Dwadzieścia lat po premierze debiutancki album „Plastic” duetu Agi Burcan i Pawła Radziszewskiego po raz pierwszy ukazuje się na winylu. Wydana w 2006 roku płyta, nominowana do Fryderyków w dwóch kategoriach, wyprzedziła swój czas, stając się ważnym punktem odniesienia dla polskiego electropopu i muzyki klubowej. Z duetem rozmawiamy o powrocie do materiału sprzed dwóch dekad, jego aktualności oraz drodze, jaką od tamtej pory przeszła polska scena nie tylko elektroniczna.
Minęło 20 lat od premiery waszej pierwszej płyty zatytułowanej po prostu „Plastic”. Kiedy wracacie dziś do tamtej muzyki, macie wrażenie, że to było tak dawno?
Paweł Radziszewski: Dla mnie ta muzyka cały czas gdzieś żyje. Mam wrażenie, że to było niedawno, a nagle okazuje się, że minęło 20 lat. Nie wiem, gdzie ten czas uciekł. Pamiętam ten okres bardzo dobrze.
Agnieszka Burcan: Ja też mam czasem wrażenie, że to było jak mgnienie oka. Pamiętam dokładnie tamten czas i trudno uwierzyć, że minęły dwie dekady. Im więcej czasu upływa, tym chyba inaczej go odbieramy.
Dzisiaj macie jednak coś, czego wtedy nie było – możliwość obserwowania, jak ludzie wracają do tej muzyki.
Aga: I to jest chyba najfajniejsze. Wtedy nie mieliśmy tylu możliwości, żeby sprawdzić, jak ludzie odbierają naszą muzykę. Był MySpace, który zresztą bardzo dobrze nam działał. Byliśmy „królami Myspace”. (śmiech)
Paweł: To było świetne narzędzie do kontaktu z fanami i promowania muzyki. Każdy miał swój profil i player, można było dodawać ulubione piosenki. To naprawdę służyło muzyce.
Kiedy dziś słuchacie pierwszej płyty, słyszycie przede wszystkim zapis konkretnego momentu czy raczej początek drogi?
Paweł: Dla mnie to przede wszystkim zapis czasu. Debiut jest dla artysty czymś bardzo ważnym. Jesteś wtedy młodym człowiekiem, żyjesz w konkretnych realiach i już nigdy nie wrócisz do tego momentu. Ta płyta jest więc pewnym dokumentem tamtego okresu. Pokazała też jakiś kierunek, od którego odeszliśmy przy drugiej płycie. Początkowo druga płyta miała być podobna do pierwszej.
A jednak poszliście wtedy w inną stronę.
Paweł: Tak, bo wygraliśmy Vena Music Festival piosenką – „Lazy Day”, którą Aga napisała w pociągu. Ten numer był zupełnie inny od wszystkich rzeczy na pierwszej płycie. Po różnych rozmowach, między innymi z naszym przyjacielem Jackiem Gawłowskim, który miksował również tę płytę, postanowiliśmy przemyśleć kierunek i poszliśmy trochę w inną stronę.
Nie żałujemy tego, bo to również pokazuje nasze możliwości produkcyjne. Od początku wszystko robiliśmy sami i to się właściwie nie zmieniło. Przed tą pierwszą płytą również produkowaliśmy muzykę.
Ta płyta powstawała zresztą dość długo.
Paweł: Tak. W pewnym sensie była naszą pierwszą dużą produkcją. Materiał przez trzy lata leżał w szufladzie, nie był jeszcze całkowicie skończony, ale większość rzeczy była już nagrana i gotowa. Szukaliśmy możliwości, żeby to wydać. W międzyczasie robiliśmy inne rzeczy – byliśmy muzykami sesyjnymi, produkowaliśmy też utwory dla innych artystów.
Aga: Czyli to nie było tak, że nagle stwierdziliśmy: „To teraz sobie nagramy płytę”. To raczej była potrzeba, żeby wreszcie zrobić coś własnego po tym, jak przez jakiś czas robiliśmy różne rzeczy dla innych.
I wracając do tego, co Paweł mówił o zapisie czasu – mam taką teorię, że muzyka i piosenki nie mają konkretnej daty ważności. Ja bym się nadal podpisała pod tym, co wtedy zrobiliśmy. Oczywiście, gdybym miała tę płytę zrobić dzisiaj, pewnie wyglądałaby inaczej, bo ja jestem już inną osobą. Ale tamten materiał jest zamkniętą historią i nie widzę potrzeby jej zmieniać.
