Spięty – „Full H.D.” [RECENZJA]

Nasz ocena

Czwarta płyta Spiętego to świat widziany oczami H. D., gdzie śmiech, ironia, pytania, obawy i lęki to jedynie część jego składowych. Jak dokładnie prezentuje się album „Full H.D.”? O tym w naszej recenzji.

fot. okładka albumu

Recenzja płyty „Full H.D.” – Spięty (Mystic Production, 2026)

Hubert Dobaczewski, występujący jako Spięty, nie lubi stagnacji. Nagrywa płyty stojące w kontrze do poprzednich albumów, balansując pomiędzy gatunkami muzycznymi, które w jego ujęciu stają się charakterystyczne wyłącznie dla niego. Przynajmniej takie wrażenie można odnieść, słuchając krążka „Full H.D.” – żywiołowego zapętlenia różnych sytuacji muzycznych, nadających mu specyfikę, która staje się aktualnym językiem artysty. Ciężko bowiem mówić o dokonaniach twórcy bez odniesienia do tekstów, które w autorskich piosenkach wciąż odgrywają rolę wiodącą.

Po spokojnej, wręcz melancholijnej płycie „Heartcore” przyszedł czas na… taneczną odsłonę dokonań Spiętego. Oczywiście nie w dosłownym tego słowa znaczeniu – chodzi raczej o wykorzystanie rytmów od funky i disco po tango, które w jego odsłonie są elementem otwartej gry ze słuchaczem, a nie pretekstem do upychania kompozycji wyświechtanymi ozdobnikami. To swoiste skupianie energetycznych, instrumentalnych akcentów, profilowanych według artystycznej potrzeby ukazania czegoś ciekawego.

Jak się okazuje, doskonale koresponduje to z błyskotliwymi, jak zwykle zwartymi w wymowie, tekstami, które płyną między przewrotną, okrojoną z patosu poetyką, a prostymi, wykręconymi hasłami charakterystycznymi dla stylu wykonawcy („Mam serce, a czy to przypadek, że największym mięśniem jest – uwaga – pośladek? Oznacza to, wiesz, że często mam gdzieś, to mnie znowu utwierdza, że jednak brak mi serca”).

Inteligentnie splecionych słów jest tu znacznie więcej, co potwierdza utwór „Zapalenie przedrostka”, gdzie puszczenie oka w stronę satyry przynosi głębsze przemyślenia. Zresztą bez refleksji nie ma sztuki, jaką od lat uprawia Dobaczewski, choć teraz można mieć odczucie, że zagęszczenie myśli jest jeszcze większe – i to przy bardziej oszczędnym, w niektórych przypadkach, doborze słów. Sprawia to, że każde z nich nabiera dodatkowego ciężaru w bądź co bądź rozrywkowym charakterze piosenek. Żonglowanie przemyśleniami w takiej odsłonie wypada więc doskonale (rozważania na temat śmierci w „Samowolnym opuszczeniu ciała”).

Rozrzut stylistyczny nie dla każdego okaże się przekonujący, bo pewien brak spójności w warstwie muzycznej momentami daje o sobie znać. Nie zmienia to jednak faktu, że ekwilibrystyka słowem na albumie „Full H.D.” bywa zadziwiająca – trafna, rzeczowa, a więc w pełni sensowna. W czasach, gdy tekst często zostaje zepchnięty na drugi plan, to duża zaleta, tym bardziej że w tej materii Spięty wciąż w wielu aspektach nie ma sobie równych. Jest więc czego posłuchać, jest w co się zanurzyć, a czasem także nad czym się zatrzymać, by zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.

Łukasz Dębowski

 

Spięty – „Heartcore” [RECENZJA]

Zostaw odpowiedź