“Warto dawać ludziom przestrzeń”- Fukaj [WYWIAD]

Rzadko zdarza się, żeby artyści wydawali płyty zaraz na początku roku. Zwłaszcza takie, które faktycznie coś wnoszą do polskiej muzyki. Tym razem jest jednak inaczej, a nowa płyta Fukaja to coś, o czym warto dłużej porozmawiać. Artysta opowiedział nam o pracy nad albumem „Znajdź mnie w tym”, nagraniach w odciętym od świata studiu w Anglii, czy o tym, dlaczego nie chce zamykać się tylko na jeden gatunek. Zapraszamy do lektury.

fot. materiały prasowe Sony Music Poland

Kilkukrotnie przesłuchałem “Znajdź mnie w tym” i ciężko nie zauważyć, że ta płyta jest naprawdę mega spójna. Zaskakuje mnie to o tyle, że w dopiero co w maju wydałeś EP-kę “Interludium”, więc czasu nie miałeś za wiele.

Dziękuję. Powiem Ci, że co ciekawe, ale tak naprawdę mało mieliśmy zrobione przed majem. W grudniu 2024 roku byliśmy w Anglii w Sawmills Studio i tam powstało około 5 numerów oraz bardzo dużo szkiców. Reszta wydarzyła się już zaraz po wydaniu “Interludium” w maju. Dziś trudno mi to dokładnie poukładać, bo ten czas strasznie mi się miesza. Natomiast ten wyjazd do studia do Anglii to był w ogóle najlepszy wyjazd w moim życiu. Karierowo na pewno. To studio jest totalnie niszowe i znajduje się na zachodzie Anglii. Nagrywały tam pierwsze płyty Oasis, The Stone Roses, The Verve i masa innych świetnych zespołów. Ja trafiłem na to miejsce, oglądając dokument o Oasis i od razu wiedziałem, że muszę tam pojechać. I pojechałem – wraz z całym zespołem. Chłopaki z Warszawy jechali tam busem ponad 30 godzin, po drodze jeszcze zgarniając mnie ze Szczecina. Samo studio jest na kompletnym odludziu, w środku lasu. To stary tartak przerobiony na studio. I co najlepsze, nie da się tam dojechać samochodem, bo nie ma drogi dojazdowej. Można się tam dostać tylko łódką, która kursuje raz dziennie. Management się ze mnie śmiał, że przy wyborze studia kierowałem się tym, żeby było jak najtrudniej do niego dotrzeć.

Dużo czasu tam spędziliście?

20 dni. I mieliśmy tam zero jakiegokolwiek zasięgu. Internet był, ale żeby w ogóle jakoś działał to w każdym pokoju musiał być osobny router. To była totalna izolacja, ale w najlepszym możliwym sensie. Jak zamykam oczy, to dalej czuję zapach tego miejsca. Żyliśmy jak jedna wielka rodzina. Mieliśmy tam jasne zasady, które ja zaproponowałem, ale nikt nie miał z nimi problemu, a wręcz przeciwnie. Codziennie wstawaliśmy wszyscy o 9:00, jedliśmy razem śniadanie, potem spacer, ogarnięcie się i około 15:00 spotykaliśmy się w studiu. Siedzieliśmy do 2:00, może 3:00 w nocy i szliśmy spać. Dodatkowo to miejsce strasznie wpływało na skupienie, bo nie było tam absolutnie nic do roboty poza muzyką. To był grudzień, zimno, ciągle padało. Do najbliższej miejscowości mieliśmy 20 minut pieszo przez tory kolejowe, a nawet jak już tam doszedłeś, to był tam jeden pub i tyle. W zasadzie to była taka większa wieś, jakieś 30 domów. Totalne odludzie.

W takim razie w jakim innym miejscu nagraliście pozostałą część płyty?

Część w Warszawie, ale sporo także w Lubrzy w studiu RecPublica. Nagraliśmy tam kilka utworów, choć były to wyjazdy bardziej rwane, bo w międzyczasie graliśmy także koncerty. Natomiast w samym studiu nagrywaliśmy przede wszystkim w takiej wielkiej sali z fortepianem. Chłopaki część utworów rejestrowali wszyscy razem, a ja oglądałem to z góry z reżyserki. Niesamowite doświadczenie. Śmialiśmy się, że wygląda to jak centrum dowodzenia Gwiazdy Śmierci. W Lubrzy jest natomiast o wiele więcej rozpraszaczy, bo tu możesz iść na spacer, tu na ryby, niedaleko jest McDonald’s, a jeszcze możesz też gdzieś podjechać autem. Sawmills Studio było o tyle dla nas lepsze, że to było totalnie odcięcie od świata i pełen reset. Zanurzenie w jednym trybie. Pierwsze 2 dni były potrzebne na rozruch, a potem wpadasz w rutynę i już jedziesz. Wstajesz, jesz, pracujesz. Nic cię nie wyrywa.