Wspominacie tę płytę także jako okres dobrej zabawy.
Aga: Zdecydowanie. Chyba właśnie przy tej płycie najlepiej się bawiliśmy. Jest nawet utwór „Superstar”, który początkowo miał zupełnie inną formę. Mamy wersję, w której słychać nasze śmiechy, wygłupy i cały proces powstawania. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się znaleźć ten fragment i go upublicznić, bo tam naprawdę słychać, co się działo. To była po prostu zabawa. Tak to zapamiętałam.
„Superstar” było zresztą dość nietypowym numerem jak na tamte czasy. Wasza muzyka trochę wymykała się ówczesnym standardom radiowego popu. Czy oby na pewno Wasza pierwsza płyta ukazała się w dobrym momencie?
Paweł: Nie wiem, czy można powiedzieć, że płyta ukazała się w dobrym momencie. Ona po prostu musiała się wtedy ukazać, bo była praktycznie gotowa od trzech lat. Kiedy jesteś debiutantem, to nie zastanawiasz się, czy czas jest odpowiedni, czy rynek jest na to gotowy, czy może lepiej poczekać dwa albo pięć lat.
Aga: Dopiero później zaczęliśmy dostawać sygnały z różnych stron, że trochę wyprzedziliśmy rynek. Po kilku czy kilkunastu latach pojawiły się zespoły robiące rzeczy podobne do tego, co my robiliśmy wcześniej. Gdy zaczynaliśmy było kilka takich formacji i ludzi z pasją, działających gdzieś na styku muzyki klubowej i alternatywy. Pamiętam chociażby Mosqitoo, z którym byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni i nadal się lubimy.
Było też sporo formacji, które po prostu nie przetrwały. Kończyły działalność po roku czy dwóch. My tymczasem uparcie dobrnęliśmy do dwudziestej rocznicy i nadal istniejemy. I nie ogłosiliśmy jeszcze końca pracy nad sobą. (śmiech)
Na winylu nie zmieścił się jednak cały materiał z pierwszej płyty. To musiała być trudna selekcja.
Aga: Nie wyobrażasz sobie, jaki był płacz. Musieliśmy coś wybrać, a cokolwiek byśmy wyrzucili, byłoby źle. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że usunęliśmy jego ulubioną piosenkę. Tak było również między nami.
Paweł: Musieliśmy po prostu zmieścić się na winylu. To był podstawowy problem.
Aga: I to, że nie ma na nim wszystkich polskich piosenek, nie było żadnym założeniem. Po prostu wyszło tak z selekcji. Poza tym uważamy, że „Oo lala” jest utworem w języku polskim – to jest nasze oficjalne stanowisko – a ten utwór znajduje się na stronie A.
Żartowaliśmy, że może kiedyś wydamy osobnego winyla z polskimi historiami.
Paweł: Nie wydamy. (śmiech)
Aga: No właśnie. Ale te polskie utwory z tej płyty również nie zaistniały wtedy aż tak mocno.
Jednym z utworów, które nie znalazły się na winylu, jest „Szukam”. Czy jest coś, czego wciąż poszukujecie?
Aga: W tej piosence chodzi o to, że w samym szukaniu jest sens. My dalej szukamy, próbujemy znaleźć coś ciekawego. I myślę, że gdybyśmy już wszystko znaleźli, nie byłoby po co dalej działać.
Paweł: No właśnie. Wtedy składamy ręce i emerytura.
Czy już wtedy czuliście, że to jest droga, która pozwoli wam tak długo funkcjonować?
Paweł: Ja nie myślałem w ten sposób. Byliśmy po prostu skupieni na tym, żeby działać dalej.
Aga: Robiliśmy swoje. Może dlatego właśnie przetrwaliśmy. Dzisiaj natomiast mamy większy feedback niż wtedy. I większą satysfakcję daje mi to, że po 20 latach ta płyta nadal coś ludziom mówi i została gdzieś historycznie umieszczona. Cały czas nabijam się z siebie, że jesteśmy z Pawłem już legendą. Ale dobrze się trzymamy jak na legendy. (śmiech)
Paweł: Nie jesteśmy obecnie bardzo aktywni, oczywiście oprócz świętowania fonograficznego debiutu Plastic, ale cały czas produkujemy muzykę dla innych artystów. Po prostu żyjemy muzyką przez całe życie. Robimy rzeczy związane z muzyką cały czas.
