
W grudniu 2025 roku, pod naszym patronatem medialnym, ukazała się wyjątkowa płyta „Moniuszko i Przyjaciele Romantycy” nagrana przez Ensemble del Passato i Krzysztofa Gosztyłę. Z tej okazji zadaliśmy części zespołu kilka pytań o kulisy powstawania albumu, artystyczne inspiracje oraz o to, jak dziś opowiadać romantyczną muzykę współczesnemu słuchaczowi.
fot. materiały prasowe
Jaka była geneza powstania albumu „Moniuszko i Przyjaciele Romantycy”? Skąd wziął się pomysł na jego nagranie?
Anna Budzyńska: Pomysł na stworzenie albumu wziął się z MARZENIA.
Ponieważ projekty nagraniowe to dość złożony i czasochłonny proces, musiało się oczywiście spotkać wiele czynników.
Po pierwsze, przy okazji Roku Stanisława Moniuszki (2019), zaaranżowaliśmy sporo pieśni na nasz skład i daliśmy z nimi koncerty. To był bardzo ciekawy eksperyment i pokazał nam ogromny potencjał w tej muzyce. Tworząc projekty nagraniowe mam zawsze głęboką potrzebę tworzenia myśli przewodniej, jakiejś narracji, która będzie spajać prezentowane utwory nie tylko muzycznie, ale także dramaturgicznie. Dlatego nie miałam przekonania do nagrywania po prostu samych pieśni Moniuszki, bo – to już było… Czekałam na inspirację, która nadałaby jakąś ciekawą formę temu wyborowi pieśni.
Po drugie, każdy z nas doskonale znał głos Krzysztofa Gosztyły. Ja spędziłam z nim naprawdę setki godzin, podróżując z historiami i postaciami mistrzowsko tworzonymi przez Krzysztofa w audiobookach.
I stąd właśnie wzięło się moje marzenie – żeby móc artystycznie pracować z niezwykłym człowiekiem, który samym głosem potrafi wyczarować tak skrzące się kolorami i emocjami obrazy. Zastanawiając się, jak możemy użyć słowa – i to w języku polskim – w swojej twórczości, wpadłam na pomysł, żeby wrócić do pieśni Moniuszki, pisanych przecież do wierszy polskich romantyków. Idąc kluczem inspiracji kompozytora sięgnęłam po twórczość poetów, do których dzieł tworzył. Umyślnie skupiałam się nie na wierszach dobrze znanych, autorstwa wieszczów, ale na tych, które w naszej tradycji są trochę zapomniane.
Gdy zestawiłam wybrane teksty, wreszcie zobaczyłam piękną opowieść, w jaką się splotły i w tym momencie byłam pewna, że to jest to. Poczułam taką iskrę, zobaczyłam zamkniętą całość, jakby ostatni, decydujący puzzel wskoczył na właściwe miejsce i rozwiązał zagadkę.
Niestety, tak już ze mną jest, że kiedy taki pełen obraz zobaczę – bardzo dosłownie w mojej głowie – i ten obraz mnie zachwyci, to już sprawa jest przesądzona. Wiem, że – niekoniecznie od razu – ale doprowadzę do jego realizacji. Potem wystarczyło już tylko przekonać kolegów, Krzysztofa Gosztyłę, wydawnictwo, Patronów, zebrać fundusze… i po ponad dwóch latach pracy – udało się!
Zamiast tradycyjnego fortepianu towarzyszącego pieśniom Moniuszki wykorzystaliście lutnie i gitary. Jak bardzo ta decyzja zmieniła charakter interpretacji i jaki wpływ miała na ogólny nastrój albumu?
Anna Budzyńska: To było dla mnie spore odkrycie, ponieważ – przyznam szczerze – nie był to nigdy mój ulubiony kompozytor, bo śpiewając jego dzieła (przede wszystkim w trakcie studiów) nie umiałam znaleźć klucza do tego, by zabrzmiały prawdziwie. Nagle jednak, z towarzyszeniem lutni i gitar, muzyka oraz teksty – czasem nieco naiwne, idylliczne – nabrały lekkości, zwiewności i poczułam, że w tym brzmieniu stają się autentyczne. Odarte z ciężkiej, operowej tradycji i wielkiego wolumenu głosu, przedstawione intymnie, nastrojowo, z humorem, zaczęły na powrót tworzyć atmosferę, o jaką chodziło samemu kompozytorowi – domowego spotkania, zachwytu pięknem, refleksji.