Jak tego słucham to ciężko nie odnieść wrażenia, że jesteś ciągle bardzo głodny tworzenia nowej muzyki.

Ja po prostu bardzo lubię ją robić. Jestem dość płodny, bo samo tworzenie sprawia mi największą frajdę. Mam też tak naprawdę masę odrzutów. Na „Preludium” było mnóstwo odrzuconych numerów, na „Chaosie” też, a przy “Znajdź mnie w tym” łącznie zaczętych było około 50 utworów. Wiadomo, nie wszystkie skończone, ale tyle pomysłów krążyło wokół tej płyty.

No i przy okazji ciężko nie wspomnieć o gościach, bo np. Kasia Lins to był tu fenomenalny strzał.

Dla mnie utwór z Kasią jest jednym z ulubionych na tej płycie. Sama solówka Makiego na gitarze to jest jakaś opowieść sama w sobie. Kasia w ogóle niedawno wydała świetną płytę „Obywatelka KL”, ale tak naprawdę cała jej twórczość jest bardzo mroczna i właśnie to bardzo mi się w niej podoba. Jest unikatowa i do tytułowego numeru “Znajdź mnie w tym” pasuje idealnie. Tacy goście to też pokłosie przemiany, którą przechodzę. Trochę odszedłem od rapu. Po drodze miałem różne rozkminy i w końcu stwierdziłem, że chcę robić muzykę szeroko. Jak mam ochotę na rap, to robię rap. Jak na rock, to rock. Jak na pop, to pop. Jak mnie najdzie, to będę grał jazz i go kaleczył. Chcę być muzykiem, który może pozwolić sobie na wszystko. Dla mnie najgorsze, co może spotkać artystę, to monotonia. Robienie 5 takich samych płyt pod rząd. Uważam, że u mnie każda płyta jest inna. Mam ich 3 i każda ma swój niepowtarzalny charakter. To jest fajne, bo oznacza, że człowiek się rozwija i cały czas czegoś szuka, a nie stoi w miejscu. Najgorsze to artyści, którzy zrobili jeden hitowy utwór i stwierdzili: dobra, teraz będę robił dokładnie to samo. Taka fabryka piosenek. Cieszy mnie natomiast podejście do eksperymentowania. Mam wrażenie, że po boomie na trap i rap coraz więcej ludzi zaczyna szukać nowych ścieżek.

 

 

Na pewno wraca do nas muzyka, która bardzo opiera się na gitarach. Na Twojej płycie również to słychać.

Na tej płycie jest bardzo dużo gitar. Było ich nawet więcej, ale trochę to przerzedziliśmy, żeby całość nie była monotonna. Ja w ogóle słucham takiej muzyki na co dzień, więc to jest dla mnie naturalne. A jeśli chodzi o nagrywanie, to większość instrumentów jest żywa. Gitary są wszędzie grane i nie ma żadnych loopów ze Splice’a. Perkusje czasem są programowane, zwłaszcza w bardziej elektronicznych numerach, ale też nie są znikąd brane, tylko robione od zera. Nagrywaliśmy też większość numerów z moim zespołem – z Charlim, Benjim, Makim i Wojasem. Dodatkowo np. instrumentalnie utwór z Kasią Lins nagraliśmy na setkę, co jest dla mnie wyjątkowe bo tam są momenty, gdzie lekko gubi się puls. Gdy ja później nagrywałem wokale to musiałem ten puls gonić, łapać te mikro przeskoki. To była świetna zabawa. Kilka numerów na płycie też jest nagranych na setkę, nawet jeden pochodzi wprost z próby.

Swoją drogą cały ten materiał brzmi dobrze na koncerty.

Tak, choć ja nawet dotychczasowe utwory grałem na koncertach w innych wersjach niż oryginalne. Wiesz, dla mnie granie na żywo wiąże się z tym, żeby było inaczej niż na Spotify. Utwory są przearanżowane, często dużo dłuższe. Numer, który na płycie trwa 2:30 na żywo potrafi trwać 5:00. Można go rozwinąć, pobawić się dynamiką, zobaczyć reakcję ludzi. Jak ludzie mają usłyszeć dokładnie to samo, co w streamingu, to po co mają iść na koncert? Dla mnie koncert powinien dawać coś ekstra. Więcej energii, więcej przestrzeni, więcej momentów. Ale wiadomo, ilu ludzi, tyle gustów.