Aga: I chodzimy na koncerty. Bardzo często.
Przy okazji winylowej edycji musieliście zrobić też selekcję utworów, które miały zostać. Które były absolutnie nie do ruszenia?
Aga: „Superstar” musiał zostać. To była wizytówka tej płyty i to się nie zmieniało w żadnej konfiguracji. „Nice Girl” też był bardzo ważny. Zastanawialiśmy się co prawda nad jego wersją, ale sam utwór musiał się znaleźć na winylu, również dlatego, że pojawia się w nim nasz jedyny gość, Reinaldo Ceballo.
Paweł: To kubański pianista mieszkający w Polsce. I tutaj jest ciekawa historia. Zauważyłem Reya wcześniej przy okazji jego współpracy z Korą przy płycie „Kora Ola Ola”. Byłem nawet na ich wspólnym koncercie i pomyślałem wtedy, że fajnie byłoby kiedyś z nim coś zrobić.
Pamiętam, że właśnie takie kolaboracje były wtedy popularne. Nasz przyjaciel, realizator dźwięku śp. Wojtek Przybylski, znał Reya i dzięki niemu mogliśmy się z nim skontaktować. Rey zgodził się z nami zagrać, a „Nice Girl” ukazała się jeszcze przed naszą płytą, na składance „Pozytywne Wibracje”.
Aga: Teraz przy jubileuszowej edycji pojawiła się również wersja radiowa „Nice Girl”. Ciekawa jest też historia samej okładki – wykorzystaliśmy zdjęcie zrobione ponad 20 lat temu, podczas naszej pierwszej sesji jako Plastic. To było pierwsze, przypadkowe zdjęcie próbne, a okazało się tym najlepszym.
Wasza pierwsza płyta w większości jest po angielsku. To było świadome pójście pod prąd?
Aga: Zdecydowanie. To nie był przypadek. Zdawaliśmy sobie sprawę, że będą tego konsekwencje. Ostrzegano nas przed nimi. Po prostu angielski pasował do tego rodzaju muzyki. I nawet jeżeli bardzo lubimy nasze polskie utwory, które znalazły się na tej płycie, to te anglojęzyczne były chyba mocniejsze i bardziej naturalnie wpisywały się w to co tworzyliśmy.
Paweł: To było świadome.
Aga: „Oo lala” jest oczywiście wyjątkiem. Możemy się upierać, że jest po polsku. (śmiech) Albo w jakimś wymyślonym języku.
Pierwsza płyta przyniosła wam również nominacje do Fryderyków. Jak to wtedy wpłynęło na waszą sytuację?
Paweł: Zostaliśmy członkami Akademii i to było dla nas ważne. Myślę, że dla każdego młodego artysty nominacja albo nagroda ma znaczenie.
Aga: Nominacja do Fryderyków jest czymś, czym można się cieszyć do końca życia. Tak samo później ważne były dla nas inne wyróżnienia. To daje satysfakcję.
Paweł: Każdy nominowany zostaje później członkiem Akademii i może głosować na kolejne nominacje i laureatów. To jest fajne.
Mieliście wtedy jakieś oczekiwania, że po nominacjach wydarzy się coś większego?
Paweł: Nie pamiętam takiej sytuacji. My chyba w ogóle o tym nie myśleliśmy.
Aga: Artysta na tym etapie raczej nie ma czasu siedzieć i analizować, co się wydarzy. Pracowaliśmy w studiu i robiliśmy swoje.
Nigdy nie graliście też bardzo dużo koncertów.
Paweł: Mieliśmy takie podejście, że chcieliśmy występować całym zespołem, to było dla nas ważne. To było też trudne i mało ekonomiczne. Było nas więcej na scenie, potrzebowaliśmy większego transportu i przez lata płaciliśmy za to określoną cenę. Trochę bezkompromisowo podchodziliśmy do wszystkiego, ale udało się zagrać na wszystkich ważnych festiwalach i supportować naszych idoli.
Aga: Paweł jest wielkim fanem Prince’a. On przez całe życie miał podobne podejście.
Skoro już wspomniałaś o Prince – dzisiaj wokół jego archiwalnych nagrań pojawiają się różne dyskusje, również dotyczące ingerencji w stare materiały. Jak na to patrzycie?
Paweł: Widziałem ostatnio dyskusję na YouTubie dotyczącą jednego z jego utworów. Pojawiły się głosy, że do starego nagrania dołożono instrumenty dęte. Prince raczej nie chciał pokazywać rzeczy, których nie uważał za gotowe. Teraz wszystko jest wyciągane na światło dzienne. Mam wrażenie, że nie byłby z tego specjalnie zadowolony.