Interpretacja zmieniła się więc dla mnie diametralnie. Przyjęta przez nas narracja wymaga delikatnego używania głosu, przełożenia ciężaru skupienia na wyraz i tekst, zamiast na kwestie tylko dźwiękowe i muzyczne. Wymaga od nas stosowania wielorakich kolorów, zmieniania barw, skromnego, lecz przemyślanego operowania dynamiką, błyskawicznego, świadomego wchodzenia w następujące po sobie nastroje i postacie, a także utrzymania płynności opowieści pomiędzy głosem mówionym, a śpiewanym. Język polski nie jest łatwy fonetycznie, więc ten obszar kosztował mnie sporo pracy, by poezja w pieśniach była tak komunikatywna, jak w recytacji (mam nadzieję, że chociaż po części się to udało…).
Pomimo tych wyzwań uważam, że ta zmiana podejścia pozwala odkryć na nowo potencjał tej materii i znaleźć się jeszcze bliżej słuchacza, co fenomenalnie działa na koncertach i daje nam mnóstwo satysfakcji.

fot. materiały prasowe
Jak technicznie wyglądało przełożenie tego repertuaru na wasze brzmienie, szczególnie z takim zestawem instrumentów szarpanych?
Henryk Kasperczak: Kluczowe było dla nas uświadomienie sobie, że mimo fortepianowego zapisu te pieśni nie są fortepianocentryczne w myśleniu muzycznym. W wielu z nich faktura jest przejrzysta, oparta na schematach rytmicznych, powtarzalnych figurach, akordowych planach – czyli na czymś, co instrumenty szarpane rozumieją naturalnie. Romantyczna gęstość fortepianu musiała zostać przełożona na idiom lutniowo-gitarowy. Upraszczaliśmy akordy, wybieraliśmy dźwięki strukturalne, rezygnując z niektórych wypełnień.
Fortepianowe przebiegi przekształcaliśmy w arpeggia, campanellę, rozłożone akordy charakterystyczne dla lutni. Często partie fortepianowe traktowaliśmy jak duet lutniowy gdzie linia basowa i środkowy głos stawały się osobnymi warstwami dialogującymi. Koniecznym było dobrać tonacje kompozycji do faktury instrumentów lutniowych, by pieśni dobrze leżały na instrumentach i wykorzystywały struny burdonowe. Doświadczenie z basso continuo pozwalało nam budować harmoniczne „rusztowanie”, zamiast kopiować dosłownie fortepian. A osiągnięty efekt w muzyce Moniuszki w tej obsadzie zyskuje intymność i klarowność, w której tekst zaczyna jeszcze silniej oddychać.
W czym – według Was – Moniuszko wciąż brzmi współcześnie?
Anna Budzyńska: Nasza główna działalność polega na rekonstruowaniu zapomnianych pieśni sprzed 400 lat i przywracaniu ich wykonawstwu. Ze względu na skład zespołu, koncentrujemy się na utworach kameralnych, pełniących onegdaj poniekąd rolę sztuki rozrywkowej. To, czym dysponujemy, to jedynie melodia głosu, częstokroć oparta na powtórzeniach i wariacjach, zazwyczaj niedługa. Są to więc miniatury, których oddziaływanie na słuchacza zależy w ogromnej, odważę się powiedzieć – decydującej mierze od jakości i pomysłowości wykonania. To nie jest wielkoobsadowa muzyka operowa, która czasem – wykonana nawet bez większego polotu – swoją monumentalnością potrafi wybronić się sama i wzruszyć słuchacza choćby swoją mocą, potęgą, modulacjami czy harmonią.
Dlatego w naszym podejściu do interpretacji zawsze staramy się odnajdywać elementy dzieła, które mogą stać się bliskie dzisiejszemu odbiorcy i na nich opierać narrację.
Najwięcej takich łączników między dziesiątkami pokoleń kryje się w tekście, dlatego pełni on dla nas tak znaczącą rolę. Do niego dopasowujemy nastroje, harmonie, tempa i – przede wszystkim – ornamentację i improwizacje.
