka „starodariowa”, a „Co jest grane” jest bardziej agresywne, odważne i muzycznie eklektyczne. Tam dzieje się znacznie więcej.
To właśnie słychać szczególnie w drugiej części albumu. Mam wrażenie, że jest tam więcej złości i odwagi.
Daria ze Śląska: Tak, dokładnie o to chodziło. Nawet numer „JPRDL” jest odpowiedzią na wszystkie komunikaty, które dostawałam ja ale też o tym, co dzieje się w internecie – o komentowaniu wyglądu, ocenianiu ludzi, o presji, która najpierw jest zewnętrzna, a później staje się wewnętrzna. Człowiek zaczyna nosić te słowa w sobie.
Mam też wrażenie, że na tej płycie jest więcej emocjonalnego zmęczenia niż romantyzowania relacji.
Daria ze Śląska: Absolutnie. To już nie jest malowanie trawy na zielono. To raczej spojrzenie z perspektywy czasu i uświadomienie sobie, jak wielu rzeczy się nie widziało, bo po prostu się kochało, wierzyło, ufało. I o tym też jest ta płyta — o naszej naiwności, o nadziei wpisanej w miłość i o konsekwencjach tego wszystkiego.
Wydaje mi się też, że bardziej świadomie pozwalasz sobie być „inną” niż wcześniej.
Daria ze Śląska: Tak, bo zrozumiałam, że nie muszę być cały czas konsekwentnie taka sama. Miewałam myśli, że ludzie poznali mnie jako melancholijną Darię, to muszę się tego trzymać, bo inaczej ich zawiodę. A przecież ludzie się zmieniają. Zmieniają zdanie, dojrzewają, przeżywają różne rzeczy. I ja też mam do tego prawo. „Trudno jest być sobą” to bardzo ważna dla mnie piosenka, bo właśnie od niej zaczął się cały proces myślenia o tym, że niewiedza też jest okej i nie trzeba mieć zawsze gotowej definicji samego siebie.
Jak dziś patrzysz na swoje pisanie tekstów z perspektywy czasu? Czujesz, że ten warsztat się zmienił?
Daria ze Śląska: Na pewno. Myślę, że jeszcze bardziej weszłam w storytelling. Coraz bardziej interesują mnie konkretne historie i obrazy. Jednocześnie chciałabym kiedyś spróbować czegoś bardziej poetyckiego, ale takiego poetyckiego w przyziemny sposób. Aż się sama dziwię, że to mówię, choć to raczej dla sprawdzenia swojego warsztatu, z ciekawości. Kiedy zaczynałam, słyszałam często, że za dużo poetyzuję i nie wiadomo, o czym właściwie śpiewam. Teraz staram się pisać bardziej precyzyjnie.
A wokalnie? Masz poczucie, że też się zmieniasz?
Daria ze Śląska: Tak, choć to też jest trudny proces. Jakiś czas temu miałam zabieg podcinania wędzidełka języka i nagle okazało się, że pamięć mięśniowa działa inaczej. Chodzę do logopedy, uczę się pewnych rzeczy od nowa i to bywa stresujące. Ale się nie poddaje. Są ludzie, którzy potrafią powiedzieć mi szczerze, że coś jeszcze nie działa. Czasami z tego powodu zaboli ego, ale jest to bardzo potrzebne.
I mimo wszystko nadal nie próbujesz być kimś innym jako wokalistka.
Daria ze Śląska: Nie, bo już chyba zaakceptowałam, że nie muszę robić wokalnych salt, żeby historia wybrzmiała. Może nawet nigdy już ich nie osiągnę. Zobaczymy. Nie każdy musi być wielkim głosem. Jedni lubią techniczną perfekcję, a inni wolą emocje i charakter. Jednych będzie drażniło to, jak śpiewam, a inni właśnie za to będą mnie lubić. I chyba to jest okej.
Na nowej płycie pojawiają się nowe nazwiska. Jak doszło do Twojej współpracy z Patrickiem The Pan?
