„My chcieliśmy zrobić coś, co zawsze robił Negatyw” – Mietall Waluś [WYWIAD]

Legenda polskiej sceny alternatywnej z Mysłowic powraca po latach. Negatyw, znany z takich utworów jak „Amsterdam”, „Dziewczyny nie palcie marihuany” czy „Lubię was”, zaprezentował nowy album „Autostygmatyzacja”, o którym mieliśmy okazję porozmawiać z liderem zespołu – Mietallem Walusiem.

fot. materiały prasowe (Agencja Muzyczna Polskiego Radia)

Gdy rozmawialiśmy przy okazji singla „Przeładowanie”, mówiłeś, że nie masz jeszcze pewności, w jakim kierunku pójdzie Wasza współpraca i czy w ogóle zakończy się pełnym albumem. Tymczasem dostaliśmy całą płytę. Czy ten singiel był dla was impulsem, który napędził dalszą pracę?

Trochę tak było. „Przeładowanie” wyszło w sumie bez jakiegoś wielkiego planu na całą płytę, bardziej na zasadzie: sprawdźmy, czy to w ogóle ma sens i czy nam się chce dalej w to iść. No i okazało się, że się chce – i to bardzo.

Ten numer nas jakoś tak mentalnie poskładał, złapaliśmy wspólny język i zaczęło się sypać kolejnymi pomysłami. Bez spiny, bez ciśnienia, raczej naturalnie. W pewnym momencie było już trochę głupio udawać, że to tylko luźne granie, bo materiał sam się układał w coś większego. A przy tym każdy z nas ma własne życie i swoje rzeczy do ogarnięcia, więc to nagrywanie działo się gdzieś pomiędzy codziennością. Nie mieliśmy żadnego wielkiego planu – raczej cieszymy się tym, co się wydarza i cieszymy się z kilku ważnych koncertów, które ten rok przyniesie. Stawiamy na mniejszą ilość grania, ale chcemy, żeby to były małe wydarzenia.

W ogóle najważniejsze na początku były teksty – to od nich się wszystko zaczęło. One tak naprawdę ustawiły klimat i kierunek, w którym to poszło.

W Twoim przypadku ogromne znaczenie mają teksty – zawsze wydają się osobiste. Niezależnie od tego, czy działasz z Negatywem, czy w innych projektach, mam wrażenie, że to zawsze jesteś Ty i od tego wszystko się zaczyna. Zgadzasz się z takim spojrzeniem?

No tak, bo ja nie umiem inaczej. Te teksty to zawsze jestem ja, to są moje przeżycia albo rzeczy, które gdzieś mnie dotykają. Nie potrafiłbym usiąść i napisać czegoś „pod kogoś” albo udawać, że jestem kimś innym, bo to by było od razu słychać.

Zresztą dla mnie pisanie to jest trochę taka forma ogarniania siebie. Jak coś mnie gryzie, to prędzej czy później to wyląduje w tekście. W „Przeładowaniu” też tak było – to są moje rzeczy, moje doświadczenia, tylko ubrane w piosenkę.

Nieważne, czy to jest Negatyw, czy inny projekt – ja się tam nie przebieram za nikogo. To zawsze wychodzi z tego samego miejsca. Może forma się zmienia, może klimat, ale środek jest ten sam. I chyba od tego to się w ogóle zaczyna – jak nie jesteś szczery, to cała reszta nie ma większego sensu.

W Twoich tekstach często pojawiają się trudne tematy – osobiste doświadczenia, lęki, słabości, trudność zrozumienia ludzi we współczesnych czasach. To świadomy kierunek, czy po prostu tak naturalnie wychodzi?

Chyba to po prostu wychodzi samo z siebie. Ja nie siadam z myślą: „dobra, teraz napiszę coś ciężkiego”, tylko raczej zapisuję to, co akurat mam w głowie. A że często są to rzeczy mniej wygodne, no to tak to potem wygląda.

Wydaje mi się, że łatwiej jest pisać o czymś, co naprawdę przeżywasz, niż wymyślać historie na siłę. Te trudniejsze tematy są bliżej mnie, więc siłą rzeczy częściej się pojawiają. Ale ja tego nie traktuję jako czegoś mrocznego dla zasady. To bardziej próba ogarnięcia tego wszystkiego – nazwania rzeczy, które czasem siedzą gdzieś z tyłu głowy i nie dają spokoju.

 

fot. okładka płyty

Słuchając tej płyty, można odnieść wrażenie, że sporo w tych tekstach rozczarowań i zniechęcenia.

