„Chodzi o wyjście poza własne myślenie i spojrzenie na świat szerszym okiem” – Here on Earth [WYWIAD]

Here on Earth, formacja poruszająca się na styku rocka alternatywnego i post-rocka, prezentuje czwarty album „Zaświat”.

Z okazji wydania tej płyty mieliśmy okazję zadać kilka pytań wokaliście zespołu Krzysztofowi Wróblowi, czego efektem jest poniższy wywiad.

fot. Bartosz Szlachata & Wojtek Nowak

Między wydaniem poprzedniego albumu a „Zaświatem” minęły trzy lata. Jak wyglądał dla Was ten czas? Czy był to okres intensywnej pracy nad nowym materiałem, czy raczej pozwolił Wam na przemyślenie i ukierunkowanie dalszych działań zespołu, co w rezultacie zaowocowało nowymi utworami?

To był czas, kiedy skupiliśmy się na promocji płyty „Nic nam się nie należy”. Właściwie przez półtora roku jeździliśmy po kraju z tym materiałem, graliśmy koncerty klubowe oraz festiwale, promując go wszędzie, gdzie mogliśmy dotrzeć, zdobywając oczywiście nowych fanów. Jak się okazało, ta płyta bardzo dobrze przyjęła się w środowisku muzycznym. Jeżeli chodzi o sam okres już po promocji płyty, ograniczyliśmy koncerty do bodajże czterech w roku, postanowiliśmy pójść za ciosem i nagrać następny album. Ponad dwa lata temu zaczęły powstawać pierwsze utwory na nową płytę. One też wyznaczyły konkretny kierunek, którym podążyliśmy. Rok czasu spędziliśmy na komponowaniu i dopracowywaniu tych utworów, a następne pół roku na ogrywaniu ich przed wejściem do studia.

 Trzyletnia przerwa między płytami – w kontekście kariery Here on Earth, to dużo czy raczej niewiele, jeśli weźmiemy pod uwagę dłuższą perspektywę Waszej działalności?

Trzy lata to niewiele z naszego punktu widzenia. Każdy z nas ma rodzinę, każdy z nas ma swoją pracę i musimy oczywiście odpowiednio dostosować  czas poświęcony Here on Earth do naszego życia rodzinnego i swoich obowiązków. Dlatego samo komponowanie, które zajęło rok, w naszym wypadku nie byłoby możliwe, gdybyśmy jeździli cały czas weekendami w trasy koncertowe. Musieliśmy po prostu skupić się na materiale w czasie, gdy tylko nad tym jesteśmy w stanie usiąść i zebrać odpowiednie myśli. Także z naszego punktu widzenia jest to niewiele. Oczywiście z punktu widzenia fanów być może jest to zbyt długi czas ze względu na tę przerwę, którą mają między jedną płytą a drugą, ale ja sam, obserwując inne zespoły, mam wrażenie, że te dwa, dwa i pół roku przerwy między wydawnictwami jest całkiem stosownym odstępem – również dla zespołów, które mają podpisane kontrakty z wytwórniami. Właściwy czas, żeby  zrobić coś nowego.

Co z Waszego punktu widzenia definiuje „Zaświat”? Czy jest coś, co wyraźnie ma odróżniać ten album od Waszych wcześniejszych dokonań?

W moim odczuciu ten album jest znacznie cięższy, jeżeli chodzi o muzykę i brzmienie, które tu prezentujemy. Poprzednia płyta równie melodyjna – bo uważam „Zaświat” za bardzo melodyjną płytę – wyznaczyła nam pewien kierunek, czyli utwory wpadające w ucho, ale jednocześnie mające swój ciężar i odpowiednią strukturę. Nie są to oczywiście utwory dla każdego. Myślę, że melodie mogą się przyjąć, natomiast same kawałki nie do końca, bo nawet rozmawiając z osobami, słuchającymi różnorodnej muzyki, słyszałem opinie, że czasem te utwory są zbyt ciężkie dla nich. Ta nasza muzyka wydawała im się zbyt ciężka, metalowa. To oczywiście nie jest stricte metal, bo metal może się kojarzyć z death, blackiem czy grindem. Natomiast my gramy te utwory wzbogacone o potężne brzmienia, ale z przekazem mocno elektronicznym, gdzie przestrzenie są charakterystyczne w kompozycjach, klawiszowe melodie mają dodawać smaczków. Na tej płycie poszliśmy jeszcze dalej. W moim odczuciu te utwory wydają się przez tę elektronikę bardziej przyswajalne, a brzmienie pozostaje w dalszym ciągu ciężkie. Słyszałem też opinie, że są po prostu przebojowe, co nas bardzo cieszy.