Daria ze Śląska: Wcześniej współpracowałam, m.in. z chłopakami z Mitch & Mitch czy z Pawłem Krawczykiem z Hey, więc tych muzycznych spotkań było już trochę. Tym razem sama napisałam do Patricka The Pan. Miałam taki numer „Ciężki plecak”, emocjonalny bagaż i pomyślałam: „dobra, wysyłam mu tę kompozycję”. Prywatnie właściwie się nie znaliśmy, kojarzyliśmy się jedynie przelotnie. Okazało się później, że Patryk miał dwa muzyczne marzenia – chciał zrobić piosenkę ze mną i z zespołem Lor. Pomyślałam wtedy: „No super, wszystko się pięknie złożyło”. Pojechałam do Krakowa i zaczęliśmy razem pracować nad utworem.
Na tej płycie pojawia się Fisz. Mam wrażenie, że bardzo ciągnie Cię do współpracy z ludźmi, którzy mają coś ważnego do powiedzenia w tekstach.
Daria ze Śląska: Zdecydowanie. Dla mnie tekst jest najważniejszy. Zawsze szukam ludzi, którzy potrafią pisać naprawdę dobrze. Podziwiam jak pisze Kasia Nosowska, ostatnio odkryłam Spiętego. Bardzo dużo znajdowałam za to w rapie, bo po prostu tego słuchałam. Kiedy trafiam na coś, co łapie mnie tekstowo, to od razu czuję ekscytację. A kiedy myślę o swojej piosence i zobaczę, że jest jakieś miejsce, żeby ktoś powiedział coś jeszcze, tak jak np. Fisz. To nie chodzi o to, żeby kalkulować, że „jest Fisz”, tylko o to, że dzięki temu utwór stanie się jeszcze lepszy.
Jak narodziła się właśnie ta współpraca z Fiszem?
Daria ze Śląska: Ta historia jest bardzo ciekawa, bo sam tekst powstał dużo wcześniej. Półtora roku przed nagraniem napisałam go do zupełnie innego projektu, ale muzycznie, było mi z tym nie po drodze i odpuściłam, czekałam na lepszy moment. Któregoś dnia przyniosłam ten gotowy tekst i melodie chłopakom z zespołu. Zaczęliśmy wspólnie budować aranż na próbach. W pewnym momencie Tomek Kasiukiewicz powiedział: „Masz ten numer, to może zapytaj Fisza czy się dogra?”. Byłam przekonana, że się nie zgodzi, ale napisałam. I się zgodził. Co więcej, dopisał do tego utworu kolejny wątek, który idealnie rozszerzył całą historię.
To jest też piosenka o zmęczeniu i bezsilności?
Daria ze Śląska: Trochę tak. O takim momencie, kiedy człowiek już naprawdę nie ma siły. To jest właśnie ten etap, kiedy bardziej marzysz o tym, żeby napić się herbaty i pójść wcześniej spać niż szaleć do rana. Ja już mając 25 lat chodziłam na imprezy z kanapkami w plecaku, bo wiedziałam, że zgłodnieję. Od zawsze byłam trochę „starą maleńką”. Mam w sobie coś takiego, że mentalnie chyba od dawna mam osiemdziesiąt lat.
Przy okazji warto przypomnieć, że wciąż ciągnie Cię do alternatywy i rapu. Znałaś wcześniej twórczość Fisza?
Daria ze Śląska: Ja w ogóle odkryłam rap stosunkowo późno. Kiedyś jechałam samochodem z moim byłym chłopakiem i puścił mi płytę Fisza. Najpierw poleciały jakieś dziwne odgłosy, później wszedł rap i nagle pomyślałam: „Kurczę, to jest świetne”. Wtedy zaczęła się moja miłość do rapu. Wcześniej wydawało mi się, że polski rap to tylko przeklinanie i gadanie o niczym. Byłam bardzo sceptyczna, ale po prostu tego nie znałam.
Podobnie jest z hobby horse. Na początku myślałam: „Boże, dzieci z głowami koni na kijach, co, to w ogóle jest?”. A później zaczęłam się tym interesować i doszłam do wniosku, że to jest piękne, bo ktoś ma pasję i chce ją realizować. I co mi do tego? Jeśli nikomu nie robi krzywdy, to niech sobie skacze z tą końską głową do woli (śmiech).
Czy był ktoś, z kim próbowałaś coś stworzyć, ale z jakiegoś powodu nie wyszło?
