,

„Czuję w sobie siłę i pełnię kobiecości” – Iza Kowalewska [WYWIAD]

Iza Kowalewska powraca, prezentując album „Zapalenie uczuć”, który ukazał się 25 września. To kolejny autorski rozdział w dorobku wokalistki, autorki tekstów i muzyki oraz współtwórczyni Muzykoterapii. Tym razem punktem wyjścia do rozmowy stają się nie tylko nowe piosenki, lecz także emocje, które za nimi stoją, twórcza niezależność i potrzeba opowiadania o świecie na własnych zasadach.

fot. materiały prasowe

Iza Kowalewska powraca, prezentując album „Zapalenie uczuć”, który ukazał się 25 września. To kolejny autorski rozdział w dorobku wokalistki, autorki tekstów i muzyki oraz współtwórczyni Muzykoterapii. Tym razem punktem wyjścia do rozmowy stają się nie tylko nowe piosenki, lecz także emocje, które za nimi stoją, twórcza niezależność i potrzeba opowiadania o świecie na własnych zasadach. Rozmawiamy o kulisach powstawania płyty, muzycznych poszukiwaniach i doświadczeniach.

Czy „Zapalenie uczuć” to materiał, który powstawał przez długi czas, biorąc pod uwagę, że od Twojej ostatniej solowej płyty “Pod dachami Paryża” minęło 10 lat? Kiedy poczułaś, że nadszedł właściwy moment, żeby go wydać?

Iza Kowalewska: Pomysły na tę płytę zbierałam już od 2016 roku. Wtedy spotkałam się z Maćkiem Łyszkiewiczem, z którym znamy się od lat i świetnie się dogadujemy. Oboje jesteśmy z Gdyni, choć ja mieszkam teraz w Warszawie i zawsze podkreślam, że jestem Gdynianką. Stwierdziliśmy, że po długim czasie niewidzenia się nadszedł moment, żeby znów razem nagrać płytę. Tak powstał projekt Iza & Latynoscy Brothers.

Natomiast niektóre piosenki na mój solowy album “Zapalenie uczuć”, faktycznie długo czekały na swoją kolej. „Czemu życie” napisałam już w 2016 roku, ale dostało nową aranżację. W zeszłym roku chciałam doprowadzić całość do końca, lecz się nie udało. W końcu powiedziałam sobie, że muszę wydać ten materiał teraz, bo zaraz całą uwagę pochłonie kolejna płyta projektu Iza i Latynoscy Brothers.

Na albumie słychać ciepłe, żywe brzmienie, przywołujące skojarzenia z Motown. To była twoja wizja od samego początku?

Iza Kowalewska: Tak. Chciałam, żeby płyta miała brzmienie, które kocham – motownowskie, ciepłe, oparte na żywych instrumentach. Zależało mi, żeby nagrania przywoływały czasy, kiedy muzyka miała w sobie dużo życia. W 2024 roku pojechałam do Nowego Jorku i wynajęłam muzyków sesyjnych. Nagraliśmy tam część instrumentalną, bez wokali, bo te rejestrowałam później w Polsce. W 2025 roku, podczas pobytu w Londynie, wynajęłam kolejne studio i dograłam partie z muzykami z Irlandii i Londynu. Dodali między innymi solówki. Potem Sławek Domański, świetny realizator i perkusista, zebrał wszystko w całość i przepuścił przez taśmę. To właśnie dało mi brzmienie, na którym mi zależało.

To dość nietypowy sposób pracy nad albumem – nagrywanie w różnych miejscach i etapami.