Jak obserwuję ludzi, którzy cały czas gdzieś gonią, to szczerze mówiąc, wcale im tego nie zazdroszczę. Ja wolę usiąść, pogadać z kimś na spokojnie, napić się kawy, bez tej presji, że trzeba za czymś lecieć non stop. W pewnym momencie po prostu zwolniłem, bo uznałem, że chcę cieszyć się tym, co mam.

A to, co się dzieje dookoła, bywa przytłaczające szczególnie dla młodych ludzi. Gonitwa za pieniędzmi, za modą, ciągłe siedzenie w socialach, oglądanie idealnego życia innych… do tego szybki seks bez zabezpieczeń, brak refleksji, depresje – to wszystko jest takie powierzchowne i naprawdę mnie przeraża. I widać tego skutki – problemy, zagubienie, różne historie, które nie zawsze kończą się dobrze. Edukacja też kuleje.

Oprócz tego mam wrażenie, że na świecie jest coraz więcej ludzi, którzy po prostu się autostygmatyzują albo stygmatyzują innych. Ludzie oceniają przez pryzmat wiary, orientacji seksualnej, tego, jacy jesteśmy – i nie akceptują tych, którzy nie wpisują się w jakiś narzucony wzór. To zauważalnie dzieli ludzi zamiast łączyć, i to też mnie jakoś bolało, kiedy pracowałem nad tą płytą.

Dlatego ja nie chcę być częścią takiego trybu życia. Wolę iść swoim tempem. I serio –  nie zazdroszczę młodym ludziom, bo oni dziś mierzą się z rzeczami, których my kiedyś nie mieliśmy.

Właśnie, czym dla Ciebie jest tytułowa „Autostygmatyzacja”?

Dla mnie to trochę jak pułapka w głowie. To moment, kiedy człowiek sam sobie nakleja etykietę, ocenia się, ogranicza i w pewien sposób izoluje, bo myśli, że nie pasuje albo że nie jest akceptowany. Widzisz, ludzie stygmatyzują innych przez to, o czym wspomniałem… ale najgorzej, kiedy robisz to sobie sam.

Ta płyta trochę jest o tym, że patrzę na świat i widzę, ile osób się samych ocenia i zamyka, ile lęków chowamy w środku, zamiast po prostu żyć. Chciałem to pokazać w tekstach – bez moralizowania, tylko zwyczajnie opowiedzieć, jak to wygląda od środka.

Na płycie jest utwór „Nie jestem taki zły”, który opowiada o samotności, potrzebie bliskości i funkcjonowaniu w świecie, w którym łatwo ocenić, a trudniej zrozumieć drugiego człowieka. W tym kontekście – na ile w tym momencie czujesz się naprawdę rozumiany?

Powiem Ci tak – ja w ogóle nie robię muzyki po to, żeby mnie ktoś rozumiał. To mnie w ogóle nie interesuje. Ja robię ją, bo to jest moje widzenie świata i jak mam coś z siebie wydobyć, to właśnie w piosence to robię. Samotność, która przewija się w tym kawałku – każdy człowiek jej czasem doświadcza. I tak samo ta potrzeba bliskości, tylko że w dzisiejszych czasach ludzie wolą wylewać hejt w Internecie niż rozmawiać.

Czy czuję się rozumiany? Czasem tak, czasem nie. Zdarza się, że ludzie piszą, że moje teksty są dla nich ważne – widzą w nich to, czego sami nie potrafią nazwać. Ale są też momenty, kiedy widzę, że dla innych trudno jest wejść w mój punkt widzenia – i w sumie to też jest w porządku. Nie oczekuję, że wszyscy mnie zrozumieją w pełni, ważniejsze jest, że ktoś może poczuć te emocje, odnajdując w nich coś dla siebie.

 

W jednym z utworów śpiewasz: „A gdyby tak na moje miasto spadły bomby, nie musiałbym już nic, nikomu udowadniać”. To naprawdę mocne słowa, szczególnie w kontekście wydarzeń, które wciąż dzieją się na świecie. Co chciałeś nimi przekazać?

Te słowa w utworze „Raport o niczym” są sposobem na wyrażenie tego, co czasem czuję w środku. Nie chodzi tu dosłownie o bomby, tylko o poczucie zmęczenia światem, w którym ciągle musisz się komuś udowadniać, pokazywać, że jesteś „w porządku”. To taki moment szczerości wobec samego siebie – gdyby zniknęły wszystkie oczekiwania, presja, oceny innych, być może poczułbym w końcu ulgę.

Patrząc na to w kontekście tego, co dzieje się na świecie, zdaję sobie sprawę, że to mocne i może wywoływać skojarzenia, których nie planowałem. Ale w tym właśnie chodzi o kontrast: z jednej strony jest chaos, dramaty, które nas otaczają, z drugiej – indywidualne poczucie przytłoczenia codziennością.