Dla Stanisława Moniuszki właśnie teksty były główną inspiracją. Napisał on kiedyś w liście do Ignacego Kraszewskiego pięknie o tym, że każda fraza poezji niesie już w sobie zaklętą melodię, a zadaniem kompozytora jest li tylko ją dostrzec i zapisać. Dlatego i w jego pieśniach wyszliśmy od słów i szukaliśmy przede wszystkim obrazów, emocji czy żartów, które są uniwersalne. Wreszcie je musieliśmy odszukać w sobie, swoim doświadczeniu, swojej wrażliwości i szczerze podzielić się nimi ze słuchaczami. W szczerości tkwi sedno autentyczności przekazu.
W tej muzyce jest więc wszystko, co przefiltrowane przez duszę i ucho współczesnego człowieka, w dzisiejszym wykonaniu staje się współczesne: postacie z krwi i kości (szczęśliwe, figlarne, niesforne, cierpiące, smutne, tęskniące), żywa narracja, dynamika, przyroda, ilustracyjny nastrój muzyki. Pojawiają się liczne figury melodyczne, budzące do dziś takie same skojarzenia jak dawniej: potoczystość strumienia, ćwierkanie skowronka, obracanie się kołowrotka, świszczący wicher… Podkreśliłabym tutaj jeszcze poczucie humoru, które eksponuje się w żartobliwych, czasem wręcz ironicznych frazach, które – odpowiednio lekko i bez zadęcia podane – wzbudzają śmiech w trakcie koncertu.
Nie potrzeba więc nic na siłę uwspółcześniać – my wręcz sięgamy po starsze niż fortepian instrumenty, chcąc przybliżać tę muzykę współczesnym słuchaczom! Trzeba jedynie głęboko przyjrzeć się tym prawie „akwarelowym” obrazkom i poczuć, co, tak po ludzku, mamy z nimi wspólnego.

fot. okładka płyty
Na płycie pojawiają się recytacje Krzysztofa Gosztyły. Jak przebiegała współpraca z aktorem i jakie było założenie związane z wpleceniem głosu recytującego w tak przedstawionej muzycznej opowieści?
Anna Budzyńska: Przyznam, że z ogromną nieśmiałością i długo się zbierałam na odwagę, żeby zadzwonić do Krzysztofa i zaproponować mu spotkanie. Przygotowaliśmy materiały, ułożyliśmy w dwóch alternatywnych kolejnościach teksty w pełną narrację i spotkaliśmy się w kawiarni w Warszawie. Krzysztof to jest postać absolutnie niezwykła. Dysponuje nie tylko wyobraźnią, kolosalnym doświadczeniem, warsztatem, przepięknym i arcyciekawym głosem, ale jest także pełen otwartości, życzliwości i ciekawości artystycznej. Co więcej – zdradził nam, że ukończył szkoły muzyczne i rok studiów na akademii muzycznej, co wyjaśnia, skąd ma tak rytmiczne i melodyjne wyczucie tekstu, frazy i słowa.
Przedstawiłam mu pomysł, on wziął plik kartek z tekstami do ręki i dobre kilkanaście minut po prostu czytał w ciszy. To jest aktor, który buduje swoje interpretacje w bardzo przemyślany sposób. Musi określić jaką rolę on, jako narrator pełni w tekście, jaki jest jego do tekstu i do postaci występujących stosunek, musi nadać im charaktery i sposoby wyrażania się… Myślę, że on te postacie widzi i odczuwa. Kiedy więc czytał, ja czekałam na odpowiedź – czy w ogóle pochyli się nad projektem, czy nie. On natomiast od razu zaczął zadawać właśnie pytania o nurtujące go kwestie wykonawcze, co sprawiło, że błyskawicznie znalazł się w nurcie wydarzeń i w sumie odpowiedź „tak, chętnie się podejmę projektu” nie zdążyła nawet paść…
To było cudowne, bardzo podbudowujące doświadczenie, bo zobaczyłam, że natychmiast dostrzegł potencjał i sens współpracy, a więc i samego zestawienia. A muszę dodać, że tego rodzaju projekt tworzyłam po raz pierwszy i był swoistym eksperymentem z formą, więc kierować się mogłam tylko intuicją, bez potwierdzenia, że może to mieć szansę powodzenia na scenie.