Iza Kowalewska: Tak, a do tego studia w Nowym Jorku są horrendalnie drogie. Godzina kosztuje fortunę, więc musiałam wszystko dobrze zaplanować i zmieścić się w swoich możliwościach. Łącznie w nagraniach wzięło udział osiem osób. Sekcja dęta została później zwielokrotniona w procesie produkcji. Nie było mnie stać na wynajęcie całej orkiestry, ale udało się osiągnąć efekt, którego szukałam. W maju 2026 roku pojechałam jeszcze do Gdyni, gdzie w ciągu dwóch trzygodzinnych sesji nagrałam wszystkie wokale, chórki i pozostałe partie. Pracowaliśmy szybko, ale miałam jasną wizję tej płyty.

Pamiętam, że przy jednym z utworów zwróciłem uwagę na bałkański rys. „Zatańcz dla mnie” przywołuje skojarzenia z muzyką Gorana Bregovicia.

Iza Kowalewska: Trafiłeś w punkt. Ta piosenka powstała na działce pod Warszawą, gdzie spędzam czas z przyjaciółką. Agnieszka Michalska, która odpowiada za warstwę muzyczną, przyniosła gitarę i zaczęła grać akordy. Powiedziałam jej: „Aga, jakie super akordy! Zrobimy hit jak Bregović”. Tak to się zaczęło. Melodię napisałam ja, a Agnieszka zajęła się warstwą muzyczną. Najtrudniej było mi później napisać tekst, bo zwykle najpierw powstaje u mnie melodia, a dopiero potem szukam dla niej słów. Ostatecznie się udało. Sławek dobrał też trąbki i zwielokrotnił ich partie, dzięki czemu całość brzmi mocno, wręcz bałkańsko.

W twoim śpiewaniu ważna jest nie tylko barwa głosu, ale też sposób prowadzenia frazy. Słychać, że świadomie nad tym pracujesz.

Iza Kowalewska: Bardzo świadomie. Zawsze mam wizję tego, jak chcę zaśpiewać daną piosenkę. Podoba mi się, kiedy wokal nie musi przez cały czas stać na pierwszym planie, ale mimo to nadaje utworowi charakter i głębię. Lubię też rozwiązania, które nie brzmią jak coś wyjętego z dzisiejszej produkcji. W „Gdy nie ma Ciebie” pojawia się frazowanie, które może kojarzyć się z Hanną Banaszak, co zresztą napisałeś w recenzji i traktuję takie porównanie jako wielki komplement.

Hanna Banaszak była dla ciebie ważną inspiracją?

Iza Kowalewska: Ogromną. Poznałam ją, kiedy śpiewałam na Ladies’ Jazz w 2020 roku. Występowałyśmy na jednej scenie, co było dla mnie spełnieniem marzeń. Zawsze podziwiałam Hannę za sposób śpiewania i frazowania. Mam sopran, więc uczyłam się także, obserwując, jak operuje głosem. Jest w tym mistrzynią. Oczywiście dodaję do tego własne elementy – nigdy nie chciałam być wierną kopią. Jej sposób śpiewania, szczególnie w wysokich partiach, pozostaje jednak dla mnie ważną inspiracją. Kiedyś podarowano mi winyl z 1974 roku, który Hanna podpisała. Zażartowała wtedy, że mogłam przynieść coś nowszego.

Twoje piosenki często opowiadają konkretne historie. Czy najpierw pojawia się tekst, czy muzyka?

Iza Kowalewska: Zawsze najpierw komponuję melodię. Na początku działalności zespołu Muzykoterapia traktowałam tekst dość swobodnie, mimo że literatura była mi bliska. Najważniejsze były dla mnie fraza muzyczna i melodia. Fascynowała mnie też możliwość śpiewania w języku, którego nie ma – tak jak robiła to Lisa Gerrard z Dead Can Dance. Była dla mnie ogromną inspiracją. Na pierwszej płycie Muzykoterapii teksty pisała Natalia Korczakowska, wspaniała reżyserka. Później nasze drogi się rozeszły, a ja musiałam bardziej skupić się na pisaniu. Okazało się, że również dobrze się w tym odnajduję. Z czasem zaczęłam koncentrować się przede wszystkim na człowieku i jego historiach.