Daria ze Śląska: Zaprosiłam kiedyś Łonę do numeru. On jednak wtedy odmówił, tłumacząc, że nie do końca czuje akurat ten numer a w zasadzie wszystko zostało już powiedziane i chyba tak jest ekstra. Uszanowałam i absolutnie to rozumiem. Sama czasem odmawiam różnych rzeczy, bo zwyczajnie nie mam przestrzeni albo siły. Takie decyzje są naturalne.
Czy miewasz poczucie, że zbudowałaś już konkretną renomę artystyczną? Wiele osób nie tylko z branży naprawdę dobrze o Tobie mówi.
Daria ze Śląska: To bardzo miłe, czuje się zdecydowanie stabilniej w tym temacie niż kiedyś, choć szczerze mówiąc, dobre rzeczy dużo trudniej do mnie docierają niż te złe. Cały czas uczę się tego, żeby się tak nie przejmować. Ale to na maksa miłe słyszeć, że ludzie dobrze odbierają tę moją twórczość. Czasami mam wręcz wrażenie, że jestem tym wszystkim trochę onieśmielona. Bez kokieterii. Na różnych galach czy nagrodach często myślę sobie: „Co ja tu właściwie robię?”. Przy Fryderykach miałam wręcz taki moment totalnego niedowierzania.
Idealnie to było widać podczas odbierania Fryderyków.
Daria ze Śląska: Tak, pamiętam, sytuacje, że ktoś odebrał mnie za osobę zblazowaną albo obrażoną na świat, bo miałam kamienną twarz i wyglądałam bardzo poważnie. A prawda jest taka, że ja po prostu stresuję się takimi sytuacjami. Pamiętam rozmowę z jedną z dziennikarek, która mówiła, że właśnie ktoś, kto mnie nie zna, oglądał z nią Fryderyki i uznał mnie wtedy za zblazowaną dziewczynę. Tymczasem prywatnie jest raczej odwrotnie, jestem gadatliwa, otwarta i bardzo emocjonalna. Po prostu w takich sytuacjach na zewnątrz często wyglądam, jakbym była obrażona. To jest nawet zabawne. Przy jednej z gal byłam wręcz przekonana, że zaszła pomyłka. Kiedy dostałam pierwszą nagrodę za płytę roku, miałam w głowie myśl, że chyba zaraz ją oddam, bo to niemożliwe. Kompletnie w to nie wierzyłam.

fot. okładka płyty
Zmieniło się od tamtego czasu Twoje myślenie o samej sobie?
Daria ze Śląska: Bywa różnie. Na dziś jestem dumna z tego, co robię. Nawet kiedy pierwszy raz zobaczyłam fizycznie nową płytę, poczułam ogromne wzruszenie.
Zresztą cała oprawa albumu jest dla mnie bardzo osobista. Ten rysunek, który znalazł się przy preorderze, powstał podczas jednych z Fryderyków, na które ostatecznie nie pojechałam, bo byłam kompletnie przemęczona. Siedziałam wtedy w domu, wyłączyłam telefon i zaczęłam sobie bazgrolić. Powstawały takie dziecięce szkice – trochę jak rysunki z przedszkola. Umieszczałam tam symbole różnych piosenek, „Plastelinę”, „Pana ze stolicy”, różne motywy związane z płytą. Później tylko dopracowywałam kolory, gdy pojawiały się nowe utwory.
Nazwaliśmy go nawet z managerem „rysunkiem Fryderykowym”, bo właśnie wtedy mój mąż wrócił do domu i powiedział: „Dlaczego nie odbierasz telefonu? Dostałaś Fryderyka”. Więc ten rysunek już na zawsze będzie mi się z tym kojarzył.
Masz poczucie, że alternatywna scena muzyczna jest dziś bardziej wspólnotą czy raczej grupą indywidualistów działających obok siebie?
Daria ze Śląska: To bardzo ciekawe pytanie. Myślę, że istnieje jakaś wspólnota ludzi, bańka i każdy artysta ma swoją, w której artyści się wspierają i wymieniają opiniami, rozterkami. Ja czasem dostaję od innych artystów utwory przed premierą z pytaniem, co o nich sądzę. To było na przykład bardzo miłe móc posłuchać wcześniej niektórych piosenek z projektu Matylda / Łukasiewicz. Super piszą, a ja lubię analizować i rozkminiać, sama też mogę się wtedy czegoś nauczyć.