Rola, jaką spełnia Krzysztof, właściwie jako czwarty członek zespołu, to stworzenie OPOWIEŚCI.
Wiele było koncertów, płyt, wydarzeń, gdzie po prostu zestawiano pieśni jednego kompozytora jedną po drugiej i wydaje mi się, że to już trochę przeżytek. Nam chodziło o stworzenie formy, która wciągnie słuchacza w inną rzeczywistość – sielską, idylliczną, trochę bajkową, gdzie dosłownie będzie mógł poczuć zapach skoszonej trawy i pieczonego chleba.
Głos mówiący to najbardziej bezpośrednie medium komunikacji międzyludzkiej – śpiewany, nie jest już tak bliski odbiorcy, tak naturalny. Dlatego wplecenie recytacji w narrację stworzyło tak intymny, osobisty nastrój, jaki dawniej łączył ludzi słuchających w zimowe wieczory czyjegoś bajania, a jaki dziś odczuwamy znacznie rzadziej – może jeszcze podczas czytania na głos dzieciom książek przed snem?
Oczywiście dla wyrównania naszych pozycji jako dialogujących narratorów czy postaci, dobraliśmy także do czytanych wierszy spajający całość akompaniament lutni. Niejednokrotnie Krzysztof czyta swój tekst na specjalnie przekomponowanym wstępie pieśni, po którym ja mogę bezpośrednio podjąć narrację, przejąć i poprowadzić dalej budowaną scenę. To wszystko dzieje się, by zachować płynność i jak najściślej spleść myśli.
Wybór repertuaru obejmuje zarówno znane pieśni, jak i mniej oczywiste kompozycje. Jakie kryteria kierowały Wami przy selekcji materiału i czy zależało wam na pokazaniu jakiegoś „innego” Moniuszki?
Henryk Kasperczak: „Śpiewnik domowy” to nie tylko zbiór „przebojów”, ale ogromny krajobraz emocjonalny. Wybierając repertuar, kierowaliśmy się kilkoma istotnymi rzeczami. Pierwszą z nich było pokazanie zróżnicowanych charakterów pieśni. Chcieliśmy pokazać pieśni ilustracyjne („Prząśniczka”), liryczne i introspektywne („Sen”, „Pieśń wieczorna”), dramatyczne („Dalibógże”, „Dumka”), stylizowane ludowo („Skowronek”, „Kwiatek”).
Kolejnym krokiem było ukazanie idiomatycznego potencjału instrumentów szarpanych gdzie rytm, ostinata, taneczność lub prostsza faktura pozwalały na naturalne przełożenie. Ostatnią rzeczą było pokazanie Moniuszki kameralnego, nie monumentalnego. Zależało nam, by odejść od wizerunku „ojca opery narodowej” i pokazać go jako mistrza małej formy, intymnego gestu, półcienia emocji. Ten Moniuszko jest bliższy salonowi, domowemu muzykowaniu, a przez to — bardzo współczesny.
Anna Budzyńska: Nas zawsze pociąga pokazywanie muzyki mało znanej. To chyba nasze zespołowe spoiwo. Mi bardzo zależało więc na pokazaniu np. przepięknej, głębokiej pieśni „Prządka” czy zupełnie „niemoniuszkowskiej” pieśni „Sen” (oryginalnie napisanej do francuskich słów), która dla mnie burzy obraz Moniuszki jako kompozytora prostych piosenek. Ukazuje ona jasno, że doskonale potrafił posługiwać się innymi środkami wyrazu, ale właśnie prostotę świadomie wybierał jako jeden z najbardziej przez siebie cenionych w założeniach „Śpiewnika domowego”.
Ja miałam jeszcze jedną osobistą satysfakcję odkrywcy, bowiem doszukałam się w oryginale wiersza Józefa Massalskiego, do którego powstała pieśń „Dalibógże!” nieznanej, trzeciej zwrotki! Jest to pieśń dość popularna na etapie szkolnym, więc odkrycie, że ma inny niż znany nam finał – na dodatek w moim odczuciu zmieniający dość znacznie wydźwięk, puentę i charakter postaci – było dla mnie wręcz elektryzujące. Jestem ciekawa, czy wokaliści zaanektują ten tekst i poszerzą utartą formę.