 

fot. okładka płyty

Za co szczególnie lubicie Wasze nowe utwory? Czy czujecie, że jest w nich coś, co powinno zostać zauważone przez Waszego słuchacza?

Właśnie ta melodyka. Dla nas jest to bardzo istotne. Skupiamy się na tym, żeby melodie, zarówno aranżacja klawiszy, sampli, jak i gitar, które tworzą podbudowę pod tę strukturę melodii, współgrały odpowiednio z linią melodyczną wokalu. Musi to wywołać odpowiedni nastrój, odpowiednie emocje i najpierw my odczuwamy to dokładnie na własnej skórze, tak zwane ciarki, które definiują to, że dana rzecz jest dla nas odpowiednia. Że osiągnęliśmy właśnie tę melodię, że osiągnęliśmy te uczucia, które chcemy przekazać również innym. Dlatego myślę, że głównie za to lubimy te utwory. Jednocześnie słuchacz, zarówno taki, który nie lubuje się może w takim graniu, jest w stanie wyłapać coś, co wpadnie mu do głowy. Taki mamy też odzew wśród słuchaczy. Dla mnie bardzo ważny jest też przekaz tekstowy. Staram się nie pisać w jakiś trudny sposób. Staram się przekazać to, co czuję w ujęciu takim, gdzie dane słowa zostaną w głowie słuchacza na dłużej.

Jak wyglądał proces komponowania dosyć złożonych, wielowarstwowych utworów – od pomysłu po finalną aranżację? Czy proces tworzenia wygląda u Was zawsze w ten sam sposób? A może zmienił się on przy okazji nowej płyty, szczególnie, że skład zespołu trochę zmalał?

Już od czasu „Nic nam się nie należy” zmienił się nasz proces komponowania. Wymusiła to trochę na nas pandemia, gdzie z racji ograniczonego czasu na spotykanie się każdy z nas, w domu próbował komponować utwory, składać poszczególne elementy w całość i z biegiem czasu ta zmiana okazała się idealnym rozwiązaniem. Spotykaliśmy się potem na sali i ogrywaliśmy pewne motywy, dodając coś ciekawszego, czasem urozmaicając różne elementy. To spowodowało, że rzeczywiście efekt był zadowalający. Podobnie zrobiliśmy w przypadku czwartej płyty, z tym, że tutaj całość materiału skomponował Piotr z moją pomocą. Przesyłaliśmy sobie nagrania, ja proponowałem pewne rozwiązania, na przykład dotyczące refrenu czy jakiegoś elementu dodatkowego do utworu i oczywiście melodie wokalu. Ten proces myślę jest o wiele bardziej korzystny dla nas. Dwie pierwsze płyty nagrywaliśmy najczęściej jamując na sali i według mnie szczęśliwie się stało, że odeszliśmy od tego schematu. Jest to też spowodowane – tak jak wspomniałeś w pytaniu – wielowarstwowością utworów, ich złożonością. Nie wszystkie rzeczy jesteśmy w stanie stworzyć jamując. Nie każdy pomysł wykiełkuje w danym momencie, a skupienie się nad tym w zaciszu domowym przynosi o wiele więcej korzyści.

Czy podczas nagrywania „Zaświatu” mieliście momenty, w których materiał wymagał radykalnych zmian, żeby utrzymać naturalność i spójność całej płyty?

Radykalnych zmian nie wprowadzaliśmy podczas nagrywania tej płyty. Były oczywiście pewne sugestie związane z kompozycją, które proponował nasz realizator – Tomasz Zed Zalewski. Zawsze starał się podpowiedzieć w taki sposób, aby nie zaburzyć tych kompozycji, a dodać jedynie pewne słuszne, jak się potem okazało, elementy. I wszyscy też na to się zgadzaliśmy. Tomasz ma wielkie doświadczenie i z przyjemnością słuchaliśmy jego uwag. Natomiast nie były to bardzo duże zmiany. To były bardziej zmiany kosmetyczne. Coś, co pomagało bardziej dopieszczać pewne  elementy. O, tak bym to nazwał.

 

 

„Na płycie“Zaświat” Here on Earth proponuje wyjść poza własny mikroświat i zmieniać siebie”. Czy moglibyście rozwinąć tę odgórną myśl, która przyświeca Waszej nowej płycie?