Mam wrażenie, że i tak publika się zmienia. Coraz częściej ludzie oczekują całego zespołu, instrumentów, czegoś więcej.

Też mam takie wrażenie. Jasne, dalej wiele koncertów jest grane z DJ-em, ale zaczyna to być tendencja spadkowa. Ja z zespołem gram od lipca, a co ciekawe pierwszy koncert w takim składzie zagraliśmy na Openerze. Jest to dla mnie przede wszystkim większa frajda z koncertowania. Mamy dużo momentów instrumentalnych, solówek na gitarze czy perkusji, a ja wtedy chodzę między chłopakami i sam czuję się, jakbym był na koncercie, a nie na scenie. To jest czysta zabawa, ale też najwyższy poziom grania.

Takie fun z grania chyba najlepiej chroni Cię przed wypaleniem.

Ja w ogóle nie potrafię sobie wyobrazić wypalenia. Nie wiem, kiedy coś takiego miałoby się wydarzyć. Kiedy w 2019 roku zacząłem robić muzę tak do tej pory nie zrobiłem sobie przerwy. Nie jest też wiadomo tak, że codziennie siedzę w studiu, natomiast nie ma dnia, żebym nie myślał o muzyce. Zawsze coś się pojawi – jeden wers, jakiś motyw, jakaś inspiracja. Od 6-7 lat nie zatrzymuje się ani na moment.

A jak w takim razie patrzysz na swoje starsze utwory z perspektywy czasu?

Szczerze mówiąc to nie potrafię ich słuchać. Zawsze mam takie poczucie, że dało się zrobić coś lepiej. Zaraz po premierze zaczynam myśleć: to jest słabe, to można było poprawić, tu coś nie siadło. Mam nadzieję, że ta płyta będzie pierwszą, przy której tego nie będę miał. Z „Interludium” było trochę inaczej, ale to epka. Natomiast przy niej akurat czuję, że zrobiłem dokładnie to, co chciałem. Jestem z niej naprawdę dumny. W moim odczuciu to jest dokładnie taka płyta, jaka miała być, na tyle, na ile potrafiłem i chciałem ją zrobić.

 

fot. materiały prasowe

Mam wrażenie, że ta nowa płyta dużo lepiej się zestarzeje niż Twoje wcześniejsze rzeczy. Jest po prostu bardziej spójna i wyważona. Może to przesadne słowa jak na początek roku, ale mam wrażenie, że to będzie jedna z lepszych rzeczy, jakich posłucham w 2026 roku.

Dzięki, naprawdę bardzo miło mi to słyszeć. To na pewno najlepszy album, jaki jak dotąd zrobiłem w moim życiu. Tylko zawsze mam opór, żeby mówić takie rzeczy przedwcześnie. Wolę zobaczyć, jak ludzie na to zareagują. Tak czy siak, czuję, że to kawał dobrej roboty. I w sumie zrobiliśmy tę płytę w niecały rok, co samo w sobie jest dla mnie mocne. Ja to czuję bardzo wyraźnie, bo wiem, na jakich etapach życia byłem, robiąc konkretne numery, ale całość układa mi się w spójną historię. I muszę cię zapytać, bo pytam o to każdego przy dłuższych rozmowach: czy wyczułeś jakąś historię na tej płycie?

Trudno mi to jednoznacznie nazwać. Dla mnie jest tu dużo o miłości i o poszarpanych emocjach. Widzę w tym romantyka, którego ciągle coś rozrywa od środka. Ta płyta brzmi dla mnie jak jego wewnętrzna podróż przez różne etapy życia i relacji. Dla mnie to bardziej koncept niż konkretna fabuła.

Jesteś piątą osobą w tym tygodniu, którą o to pytam, i każda odpowiedź jest inna. To jest dla mnie najpiękniejsze w muzyce i w sztuce w ogóle. Każdy interpretuje to po swojemu i często widzi rzeczy, których ja sam nawet nie zauważyłem albo o których w ogóle nie myślałem. Ostatnio jak miałem wywiad w TVP to usłyszałem, że fajna rozkminka w numerze z Vito, gdzie mówię „Lubisz kiedy leci jazz, kiedy leci Vito”, i że to niby follow-up do piosenki „Ale jazz!” Sanah i Vito. A to w ogóle nie było zamierzone. Chodziło o Milesa Davisa, bo moja dziewczyna słucha jazzu. Dwie osoby mi to dziś powiedziały i dopiero wtedy pomyślałem, że faktycznie można tak to odebrać. A Twoje ulubiony numery z tej płyty?