Natomiast ujęcie na płycie znanych utworów ma jedno ważne dla nas zadanie. Z repertuarem Moniuszki wychodzimy daleko poza naszą niszę – muzykę dawną, w której to, co robimy (muzyka wczesnego baroku) jest jeszcze głębszą niszą. Pieśni takie jak „Prząśniczka” czy „Pieśń wieczorna” są tak dobrze znane, że na ich przykładach słuchacze będą mogli bardzo wyraźnie zobaczyć, jak posługujemy się materią muzyczną. Henryk Kasperczak i Maciej Kończak wykonali ogromną pracę przy aranżowaniu pieśni na swoje instrumenty. Wprowadzone zostały dokomponowane wstępy, ritornelle i zakończenia, pojawiły się powtórzenia niektórych części utworów, które umożliwiają wprowadzenie instrumentalnych dyminucji i rozszerzenie warstwy poszczególnych głosów o kreatywne, twórcze pomysły wykonawcze. W ten sposób możemy nowym odbiorcom opowiedzieć za pomocą muzyki, jak posługując się narzędziami pochodzącymi z dawnych praktyk, ożywiamy wykonywane dzieła oraz jaka w tych narzędziach tkwi fantastyczna wolność twórcza dla muzyka wykonawcy.
Pieśni Moniuszki łączą liryczną refleksję z elementami humoru. Czy dobór konkretnych utworów również był podporządkowany założeniu związanego z różnorodnością?
Anna Budzyńska: Oczywiście, tak. Budując opowieść i narrację niezbędne jest posługiwanie się różnymi nastrojami, emocjami i kolorami, a tym samym budowanie repertuaru także w oparciu o fakturę, harmonię, tempo, dynamikę czy nawet długość trwania. Im szersza paleta prezentowanych aspektów muzyczno-emocjonalnych, tym ciekawsza i barwniejsza staje się całość.
Z drugiej strony przy wyborze dzieł poetyckich skupiałam się na korelacji tekstowej. Szukałam historii czy obrazów nawiązujących do tych, które pojawiły się w wybranych wcześniej pieśniach, tworząc pary lub serie nawiązujących do siebie dramaturgicznie utworów. W ten sposób mogliśmy zbudować płynne przejścia, nawiązania i uniknąć gwałtownych przeskoków pomiędzy skrajnościami, burzących narrację.
W jaki sposób doświadczenie wykonawcze zespołu w muzyce dawnej wpłynęło na sposób pracy z takim repertuarem? Czy przygotowania do tego albumu były wyzwaniem pod kątem stylistycznym?
Henryk Kasperczak: Paradoksalnie nasze doświadczenie w muzyce dawnej nie było przeszkodą, tylko narzędziem. Z muzyki dawnej wynieśliśmy myślenie fakturalne instrumentów lutniowych, stojące w opozycji do idiomu pianistyki, umiejętność budowania harmonii z minimalnych środków, wrażliwość na retorykę, pauzę, oddech i traktowanie akompaniamentu jako narratora. Wyzwaniem było nie „ubarokowienie” Moniuszki, ale zachowanie romantycznej frazy, rubata, emocjonalności, jednak bez ciężaru fortepianowego. To balans między historią a wyobraźnią.
Anna Budzyńska: Wokalnie to doświadczenie też było pomocne. Wprawdzie nie odważyłam się na ornamentację linii głosu uznając, że ta jednak powinna pozostać nienaruszona, ale sposób traktowania tekstu przeniosłam na pieśni. Wyzwaniem było zdjęcie ciężaru głosu przyzwyczajonego do „operowego” traktowania tej materii, ograniczenie vibrato, lżejsze podejście do frazy, stosowanie dużo mniejszej dynamiki (przypominającej bardziej mowę), która przy takim akompaniamencie jest niezbędna dla zachowania odpowiednich proporcji. I oczywiście komunikatywność tekstu, która często w wykonaniach stosujących XX- wieczną stylistykę operową skupia się przede wszystkim na produkcji dźwięku, niejednokrotnie kosztem zrozumiałości. Przy języku ojczystym, na dodatek niełatwym fonetycznie, był to dla mnie szalenie ważny aspekt, szczególnie, że Krzysztof postawił pod tym względem najwyższą z możliwych poprzeczkę.