Ostatnio jestem szalikowcem RAU. Jak słucham ostatniej płyty, to jakbym ze sobą rozmawiała. A z RAU mamy kontakt i wiem, że on też mi kibicuje, ja z kolei byłam całkiem niedawno na jego koncercie. Dobrze widzieć swoich na własnych koncertach dla mnie to wspierające.
Czy takie środowiskowe spotkania pomagają budować relacje?
Daria ze Śląska: Bardzo. Świetnym przykładem jest choćby Zaiks Camp, na który zaprosiła mnie Marika. To są momenty, kiedy można zejść ze „świecznika”, odsunąć ego i po prostu pobyć ze sobą normalnie. Pracowałam tam też z innymi artystami – z BRK czy z Dominikiem Dudkiem.
Z Dominikiem mieliśmy wspólny moment przy klawiszach, pomagając innym pisać melodie. To było super doświadczenie, bo muzycznie jesteśmy z zupełnie innych światów, a jednak złapaliśmy wspólny język. Takie miejsca bardzo przypominają, że wszyscy jesteśmy po prostu wrażliwi, a muzyka jakoś jest w stanie nas połączyć.
Masz wrażenie, że dziś artyści powinni jeszcze bardziej się wspierać?
Daria ze Śląska: Zdecydowanie tak. Dzisiaj algorytmy są bezlitosne. Możesz pracować nad czymś miesiącami, a później ten utwór przepadnie, jeśli ludzie go sobie wzajemnie nie podadzą dalej. Dlatego bardzo doceniam osoby, które autentycznie kibicują innym. Są ludzie, którzy zawsze coś udostępnią, skomentują, dadzą serduszko i po prostu wspierają innych artystów. To naprawdę ma znaczenie. Sama też staram się brać udział w różnych akcjach promo innych muzyków. Uważam, że niezależnie od etapu kariery warto się wspierać.
Koncerty nadal są dla Ciebie najważniejsze?
Daria ze Śląska: Są ważne. I mam wrażenie, że dziś jestem na scenie zupełnie inną osobą niż kiedyś. Dawniej stałam praktycznie nieruchomo przy mikrofonie, bo stresowałam się każdym ruchem ale też dostawałam informacje, że jak stoję spokojnie i śpiewam, to działa najlepiej, historia może dotrzeć. To cenne uwagi i w zasadzie sensowne, ale teraz mam dość eklektyczny materiał, więc po prostu na scenie działam instynktownie, reagując na muzykę.
Nowe utwory bardzo dobrze zabrzmiały już na koncertach przed premierą płyty. Jak w ogóle odbierasz to, że coraz więcej ludzi się na nich pojawia? I jaka to jest publiczność?
Daria ze Śląska: Kiedy wychodzę na scenę i widzę pełną salę, wtedy myślę: „Boże, to naprawdę się dzieje”, szczególnie kiedy mam świadomość, że moje liczby w mediach społecznościowych nie są jakieś ogromne. Tym bardziej frekwencja na koncertach cieszy. Fajnie jest obserwować reakcje ludzi i konfrontować nowe piosenki ze starszym repertuarem. Czuję, że ludzie wierzą w te historie, które im opowiadam i w jaki sposób to robię. Wydaje mi się, że nawet ważniejsze jest to całe “jak”. Dzięki temu stworzyło się jakieś zaufanie i nowy materiał jest im równie bliski. Moja publiczność to ludzie, którzy już coś przeżyli 30+, 40+, czasem nawet 50+, niekoniecznie żyjący Instagramem. I to też jest piękne.
Czy nowa płyta ukaże się także na winylu? To dla ciebie ważny format?
Daria ze Śląska: Winyl na pewno będzie, tylko pojawi się trochę później. Tak jest właściwie za każdym razem, bo tłocznie mają ogromne kolejki i na sam winyl czeka się dłużej niż na fizyczne wydanie płyty. Ale bardzo lubię ten format, poligrafia wygląda wtedy jeszcze piękniej.
Rozmawiał: Łukasz Dębowski