Zdecydowanie pierwsze trzy, razem z “Inercją”. Dla mnie to jak jeden długi numer. A poza tym „Nie wiem co to dom”, który urywa się jakby w trakcie. Powiem ci, że mnie ten zabieg skłonił do ponownego posłuchania tej płyty.

Ciekawe, bo my “Inercje” traktowaliśmy bardziej jak intro do płyty niż pełnoprawny numer. Chodziło o wprowadzenie w klimat i dlatego ono jest bardziej muzyczne niż piosenkowe. A “Nie wiem co to dom” tak, urywa się nagle, ale był to planowany zabieg. Cieszę się, że działa. Nie był to natomiast zabieg pod wyświetlenia, a czysto artystyczna decyzja. Chodziło mi głównie o niedopowiedzenie. O to, żeby po przesłuchaniu była chwila ciszy, te kilka, kilkanaście sekund, kiedy człowiek zostaje sam z tym, co właśnie usłyszał. Żeby się zastanowił, czy mu się to podobało, o czym była ta płyta i co właściwie się wydarzyło. Ta płyta posiada pewną historię, ale lubię kiedy każdy wyciąga z niej coś swojego. Zostawiliśmy też sobie celowo taką lukę, żeby może kiedyś jeszcze do tego wrócić. Swoją drogą była o to spora dyskusja z managementem, bo mówili: „to jest świetny numer, ale ludzi będzie wkurzać, że się nie kończy normalnie”. A ja powiedziałem, że zostaje tak, jak jest. Postawiłem veto i się udało.

Właśnie, a nie masz takiego poczucia, że ludzie znający Twoje wcześniejsze rzeczy nagle przestaną Cię słuchać, bo poszedłeś w totalnie inną muzę?

Szczerze? W ogóle się tego nie boję. Myślę, że ludzie, którzy są ze mną od początku, docenili przede wszystkim szczerość w mojej muzyce. To, że zawsze robię to, co w danym momencie najbardziej czuję. Nigdy nie zrobiłem numeru „pod publikę” i nie zamierzam. Nawet jeśli coś stało się hitem, to nie dlatego, że planowaliśmy hit, tylko dlatego, że mieliśmy ochotę zrobić piosenkę dla funu. Jak się spojrzy na wyniki, to naprawdę nie ma na co narzekać. “Znajdź mnie w tym” zrobiło złoto w preorderze, choć ludzie po singlach dobrze wiedzieli, że nie czeka ich stricte hip-hopowy album.

To chyba najlepsza gratyfikacja za to, że przy tej płycie bardzo otworzyłeś się na nową muzykę.

Jak dla mnie to o to właśnie chodzi w byciu artystą. Nie możesz stać w miejscu. Dobrym przykładem są „Owoce”. Zrobiłem trzy części i każda miała swoje uzasadnienie. Trzecia była już bardziej symboliczna, takie zamknięcie klamry. Natomiast co ciekawe, „Owoce 3” były nagrane jeszcze przed „SBM Starter”, a że numer po prostu był fajny, to go wypuściliśmy. Wiesz, mógłbym spokojnie robić boom-bap do końca kariery, bo na tym mnie ludzie pokochali. Ale już na „Chosie” miałem potrzebę odejścia w inną stronę, bo inna muzyka mnie zaczęła jarać. „Owoce” po prostu się zdarzyły, bo beat mnie mega mnie zajarał. Jak coś wychodzi z zajawki, to prędzej czy później się obroni. Pytanie tylko kiedy. Przy nowej płycie też nie było od razu wystrzału. Pierwsze dwa single “Potwory z szafy” z Kacperczykami i „Nie puszczę” poszły ok, ale bez szału. Dopiero trzeci numer “Zabiorę Cię tam” z Vito Bambino zaczął robić większe liczby, choć też wolno się rozkręcał. Przez pierwsze tygodnie kręcił się koło TOP 50 Spotify, raz był 60-ty, raz 55-ty. Zmieniło się to, gdy radio wrzuciło go w wyższą rotację i wtedy już poszło. Totalnie. Po 4 miesiącach pod tym utworem jest 15 milionów na YouTube oraz 20 milionów na Spotify. Dla mnie najważniejsze jest to, że ten utwór otworzył mi drzwi do świata, którego wcześniej w ogóle nie brałem pod uwagę, czyli do radia. Do tej pory sprawdzałem tylko Spotify i YouTube. Teraz patrzę też na rotacje radiowe i to jest dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Dla mnie to duża radość, jak np. wracam w nocy z imprezy, wsiadam do taksówki i nagle leci mój utwór w radiu. To jest coś niesamowitego.

 

 

A zdarzyło Ci się już, że rozpoznał Cię słuchacz, który nie jest stricte hip-hopowy?

Tak, nawet ostatnio była taka sytuacja. Byłem w Szczecinie na meczu koszykarskim Wilków Morskich, bo moja dziewczyna jest ich dużą fanką. W którymś momencie podszedł do mnie facet po czterdziestce i powiedział, że słyszał mój numer w radiu i mu się mega podobał. Niecodzienne uczucie, bo jeśli ktoś mnie rozpoznaje to raczej jest młodszy ode mnie, a wiesz, ja mam dopiero 23 lata. Miałem też sytuacje w samolocie, bo przypadkowo w obie strony leciałem obok tego samego faceta. Zagadałem go o książkę, którą czytał a potem przeszliśmy do tego, czym się zajmujemy. Gdy przyszła pora na mnie to mówię, “A zna pan numer Zabiorę Cię tam, który leci ostatni w radiu? To mój utwór.” Gość powiedział, że zna i jest w szoku, że udało mu się mnie spotkać. Słuchacz polskiego hip-hopu dobrze mnie zna, ale dla tego ze świata radiowego jestem totalnie nowy. To jest w ogóle inna pula ludzi, inne reakcje itp. My trochę żyjemy w rapowej bańce, gdzie wszystko wydaje się ogromne, ale radio traktuje to inaczej. Dopiero kilka lat temu radio zaczęło powoli otwierać się na rap, zaczęli grać mega duże rapowe hity, ale rzadko trafiały one na podium Airplay. To wszystko pokazuje, że nie chodzi tylko o hity, ale o to, że muzyka ma swoje życie. Prędzej czy później się obroni. Ważne, że słuchacze z różnych środowisk mają szansę ją odkryć i zinterpretować na swój sposób.

Szczerze, to w tym roku bardziej widziałbym Cię na Męskim Graniu niż na rapowym festiwalu.

A czemu nie. Ja jestem otwarty i cieszę się, że mogę poznawać coraz to nowe odnogi muzycznego świata. Na takie Męskie Graniu przychodzi też inny słuchacz, który mam wrażenie jest bardziej koncertowy, lubi piosenki wykonywane na żywo i jest chyba też bardziej otwarty na zmienione formy piosenek. Od jakiegoś czasu gram koncerty z zespołem i te utwory po prostu nie brzmią jak ze Spotify, ale mają własne życie i mam wrażenie, że jest to inny rodzaj energii ze sceny. Natomiast hip-hopowy słuchacz nie jest do tego przyzwyczajony. Mu często wystarcza, że jest puszczony instrumental z podbitkami, robi się pogo i ogólnie tu bardziej chodzi o show niż o samo brzmienie tej muzy. Sam grałem tak koncerty sporo czasu, ale teraz widzę, że można z tym wyjść szerzej, a nie tylko ograniczać się do grania z DJ-em.

Często raperzy po prostu grają koncerty z producentem, z którym pracują na co dzień. Czują się przy nim najbardziej swobodnie.

Ale ja też tak gram tak naprawdę, tylko że teraz mój ścisły skład to producent Charlie Moncler, Maki gitarzysta, Benji na perkusji i Woju na basie. Razem robimy muzę, a potem gramy koncerty. Działa to trochę inaczej tylko dlatego, że w pewnym momencie stwierdziłem, że chciałbym na stałe współpracować także z instrumentalistami. Taka forma nam działa, bo ja też nie trzymam chłopaków na sztywno. Mam ogólny plan na zarys utworu czy nawet całej płyty, robię wiele rzeczy sam, ale też nie będę uczył gitarzysty jak ma grać na gitarze. Z jakiegoś powodu jest najlepszy w tym co robi, więc dają wolną rękę, a później mogę tylko ocenić, czy mi się to podoba, czy nie. Warto dawać ludziom przestrzeń, wtedy wychodzą najlepsze rzeczy. Ja jestem takim głównodowodzącym, który zawsze pilnuje swojej wizji i jest obecny w procesie, natomiast nie wchodzę np. w jakieś techniczne aspekty. Po to mam zespół, żeby każdy robił to, co najlepiej potrafi.

Rozmawiał: Mateusz Kiejnig

 

fot. okładka płyty

Zostaw odpowiedź