Patrząc szerzej: czy praca nad tym projektem zmieniła wasze spojrzenie na twórczość Moniuszki jako taką – i jeśli tak, to w jakim sensie? Czy Moniuszko odkrywa przed Wami nowe możliwości za każdym razem, gdy wracacie do jego muzyki?
Henryk Kasperczak: Zdecydowanie tak. Praca nad tym repertuarem pokazała, że Moniuszko myśli często modalnie i liniowo, nie tylko akordowo. Buduje pieśń z gestów melodycznych, które świetnie funkcjonują poza fortepianem, operuje prostotą, która jest złudna — pod nią kryje się ogromna subtelność. Każdy kolejny powrót do jego muzyki odkrywa coś nowego. Inny detal akompaniamentu, inne napięcie w tekście, inną relację słowa i melodii. W tej muzyce jest więcej przestrzeni niż sugeruje jej „szkolna” reputacja. Moniuszko w tej perspektywie przestaje być pomnikiem, a staje się żywym kompozytorem kameralnym, który bardzo dobrze rozumie ludzką skalę emocji.
Co według Was w kontekście osobistym jest największą wartością tego albumu?
Anna Budzyńska: Moim zdaniem największą wartością jest SPOTKANIE – w bardzo różnych wymiarach.
Przede wszystkim dziś bardzo rzadko spotykamy w przestrzeni publicznej piękny, polski język. Nie tylko słownictwo, ale melodia frazy, ukryte w rymowanych strofach rytmy, napięcia, to wszystko – szczególnie w wykonaniu Krzysztofa Gosztyły – jest nieprzecenioną wartością, będącą na wyginięciu… Prezentowanie polszczyzny w tak kolorowej, wysublimowanej formie, może stanowić inspirację i budzić poczucie dumy, że nasza kultura powstawała przy użyciu tak bogatego języka. Mam ogromną potrzebę eksponowania go, bo sama czuję wręcz fizyczną radość słuchając języka tak stosowanego i traktowanego z taką czułością. A contrario – przykro mi jest szalenie, kiedy dostrzegam, że najmłodsze pokolenie często już nie rozumie języka klasyków i wieszczów, co w moim odczuciu odcina je od korzeni, na których dotąd wychowywały się wszystkie pokolenia.
Po drugie – jest to spotkanie z kanoniczną muzyką, a także subtelnością brzmienia instrumentów dawnych – również rzadko pojawiającą się w propozycjach koncertowych.
Po trzecie – odbiorcy spotykają obrazy, postacie i symbole, w otoczeniu których większość z nas wzrastała. Jakby trochę wspomnienia z dzieciństwa. Podejrzewam, że niewielu z nas widziało prządkę przy pracy, ale na podstawie czytanych choćby w szkole książek, wierszy, czy jakiś filmów, potrafimy sobie tę scenę wyobrazić i plasuje się ona w takiej zamierzchłej, ale swojskiej przeszłości. Ta swojskość jest kluczowa i buduje poczucie bezpieczeństwa, harmonii, błogości.
Wreszcie dla nas jako zespołu, to oczywiście spotkanie z Krzysztofem, które każdorazowo jest inspirujące, zmuszające do wykrzesania z siebie nowych pokładów pomysłowości, energii, podchwycenia dynamiki partnera, reagowania w dialogu i – nade wszystko – motywujące do dbałości o każdy detal za każdym razem. Przepływ jaki dzieje się w trakcie naszych koncertów jest coraz gęstszy, pełniejszy i ciekawszy, bo za każdym razem jest żywy i podąża w nieco innym kierunku.
Mamy nadzieję, że ta forma prezentacji klasycznych dzieł będzie źródłem przyjemności dla ich fanów, a atrakcyjną propozycją – wartą poznania – dla tych, którzy po klasykę jeszcze nie sięgają.
Ensemble del Passato i Krzystof Gosztyła – „Moniuszko i Przyjaciele Romantycy” [RECENZJA]


![Najlepsze rapowe płyty 2025 roku [RANKING]](https://polskaplyta-polskamuzyka.pl/wp-content/uploads/2026/01/Najlepsze-rapowe-plyty-2025-roku-RANKING-300x300.png)