Czy te historie w Twoich piosenkach są zawsze bardzo osobiste?

Iza Kowalewska: Nie są to moje historie. Na żadnej z ośmiu wydanych przeze mnie płyt nie opowiadam wprost o własnych przeżyciach. Jestem dobrą obserwatorką codzienności. Inspirują mnie znajomi, ludzie, których spotykam i sytuacje, które widzę. Czasami ktoś nawet nie wie, że napisałam piosenkę na podstawie jego historii. Na Ep-ce „Kołysz” jest na przykład „E = MC2 + M3” – piosenka rozwodowa. Lubię, kiedy utwór ma refren i melodię, ale także opowiada coś konkretnego. Nie interesuje mnie wyłącznie schemat: “kocham cię, ty kochasz mnie, chodźmy do parku”. Musi się za tym kryć jakaś historia.

Na „Zapaleniu uczuć” trafił też cytat zaczerpnięty z piosenki Perfectu: “Gdy nie ma Ciebie, krótki mój wiek”?

Iza Kowalewska: Tak, to nawiązanie, które bardzo lubię, bo też bardzo cenię zespół Perfect. Od lat mam sentyment do piosenki “Autobiografia”. Ważną inspiracją tekstową był dla mnie również Marek Piekarczyk. „Trzy zapałki” to dla mnie coś genialnego. Miałam okazję występować podczas koncertu charytatywnego dla hospicjum, na którym Marek także był obecny. My graliśmy jako Iza i Latynoscy Brothers. Dla mnie, dziewczyny wychowanej w Gdyni, było to niezwykłe przeżycie. Jako dziecko chodziłam z babcią do Teatru Muzycznego na „Jesus Christ Superstar”, w którym Marek występował. Byłam na tym spektaklu chyba co najmniej dziesięć razy. To zostało ze mną na długo.

fot. okładka płyty

Na twojej drodze artystycznej nie wszystko od początku układało się tak, jak planowałaś. Czy to prawda, że chciałaś zostać śpiewającą aktorką?

Iza Kowalewska: Kiedy miałam osiemnaście lat, zdawałam do Studium Wokalno-Aktorskiego przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Nie dostałam się, mimo że zdałam egzamin i byłam dobrze przygotowana. Bardzo chciałam śpiewać w musicalu, więc było to dla mnie trudne. Później próbowałam jeszcze zdawać na wydział jazzu do Katowic, ale tam również się nie dostałam. Ostatecznie przyjęto mnie do Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych im. Fryderyka Chopina, na jazz i piosenkę. Zrobiłam więc to, co chciałam, tylko okrężną drogą. Dzisiaj myślę, że niepowodzenia, które w danym momencie wydają się porażką, po latach potrafią nabrać sensu. Krystalizuje się wtedy nasza prawdziwa droga.

Z tej historii wyciągasz też szerszy wniosek dotyczący młodych ludzi i tego, jak radzą sobie z trudnymi doświadczeniami?

Iza Kowalewska: Kiedy miałam osiemnaście lat, czasy były inne. Dzisiaj pracuję z młodzieżą i widzę, że młodzi ludzie są bardzo wrażliwi. Czasami załamują ich rzeczy, które nam trudno byłoby sobie wyobrazić jako aż tak obciążające. To nie znaczy, że należy ich oceniać. Potrzeba nam więcej empatii i rozmowy. Jeśli widzimy młodego człowieka, który jest załamany, czasami warto po prostu podejść i zapytać, co się dzieje, zamiast zamykać się w przekonaniu, że nie wypada odezwać się do obcej osoby. Młodzi mają dziś dostęp do wszystkiego przez internet i telefon, a mimo to często brakuje im kogoś obok. Bez rozmowy i zaangażowania bliskich trudno wejść w dorosłość.

Psychologia i muzykoterapia są dziś równie ważną częścią twojego życia, co muzyka.