Aga: Z drugiej strony my sami jesteśmy ciekawi rzeczy, które się nie ukazały. Tylko zawsze jest jakiś powód, dla którego coś nie zostało wydane. Niekoniecznie musiało być genialne.
Paweł: Prince był jednak tak płodnym artystą, że stworzył więcej rzeczy niż kilka zespołów przez całą karierę.
Czy dzisiaj spotykacie ludzi, którzy dopiero odkrywają Plastic?
Agnieszka: Tak. Niedawno graliśmy przed OMD. Było dużo osób, które teoretycznie powinny pamiętać naszą płytę, ale rozmawiałam też z ludźmi bardzo intensywnie interesującymi się muzyką, którzy w ogóle nas nie znali. Byli pozytywnie zaskoczeni.
Oczywiście nie jesteśmy superpopularnym zespołem, który wszyscy muszą znać. Ale feedback w rodzaju: „Zobaczyłem okładkę i pamiętam tę płytę” pojawia się częściej, niż się spodziewaliśmy. Ten debiut rzeczywiście gdzieś się ludziom wrył w pamięć, także dzięki charakterystycznej okładce.

Czy od początku interesowało was połączenie elektroniki z żywą materią?
Paweł: Zawsze był to dla nas ważny miks. Z jednej strony elektronika, z drugiej instrumenty z lat 70. i 80., a wszystko nagrywane na komputerze z początku XXI wieku.
Na płycie „plastic” słychać instrumenty dęte, pojawiają się żywi muzycy. Piotr Skotnicki specjalnie nauczył się grać na shakuhachi na potrzeby tego albumu. Na gitarze basowej zagrał Paweł Bomert, na saksofonach Artur Włodkowski, na flugelhornie Krzysztof Bas. Oczywiście wszystko można byłoby zrobić dzisiaj w komputerze, ale znacznie bardziej lubimy pracować z muzykami, bo to co wnoszą do utworu jest istotne. Elektronika zawsze była dla nas czymś, co warto łączyć z innymi elementami – smyczkami, dęciakami, gitarą, basem. Lubimy mieszać różne rzeczy.
Mam wrażenie, że właśnie teraz, w czasach ogromnych możliwości technologicznych i AI, coraz bardziej docenia się umiejętności, talent i granie na żywo.
Aga: Ale nagranie również oddaje człowieka. Nie chodzi tylko o to, że to będzie niedoskonałe, że ktoś się pomyli. Chodzi o emocje i o coś bardziej ludzkiego. To jest dla mnie najważniejsze.
Po 20 latach wasza muzyka nadal wymyka się jednoznacznym kategoriom. Sami określilibyście ją jako…?
Aga: Eklektyczną. To jest chyba wspólna cecha całej naszej drogi przez wszystkie albumy. Nie jest to jeden konkretny gatunek. Lubimy coś tak połączyć i wymieszać, żeby nikt do końca nie wiedział, na jakiej półce nas położyć.
Paweł: Termin „muzyka klubowa” też był kiedyś bardzo pojemny. Patrząc choćby na „Superstar”, jeśli połączysz ten utwór z teledyskiem, ludzie często myśleli, że pochodzi z lat 80.
Aga: Bardzo długo klasyfikowano nas właśnie jako zespół inspirujący się latami 80., ale gdy spojrzysz na inne nasze rzeczy, na bardziej house’owe utwory czy drum’n’bass, już tego skojarzenia nie ma. Te lata 80. gdzieś tam zawsze są, choćby w brzmieniu autentycznych instrumentów z tego okresu, ale jednocześnie to już zupełnie nowy kierunek.
Jak patrzycie na współczesną elektronikę? Jest dziś odważniejsza niż 20 lat temu?
Paweł: Nie wiem, czy bardziej odważna. Jest przede wszystkim ogromna nadprodukcja muzyki. Codziennie na Spotify pojawiają się setki tysięcy nowych piosenek. Nie wiem, czy to odwaga. Mam wręcz wrażenie, że dzisiejsza muzyka jest często bardziej radiowa i bardziej ugładzona niż 20 lat temu. Wtedy w komercyjnych rozgłośniach było też więcej polskich piosenek.