Nie boisz się też mówić o depresji.

Dziś już się tego nie boję, bo wiem, czym dokładnie jest depresja. Kiedyś wydawało mi się, że po prostu czuję się źle, że mam gorszy okres w życiu, że czegoś nie ogarniam. Teraz potrafię to nazwać i spojrzeć na to bardziej świadomie. Nie chodzi o etykietki, ale o świadomość – wiem, że to jest choroba, która może przytrafić się każdemu, i nie muszę się z tym ukrywać ani wstydzić. Mówienie o tym pomaga nie tylko mnie, ale może też komuś innemu uświadomić, że nie jest sam.

A jaka chciałeś, żeby była muzyka na tej płycie?

Muzycznie chcieliśmy wrócić do szczerości i surowości – tak jak kiedyś rock’n’roll był prawdziwy i nie udawał niczego. Tutaj też nie ma sztucznej otoczki ani łatwych komunikatów. Ta płyta nie prosi o uwagę – ona ją wymusza. Jest głośna, emocjonalna, z gęstym gitarowym brzmieniem, ale przede wszystkim pełna treści, którą ktoś może wziąć do siebie i się w niej odnaleźć.

W dzisiejszych czasach powstaje sporo komercyjnej, błahej muzyki, a artyści mając tak dużo możliwości, często chodzą na skróty, nagrywając bezpieczne utwory. My chcieliśmy zrobić coś, co zawsze robił Negatyw – muzykę alternatywną, z głębią i przekazem, bez oglądania się na to, co popularne i bez kompromisów. Chodziło nam o to, żeby każdy, kto słucha „Autostygmatyzacji”, poczuł emocje i prawdę, którą włożyliśmy w te piosenki.

Czy masz żal do niektórych artystów, że stają się zachowawczy, mimo że mają ogromne możliwości i wcale nie muszą iść na kompromisy artystyczne?

Fajnie, że są artyści, którzy potrafią osiągnąć wielkie rzeczy. Tylko problem w tym, że często te sukcesy przychodzą kosztem czegoś, co dla mnie jest istotne: autentyczności i odwagi w tworzeniu. I mam też większy żal do tych, którzy podpisują się pod dziwnymi projektami – biorą udział w reklamach, sprzedają twarz bankom czy markom, które nie mają nic wspólnego z muzyką, a które czasem działają na krzywdzie innych. Znam to z własnych obserwacji. Dla mnie to jest porażka. Zastanawiam się wtedy, czy naprawdę chodzi tylko o pieniądze, o kolejne zarobki, zamiast o sztukę, o prawdę, o to, żeby muzyka coś znaczyła.

Nie chcę być hipokrytą – sam też muszę się utrzymać, ale różnica polega na tym, że ja wolę zrobić coś, co będzie trudniejsze w odbiorze, ale prawdziwe. To, że inni tego nie rozumieją albo wybierają łatwiejszą drogę, nie znaczy, że im zazdroszczę – bardziej mnie to martwi. Bo wydaje mi się, że tracimy coś ważnego jako środowisko muzyczne, jeśli liczy się tylko pieniądz, a nie przekaz i autentyczność.

Jak się dziś czujesz jako artysta, który znów jest częścią zespołu Negatyw? I co jest teraz dla Was najważniejsze?

Fantastycznie, bo muzyka wciąż żyje, a zespół nigdy nie stracił tej energii, która kiedyś mnie pociągała. Czuję, że teraz, po latach, mogę tworzyć z większą świadomością, mniej impulsywnie, a jednocześnie nadal szczerze i bez udawania. Zresztą takie były wszystkie moje projekty – od Negatywu, przez Lenny Valentino, po Penny Lane.

Bycie częścią Negatywu dzisiaj oznacza dla mnie też odpowiedzialność – nie tylko wobec słuchaczy, ale przede wszystkim wobec samego siebie. Nie chodzi o powtarzanie starych hitów czy granie „dla sentymentu”. Chodzi o to, żeby nasza muzyka była żywa, szczera i miała sens w dzisiejszym świecie. I wiesz co? To daje ogromną satysfakcję.

Najważniejsze jest teraz dla nas zagranie kilku naprawdę ważnych koncertów – w legendarnym Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej i na festiwalu w Jarocinie. Jesienią pojawimy się też na żywo w kilkunastu miejscach w Polsce. Czerpanie z tego przyjemności jest dla nas niezwykle istotne – bo muzyka to moment, kiedy możemy spotkać się z ludźmi i dzielić tę niepowtarzalną energię na żywo.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski

 

Zostaw odpowiedź