Iza Kowalewska: Te drogi się przenikają. Jestem psychologiem i psychotraumatologiem. W Polsce muzykoterapia wciąż bywa traktowana po macoszemu, choć na świecie od wielu dekad wspiera psychoterapię, psychologię i pracę z kryzysem. Kiedy zakładaliśmy Muzykoterapię z Dominikiem Trębskim, wiedzieliśmy, że ma to być coś więcej niż zespół. Chcieliśmy, żeby dźwięk oddziaływał na słuchaczy. Sama nazwa wzięła się z moich studiów. Zapytałam promotora, doktora Macieja Kieryła, jednego z pionierów muzykoterapii w Polsce, czy możemy użyć jej jako nazwy zespołu. Uznał, że to dobry pomysł, bo muzyka rzeczywiście oddziałuje na ludzi.

Jak wygląda twoja praca z ludźmi w tej dziedzinie?

Iza Kowalewska: Prowadzę warsztaty psychologiczno-muzykoterapeutyczne dla różnych grup i społeczności. Pracujemy między innymi z bębnami, prowadzę też warsztaty krzyku terapeutycznego. To bardzo ciekawe doświadczenie, bo ludzie często przychodzą, nie znając się nawzajem, z ciekawością i otwartością. W trakcie trzygodzinnego procesu pojawiają się różne instrumenty i ćwiczenia. Obserwuję, jak muzyka pomaga dotrzeć do czegoś pierwotnego, co często w sobie zatraciliśmy albo o czym zapomnieliśmy. Prowadzimy również badania. Nie wiem jeszcze, czy przełożą się na doktorat – na razie wolę sprawdzać wiele rzeczy empirycznie.

Czy wiedza psychologiczna wpływa na to, jak tworzysz własne piosenki?

Iza Kowalewska: Bardzo. W muzykoterapii ważny jest początek, rozwinięcie i zakończenie. Nie można zostawić człowieka w stanie pełnego pobudzenia; trzeba go stopniowo wyciszyć, żeby wyszedł zrelaksowany. Podobnie jest na warsztatach, które prowadzę. Ta zasada wpływa również na moje myślenie o kolejności utworów. W przypadku „Zapalenia uczuć” pojawił się jednak problem: przekazałam dystrybutorowi płytę ułożoną zgodnie z moją koncepcją, ale na platformach streamingowych utwory znalazły się w innej kolejności. Zgłosiłam to jeszcze przed premierą, ale naprawa oznaczałaby konieczność wycofania całego albumu. Nie zdecydowałam się na to. Dlatego polecam słuchać płyty od końca – wtedy można odtworzyć zamierzony układ i jeszcze raz odkryć te piosenki.

Czego uczysz się od innych ludzi, artystów, muzyków?

Iza Kowalewska: Cały czas jestem otwarta na naukę. Nie myślę w ten sposób, że wydałam już osiem płyt i mam ustaloną pozycję, więc niczego nowego nie muszę się dowiadywać. Obserwuję innych artystów – to, jak zachowują się na scenie, jak pracują, jak przygotowują się do koncertu. Bardzo cenię profesjonalizm i to, że ktoś przychodzi na próbę przygotowany. Współpraca z Kaśką Nosowską była dla mnie wielką nobilitacją. W 2012 roku zaprosiła mnie na Męskie Granie, żebyśmy zaśpiewały „Polskę”. Byłam wtedy kojarzona raczej z jazzem i retro, więc to było dla mnie ważne doświadczenie. Zostały z tego nie tylko wspomnienia, ale też przyjaźnie, między innymi z Marcinem Żabiełowiczem z grupy Hey.

Miałaś okazję wystąpić też na jednej scenie podcza koncertu Męskiego Grania z Tomaszem Stańką. Jak to wspominasz?