Aga: Ale po drodze wydarzyło się mnóstwo rzeczy. Nowa muzyka nasiąkła tym, co pojawiło się później – hip-hopem, nowymi gatunkami, elektroniką i wszystkim tym, co przez kolejne lata trafiało z niszy do mainstreamu.
Dzisiaj możemy słuchać praktycznie całej historii muzyki dzięki streamingowi. Dlatego współczesne rzeczy mogą czerpać jednocześnie z muzyki sprzed kilku dekad i z zupełnie nowych zjawisk. Dostajemy dzięki temu nową melodykę, nowe sposoby budowania frazy wokalnej. Z połączenia tych rzeczy powstaje coś naprawdę nowego.
Czy w tym ogromie muzyki łatwo jest jeszcze zrobić coś naprawdę własnego?
Aga: To jest trudne, bo tyle rzeczy już kiedyś powstało. Ale w tym właśnie jest siła młodych ludzi. Pamiętam ze szkoły taką myśl, że siłą niewiedzy jest to, że robisz coś z przekonaniem, że jest całkowicie twoje. Starszy słuchacz może wiedzieć, że przed tobą wiele osób robiło coś podobnego, ale jeżeli robisz to szczerze i autentycznie, to nadal ma to wartość.
A jak oceniacie współczesnych młodych wykonawców?
Paweł: Ja bardzo dużo słucham nowej muzyki i naprawdę się z tego cieszę. Z jednej strony może trudniej się dziś przebić, ale z drugiej jest łatwiej coś wydać. Kiedy my zaczynaliśmy, bez wytwórni praktycznie nie dało się tego zrobić. Dzisiaj może to zrobić właściwie każdy. Jest bardzo dużo młodych, zdolnych ludzi, którzy tworzą. Chodzę na koncerty, obserwuję ich i zawsze coś potrafię znaleźć dla siebie.
To również pokazuje, że warto chodzić na koncerty i szukać nowych rzeczy.
Aga: Bardzo często inspiruje mnie samo to, że jestem na koncercie. Ostatnio był to koncert australijskiego basisty Donny’ego Benéta. Męczę się nad jakimś rozwiązaniem do swojej piosenki, nic nie mogę wymyślić, a potem stoję wśród publiczności nagle wpada mi do głowy jakiś pomysł, który nie ma nawet nic wspólnego z tym, co dzieje się na scenie. Po prostu muzyka na żywo potrafi bardzo pobudzić. Dlatego polecam wszystkim wyjść z domu i zobaczyć kogoś innego. Nie mówię o kopiowaniu. Chodzi o inspirację – o coś, co tak cię poruszy, że zaczynają pracować jakieś trybiki.
Istnieją też festiwale, na których można odkrywać takich artystów.
Paweł: Tak. Great September bardzo mi się podoba. Kilka razy zdarzyło się, że artyści mówili, że to jest ich pierwszy koncert. To ciekawa sytuacja, bo możesz zobaczyć zupełnie nieznane osoby, o których jeszcze nic nie wiesz.
Aga: Ja lubię takie odkrywanie. Idziesz gdzieś losowo, nie wiesz dokładnie, na co trafisz, a potem okazuje się, że ktoś jest naprawdę interesujący. Jest w tym element przygody.
I może właśnie to jest dziś ważniejsze niż próba przewidywania, kto za chwilę stanie się popularny.
Gdybyście mieli jednym zdaniem zachęcić kogoś, kto nigdy nie słuchał Plastic, do sięgnięcia po waszą pierwszą płytę?
Aga: Jest w tej muzyce jakaś radość. Jeżeli ktoś chce sobie poprawić humor, może po prostu jej posłuchać.
Paweł: A ja powiedziałbym: zobacz, co robiliśmy 20 lat temu, a co niektórzy robią dopiero teraz.
Aga: Tylko to, że tak mówimy, nie znaczy, że uważamy się za wynalazców wszystkiego. Po prostu bardzo często spotykamy się z opinią, że robiliśmy pewne rzeczy za wcześnie. Czasu jednak nie cofniemy.
Paweł: Chociaż naszym wspólnym ulubionym filmem jest „Back to the Future”, więc coś w tym jest. (śmiech)
Aga: Wszystkie części możemy oglądać w kółko.
Rozmawiał: Łukasz Dębowski

![Iza Kowalewska – „Zapalenie uczuć” [RECENZJA]](https://polskaplyta-polskamuzyka.pl/wp-content/uploads/2026/09/Iza-Kowalewska1.jpg)





Dodaj komentarz