Chodzi o wyjście poza własne myślenie i spojrzenie na świat szerszym okiem – zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wokół tyle zamętu. Nie tylko z własnego punktu widzenia, ale z empatią wobec innych, którzy próbują przekazać ważne informacje. Media społecznościowe potęgują problem: łatwo tam zdusić głosy jednostek czy idee, zalewając przestrzeń botami i manipulacjami, które szerzą osądy bez refleksji. Nie chcemy niczego narzucać tą płytą – przeciwnie, apelujemy o otwartość na szarości między czernią a bielą. Zbyt często unikamy głębszego zastanowienia, chłonąc powielane, często fałszywe narracje. „Zaświat” to właśnie wezwanie do przebudzenia: wyjdź poza ten hałas, zmień perspektywę i zobacz, co naprawdę ważne.

Czy podczas tworzenia płyty myśleliście o jej odbiorze koncertowym? Jak ten materiał będzie prezentował się na koncertach?

Jak najbardziej, wszystkie riffy, które powstawały, od razu pomagały nam przenieść tę energię na koncertowe emocje, ale tak naprawdę to dopiero wyszło w momencie, kiedy przyszliśmy na salę ogrywać materiał jeszcze przed wejściem do studia. W studiu też poczuliśmy moc tych kompozycji. Ja na przykład, stojąc przy mikrofonie, nagrywając te wokale, świetnie czułem się w przekazie. Jednocześnie, kiedy już ogrywaliśmy te kawałki  na sali przed koncertami, no to wtedy poczuliśmy że, to naprawdę buja nas bardzo i jesteśmy w stanie tę energię przekazać na koncertach słuchaczom.

Z jakim odbiorem spotkał się Wasz album tuż po premierze? Czy w ogóle macie jakieś oczekiwania względem odbioru Waszej twórczości?

Miesiąc po premierze można powiedzieć, że recenzje są bardzo pozytywne. W większości odbiorcy wczuli się w nasz klimat i otrzymujemy wiele ciepłych słów. Emocje, które przekazujemy, docierają do słuchaczy. Muzycznie płyta odbierana jest jako kontynuacja „Nic nam się nie należy”. Jednocześnie słuchacze dostrzegają też ten postęp, który zrobiliśmy od tamtej płyty. Jeżeli chodzi o nasze oczekiwania, nie ukrywam, że chcielibyśmy dotrzeć jeszcze szerzej z naszą muzyką. Dotrzeć do ludzi, którzy o nas nie pamiętają, do tych, którzy nigdy nie słyszeli żadnego utworu, co jest trudne współcześnie i ja akurat zdaję sobie sprawę, że głównie media społecznościowe są takim miejscem, gdzie jesteśmy w stanie tę publiczność zebrać. Aczkolwiek nie jest to łatwe, bo też media społecznościowe kierują się swoimi własnymi schematami i trochę trudno mi samemu w tym uczestniczyć, więc musimy znaleźć swój sposób na to. Poczyniliśmy pewne kroki, żeby wypłynąć szerzej i zobaczymy, jaki będzie tego efekt. To jest nasz cel.

Czy zdarzają Wam się momenty zwątpienia – takie, gdy coś nie wychodzi tak, jak sobie wyobrażaliście? Co w takich chwilach podcina Wam skrzydła i jak udaje się Wam odzyskać motywację do dalszych działań?

Najtrudniejsze są dla mnie wyzwania promocji – poświęcamy dużo czasu, by dotrzeć do nowych słuchaczy, ale efekty nie zawsze są satysfakcjonujące. To podcina skrzydła, zwłaszcza gdy dyskutujemy w zespole i wracamy do tych samych mediów społecznościowych, które nie dają przełomu. Podobnie z koncertami: nie zawsze frekwencja jest taka, jakiej byśmy chcieli – konkurencja wydarzeń w mieście, nasz obecny etap kariery czy po prostu brak rozpoznawalności. Publiczność jest jednak kluczowa; kontakt z nią daje energię, a jej brak boli najbardziej.

Receptą zawsze pozostaje muzyka – tworzymy ją dla fanów i dla siebie. W niej odnajdujemy największą radość i motywację, by grać dalej, pojawiać się na scenie i czekać, aż wiadomość dotrze do kolejnych osób.

 

Here on Earth – „Zaświat” [RECENZJA]

Zostaw odpowiedź