Iza Kowalewska: To było bardzo stresujące! Próbowaliśmy przed koncertem w warszawskim studiu. Leszek Możdżer powiedział, że Tomasz nie przyjdzie na próbę, bo utwór ma tylko cztery akordy i nie ma potrzeby, żeby się pojawiał. Pomyślałam, że skoro to taki gigant, zagranie prostego akordu nie będzie dla niego problemem. Na koncercie przed wielką publicznością zaczęłam śpiewać i usłyszałam, że coś się nie zgadza. To nie była tonacja, której się spodziewałam. W hałasie i całym zamieszaniu straciłam orientację, a za chwilę miałam wejść z frazą. Chciałam zapaść się pod ziemię. Leszek zauważył, że nie wiem, gdzie jestem, i pomógł mi, grając czysty akord C-dur. Dzięki temu odnalazłam tonację. Spojrzał na mnie porozumiewawczo, a ja w myślach tylko powiedziałam: „Jezu, dzięki!”. Do dziś, kiedy o tym opowiadam, wraca stres.

Masz również zabawną historię z „Winobraniem” i Sebastianem Karpielem-Bułecką.

Iza Kowalewska: Pracowaliśmy wtedy z Muzykoterapią, a Sebastian był na koncercie. Zaczęliśmy grać „Winobranie”, które znałam na pamięć, bo śpiewałam je setki razy. Nagle słyszę, że bas jest w innej tonacji, akordy się nie zgadzają, a Dominik gra na trąbce coś zupełnie innego. Pomyślałam: „Jezus Maria, co się dzieje?”. Jakoś dotarliśmy do refrenu, który w końcu się zgodził. Po koncercie Sebastian powiedział, że to niesamowita wersja „Winobrania” i że takiej jeszcze nie słyszał. To było bardzo zabawne.

Sebastiana zaprosiłaś również na płytę „Diabeł mi cię dał”.

Iza Kowalewska: Zaprosiłam go do utworu „Damski bokser”. Wyobrażałam sobie tę piosenkę z góralskimi chórami i bardzo chciałam pójść w stronę ludowości. Sebastian zaśpiewał partie chóralne przepięknie. Na „Zapalenie uczuć” planowałam też zaprosić koleżankę, góralkę, do „Zatańcz dla mnie”, ale nie doszło do tej współpracy. Nic na siłę. Szkoda, bo mogłaby z tego powstać ciekawa kooperacja, ale ostatecznie i tak nagrałyśmy razem piękny utwór w 2023 roku.

Czy planujesz wrócić do regularnego grania z nową płytą?

Iza Kowalewska: Nie mam menedżera ani osoby, która zajmowałaby się organizowaniem moich koncertów, więc nie jest to proste. Dużo gram z mężem – to między innymi występy perkusyjne i różne duże performance. Do tego dochodzi praca psychologiczna. Widzę jednak, że „Zapalenie uczuć” zaczęło uruchamiać zainteresowanie i pojawiają się propozycje koncertów na styczeń, luty i marzec 2027. Chciałabym wrócić do grania z zespołem liczącym od sześciu do dziewięciu osób, bo zależy mi na zachowaniu brzmienia płyty. Z Muzykoterapią grałam kiedyś bardzo wiele, również na festiwalach. Później, po wydaniu solowego albumu „Diabeł mi cię dał” i podpisaniu kontraktu z dużą wytwórnią, koncertów było znacznie mniej. Teraz znów przypominam o sobie. Mam dobre przeczucia związane z tą płytą.

Wspomniałaś o współpracy z Maćkiem Łyszkiewiczem. Czy szykujecie też kolejne wydawnictwo projektu Iza i Latynoscy Brothers?

Iza Kowalewska: Tak. Z Maćkiem współpracuję od wielu lat i dobrze się rozumiemy. Mamy swoje projekty, ale ogromnie się szanujemy. On jest świetnym kompozytorem, a o mnie mówi, że jestem dobrą tekściarką. To się zazębia. Ludzie kojarzą Maćka ze mną, a mnie z Maćkiem i jego projektami, więc nic w przyrodzie nie ginie. Zaczęliśmy też projekt „Kołysz”, czyli Kowalewska – Łyszkiewicz. Początkowo miało to być kilka piosenek, taka próba, ale teraz planujemy wejść do studia 23 listopada i nagrać kolejną płytę zespołu Iza i Latynoscy Brothers, zatytułowaną „Cafe Retro”. Chcemy nagrywać na żywo, tak jak zawsze.

Wydawcą tej płyty ma być Syrena Record. To historyczna nazwa.

Iza Kowalewska: Bardzo się z tego cieszymy, bo jesteśmy z Maćkiem mocno retro. Syrena Record działała przed wojną, a jej historia urwała się w 1939 roku. Wydawała między innymi Hankę Ordonównę i innych znanych artystów tamtych czasów. Po wojnie sprawy związane z prawami autorskimi i reaktywacją były skomplikowane. To świeża sprawa, dlatego tym bardziej się cieszymy, że nasza płyta ma się ukazać pod tym szyldem. Wychowałam się na takiej muzyce. Babcia zawsze mówiła mi, że to najpiękniejsze piosenki – z wyrazistymi refrenami i szlagwortami.

A jak wspominasz współpracę z dużą wytwórnią?

Iza Kowalewska: Nie żałuję. To było ciekawe doświadczenie dla artysty, żeby znaleźć się w dużej wytwórni. Historia zaczęła się od tego, że wysłałam „Tango DNA”. Płyta „Diabeł mi cię dał” miała być w pewnym sensie przedłużeniem Muzykoterapii, dlatego grają na niej muzycy z zespołu, choć ukazała się już pod moim nazwiskiem. Wyszła z tego bardzo dobra solowa płyta, a wytwórnia zaproponowała kontrakt na trzy albumy w ciągu dwóch lat. Problem w tym, że trafiłam do katalogu pop, a to nie była moja estetyka. Rozumiem, że wytwórnia myślała też biznesowo, ale nie był to dla mnie naturalny kierunek. Mimo wszystko cieszę się, że mogłam tego doświadczyć.

Czy wydanie fizycznego albumu „Zapalenia uczuć” jest w planach? Wiele osób pyta o winyl.

Iza Kowalewska: Chciałabym wydać winyl, ale zobaczymy, jak to się potoczy. To duży koszt, podobnie jak przygotowanie masteringu. Płytę wydałam samodzielnie, własnym sumptem, bo żadna wytwórnia nie była nią zainteresowana. Dystrybucję prowadzi iMusician, a album trafił do streamingu. Widzę jednak, że ludzie reagują na niego bardzo dobrze. Pojawiają się komentarze, w których fani pytają o fizyczne wydanie. Nie zakładam, że od razu sprzedam tysiące egzemplarzy, ale obserwuję zainteresowanie. Zrobiłam też teledysk, który udostępniłam jako rolkę na Instagramie, żeby dotrzeć do nowych słuchaczy. Po trzech tygodniach miał prawie 400 tysięcy wyświetleń.

Jak opisałabyś moment, w którym obecnie się znajdujesz – zarówno jako wokalistka, jak i autorka?

Iza Kowalewska: Czuję, że jestem w najlepszym momencie. Wiedziałam, że ta płyta musi ukazać się teraz, a nie za rok czy dwa. Słyszę, jak zmienił się mój głos i jakie mam dziś możliwości. Śpiewam inaczej niż dziesięć lat temu, bo to się cały czas rozwija. Niektórych rzeczy już nie zaśpiewam tak jak kiedyś, ale zyskałam coś innego. Czuję w sobie siłę i pełnię kobiecości. To bardzo dobry czas.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski


  • Iza Kowalewska – „Zapalenie uczuć” [RECENZJA]
  • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej