,

„Nie chcę być mentorem miłości” – Wiktor Waligóra [WYWIAD]

Dziś premierę ma drugi album Wiktora Waligóry „Krótkie historie o miłości”. Artysta wciela się na nim w rolę narratora i uważnego obserwatora relacji, emocji oraz doświadczeń związanych z bliskością. Na płycie po raz pierwszy w jego dotychczasowej dyskografii pojawiają się również goście. O albumie, miłości i muzycznych spotkaniach rozmawiamy z artystą.

fot. materiały prasowe Sony Music Polska

Dziś premierę ma drugi album Wiktora Waligóry „Krótkie historie o miłości”. Artysta wciela się na nim w rolę narratora i uważnego obserwatora relacji, emocji oraz doświadczeń związanych z bliskością. Na płycie po raz pierwszy w jego dotychczasowej dyskografii pojawiają się również goście. O albumie, miłości i muzycznych spotkaniach rozmawiamy z artystą.

Twoja droga w ostatnich latach wyraźnie przyspieszyła. Był Fryderyk, pierwsza płyta, trasa klubowa i kolejne koncerty plenerowe. Jak dzisiaj patrzysz na tę rosnącą rozpoznawalność?

To są cały czas małe kroczki do przodu i chyba właśnie tak to traktuję. Fryderyk oczywiście jest ważnym wyróżnieniem, bo otwiera pewne możliwości i zwiększa rozpoznawalność tego, co robię również poza samą branżą. Nie narzekam. Mam jednak świadomość, że przede mną jeszcze długa droga, żeby ta rozpoznawalność była jeszcze większa. Teraz gramy sporo koncertów i to jest dla mnie chyba najlepszy sposób, żeby ten kontakt z ludźmi rzeczywiście budować.

Koncerty są dla ciebie czymś innym niż wszystkie pozostałe sytuacje związane z muzyką?

Zdecydowanie. Na co dzień jestem osobą, która bardzo dużo rzeczy analizuje i potrafi się stresować naprawdę drobiazgami. Dużo rozkminiam wieczorami, czasami mam problem nawet ze zwykłą rozmową z drugim człowiekiem. Na koncertach mi to przechodzi. Jestem z chłopakami na scenie i totalnie czuję, że wszystko będzie okej.
Pamiętam jednak pierwszy koncert na trasie w Krakowie, moim rodzinnym mieście. Takiego poziomu stresu nie miałem chyba nigdy. Podobno było to widać, ludzie z publiczności trochę wyczuwali, że coś jest nie tak. Od tamtego czasu wykonałem sporo pracy, żeby ten stres opanowywać. Dzisiaj czujemy się na scenie dużo bardziej komfortowo.

Sam album „Krótkie historie o miłości” pojawia się w tym samym momencie, co koncerty. To istotne, bo materiał jest podobno bardzo „live’owy”.

Tak, ten materiał jest bardzo organiczny i żywy. Dlatego nawet jeżeli część ludzi nie zdąży wcześniej przesłuchać całej płyty, to poznanie tych piosenek na żywo wydaje mi się jednym z najlepszych sposobów. Ciekawi mnie też sytuacja, w której ktoś usłyszy te numery pierwszy raz właśnie podczas koncertu.

No właśnie, przejdźmy do płyty. „Krótkie historie o miłości” to tytuł, który mógłby sugerować bardzo uniwersalny temat. Co sprawiło, że właśnie na nim chciałeś oprzeć cały album?

Miłość jest faktycznie chyba najbardziej rozpowszechnionym tematem piosenek. Tylko że sama miłość, razem z muzyką, stanowią dla mnie dwie osie, na których opieram właściwie całe swoje życie. To jest tak rozległy temat, że można napisać o nim jeszcze pięć milionów piosenek i nadal da się znaleźć ciekawy sposób, żeby coś do niego dorzucić.

Na tej płycie chciałem pokazać, jak na różne aspekty miłości patrzy moje pokolenie. Wychowaliśmy się już w czasach, w których relacje są inne, a chyba także trudniejsze do rozpoczęcia i utrzymania niż kiedykolwiek wcześniej. Świat rozwija się bardzo dynamicznie, nowe technologie totalnie zaburzyły nasz kontakt z drugim człowiekiem. Widzę to również u swoich przyjaciół. Poznawanie nowych ludzi i utrzymywanie z nimi kontaktu przez dłuższy czas potrafi być dzisiaj naprawdę trudne.

Jako reprezentant tego słynnego Gen Z chciałem pokazać, jak moje pokolenie na to patrzy. To, jak wyglądają relacje teraz, jest czymś absolutnie nowym na przestrzeni naszej historii. To jest dla mnie ciekawe.

Czy dlatego płyta układa się trochę jak historia jednej relacji, tylko oglądanej z różnych stron?

Nie chciałem, żeby to była historia jednej konkretnej relacji. Bardziej zależało mi na pokazaniu tego tematu z jak największej liczby perspektyw. Na początku jest moment zakochania i to, jak romantycy, tacy jak ja, radzą sobie, a raczej nie radzą sobie w dzisiejszym, bardzo szybkim świecie.

Później w „Jak pies” czy „Terapii dla par” z Lor pojawiają się problemy związane z komunikacją i z tym, jak wpływają one na obie strony relacji. Dalej dochodzą problemy rodzinne, tęsknota w numerze z Wiktorem Dydułą, a na końcu próbuję to wszystko sobie jakoś uzasadnić. Tych aspektów jest kilka i chyba właśnie taka jest misja tej płyty: pokazać miłość w XXI wieku z różnych stron.

Od razu wiedziałeś jak ugryźć ten temat i z jakiej perspektywy pisać o miłości?

Początkowo te historie miały być napisane totalnie z perspektywy narratora, z trzeciej osoby. Mam nawet taką ciekawostkę, że „Jak pies”, który finalnie jest z Miuoshem, miał być historią osoby siedzącej w domu i czekającej na powrót swojej drugiej połówki. Pomysł pojawił się po przeczytaniu artykułu o żonach żołnierzy wyjeżdżających na misje. To miała być piosenka napisana z perspektywy tej kobiety.

Później ten pomysł zaczął się jednak zmieniać. Uznałem, że chyba nie jestem jeszcze na takim poziomie, żeby pisać całkowicie o kimś innym i zrobić to w taki sposób, żeby nie straciło to wiarygodności. Kuba Dąbrowski powiedział mi wtedy, że i tak pewnie skończy się na tym, że będę pisał o tym, co sam przeżywam. Faktycznie tak się stało.

Te historie są inspirowane tym, co gdzieś przeczytałem albo znam od moich znajomych, ale zawsze zostają przefiltrowane przez moje prywatne emocje, odczucia i to, co wydarzyło się w moim życiu. To jest ten pierwiastek, który, wydaje mi się, dodaje tej płycie szczerości.

Czy taka perspektywa bohatera pozwala ci jednocześnie powiedzieć więcej i zachować trochę bezpiecznego dystansu?

Zdecydowanie. Wiem, że mogę gdzieś czegoś nie dopowiedzieć albo opowiedzieć coś trochę inaczej. Osoba mówiąca w piosence jest przecież związana z narratorem, ale nie musi to być zawsze bezpośrednio związane ze mną.

Z drugiej strony na tej płycie dużo bardziej niż na pierwszej otwieram się na swoje emocje. „Gdyby nie ty” to rzeczywiście wyjęta z mojego życia historia z pierwszej klasy liceum. Kiedy wpadłem na pomysł, że właśnie o tym powinien być ten numer, trochę się przestraszyłem. Powstawały różne wersje tekstu, które mocniej ukrywały to, jak ta historia naprawdę wyglądała. Finalnie najlepsza i najbardziej szczera okazała się jednak ta, która niczego już nie zasłaniała.

Pisanie o sobie działa pozytywnie na możliwość utożsamienia się odbiorcy z numerem, ale rzeczywiście wymaga odwagi i poszerzenia własnych granic. Trudniej napisać taki tekst, kiedy wiesz, że będą go słuchać również osoby, które znają cię prywatnie.

Chciałeś więc stworzyć coś w rodzaju mapy relacji, ale bez udawania, że masz na miłość gotową odpowiedź?

Bardzo chciałem pokazać różnorodność, ale absolutnie nie chciałem, żeby ta płyta stała się jakimś uniwersalnym przewodnikiem po miłości. Nie mam przecież zamiaru być wielkim mentorem i wszystkim pokazywać właściwą drogę. To byłoby absurdalne. Po pierwsze ze względu na mój wiek, a po drugie dlatego, że sytuacja każdego człowieka jest inna. Czegoś takiego jak poradnik miłości po prostu nie da się stworzyć.

Chciałem pokazać ten temat z różnych stron, ale mam świadomość, że jeszcze wiele perspektyw zostało poza tą płytą. Myślę, że będę do nich wracał.

Mówisz o większej dojrzałości, ale sam proces pisania chyba wcale nie stał się przez to łatwiejszy?

Nie powiedziałbym, że pisze się teraz łatwiej. Jest w tym podobne cierpienie, podobna liczba kartek wyrwanych z zeszytu i wrzuconych do kosza. Uważam jednak, że efekt końcowy wyszedł bardzo dobrze.

Z tekstów na pierwszej płycie jestem bardzo dumny i do dzisiaj uważam, że były one jej najmocniejszą stroną. Teraz jednak czuję, że pod każdym względem przeskoczyłem poziom, który wtedy sobie ustawiłem. Jestem w innym miejscu i jestem bardzo dumny z całego tego materiału.

Także muzycznie słychać większą spójność niż na debiucie.

Zdecydowanie. To był mój największy zarzut do samego siebie po pierwszej płycie, że ona trochę brzmiała jak różnogatunkowa playlista, czyli różne numery stopione w jedną całość. Tym razem od początku założyłem, że robimy płytę opartą na gitarach. One są właściwie w każdym numerze. Największym wyskokiem poza ten muzyczny język jest „Prognozy”. Bardzo mi jednak na tym zależało, bo ta piosenka miała opowiadać o momencie totalnego upojenia drugą osobą, o byciu od niej kompletnie uzależnionym. To uzależnienie, ten cały high, chcieliśmy pokazać również instrumentalnie. Dlatego ten numer różni się muzycznie od reszty, ale był to absolutnie celowy zabieg. Reszta wydaje mi się już dużo bardziej spójna.

Jak doszło w ogóle do tego, że Miuosh pojawia się na twojej płycie w utworze „Jak pies”? Czy to był efekt twojego udziału w jego „Pieśniach Współczesnych”?

Miuosh napisał swoją zwrotkę, nagrał ją i dorzucił swoje efekty stricte produkcyjne. Muzycznie numer był jednak gotowy jeszcze zanim do niego napisałem.
Miuosh był w ogóle pierwszą osobą, która mnie dostrzegła i zaprosiła do siebie. Zanim jeszcze śpiewałem Wodeckiego, wystąpiłem na jednym jego koncercie, zastępując Igora Herbuta. To było chyba w maju 2023 roku. Zaproszenie go na tę płytę było dla mnie takim pięknym domknięciem naszej wspólnej historii.

Bałeś się jego reakcji, kiedy wysłałeś mu ten numer?

Tak, bo wiem, że Miuosh jest bezpośredni i raczej mówi to, co myśli. Bałem się, że po prostu powie mi, że ten numer mu się nie podoba. Odpisał jednak, że mu się podoba, co było dla mnie bardzo miłe.

Długo trwało, zanim udało się to nagrać, bo jego działalność telewizyjna, koncerty i „Pieśni Współczesne” mocno go pochłaniają. Co kilka miesięcy przypominałem mu: „Siema, nagrasz?”. W końcu wpadliśmy na pomysł, żeby umówić się u niego w studiu. Przyjechałem do Katowic, mieliśmy tam razem popisać i nagrać zwrotkę, więc już nie bardzo miał jak uciec.

Samo nagranie trwało może pół godziny, a siedziałem tam chyba pięć godzin, bo głównie sobie gadaliśmy. Miuosh jest bardzo serdecznym człowiekiem. Jeżeli widzi w kimś coś, co go interesuje, potrafi naprawdę dużo zrobić, żeby tej osobie pomóc. Ja bardzo szanuję jego podejście do muzyki i to, że cały czas coś odkrywa i czegoś szuka. Jest bezpośredni, trochę tajemniczy i czasami nie jestem w stanie od razu rozpoznać, czy żartuje, czy mówi serio. Na początku trochę się go bałem, a dzisiaj widzę, że jest po prostu mega fajnym gościem i świetnym muzykiem.

fot. okładka płyty

Na płycie pojawia się zresztą więcej gości. Nie zapraszałeś ich jednak na zasadzie: „mam pomysł na duet, więc szukam osoby do wspólnej piosenki”.

Każda piosenka, która jest z gościem na tej płycie, wynikała z jej potrzeb. Nigdy nie robiłem czegoś takiego, że piszę numer od początku z myślą o konkretnym duecie. Jeżeli piosenka potrzebowała spojrzenia z innej strony albo drugiej perspektywy na daną historię, dopiero wtedy pojawiało się zaproszenie.

Piosenka z Wiktorem Dydułą była już w pełni napisana, zanim się do niego odezwałem, ale on miał swoje uwagi i trochę zmieniliśmy to, o czym właściwie jest ten numer. Finalnie uważam, że jest dużo lepszy niż wcześniej.

Przy pierwszej płycie w ogóle nie czułem się w pozycji, żeby zapraszać kogokolwiek na swój album. Najpierw trzeba było się przedstawić. Teraz poczułem się z tym dużo pewniej. Każdy z gości wniósł też ogromną świeżość. Co dla mnie ważne, z większością z nich jesteśmy również prywatnie blisko, więc to nie są wyłącznie biznesowe relacje, ale efekt wspólnych znajomości i muzycznych przygód.

W przypadku piosenki z Wiktorem Dydułą pojawił się też ciekawy pomysł, żeby opowiedzieć o relacji z trochę innej perspektywy?

Tak. Początkowo ten numer miał być męsko-męską balladą miłosną, bo mam poczucie, że takich piosenek jest bardzo mało. To jest jedna z tych perspektyw, których nie udało mi się ostatecznie pokazać na tej płycie. Zamieniliśmy ją na wątki rodzinne, których z kolei bez tej piosenki by nie było.

To jest temat, do którego bardzo chciałbym kiedyś wrócić, właśnie dlatego, że uważam, że takich historii nadal brakuje. Mimo wszystko jestem bardzo zadowolony z tego, jak ten numer wyszedł. To ostatecznie jedna z moich ulubionych piosenek na całej płycie.

To chyba także jeden z najbardziej przewrotnych numerów, bo Wiktor jest kojarzony z radiowym podejściem, a tutaj zrobiliście piosenkę bez refrenu?

To nie było celowe. Nie spotkaliśmy się z założeniem, że zrobimy coś totalnie wbrew wszystkim radiowym zasadom. Po prostu piosenka tego potrzebowała. I jestem z niej bardzo zadowolony.

Śmieszne jest też to, że Wiktor od początku nie był do końca przekonany do pomysłu na teledysk. Ostatnio dostałem od niego bardzo dużo uwag i okazało się, że właściwie musimy przemontować cały klip. Najpierw dostałem informację, że będą tylko jakieś kosmetyczne zmiany, a później przyszła cała lista. Trochę się wtedy zagotowałem, ale taki jest urok współpracy z kimś, kto też chce mieć wpływ na efekt końcowy.

Jest jeszcze „Terapia dla par” z Lor, czyli numer, w którym szczególnie mocno wybrzmiewa kobieca perspektywa.

To jest absolutnie mój faworyt – moja ulubiona piosenka na płycie. Chyba też pierwsza, która w powstała. To jest stricte numer o problemach w komunikacji. O tym, że czasami korzeniem problemu między dwojgiem ludzi nie jest wcale to, o czym się rozmawia, tylko sposób, w jaki się o czymś mówi. Czasami sam problem jest dużo łatwiejszy do rozwiązania niż sposób, w jaki próbujemy go zniwelować poprzez rozmowę.

W samej komunikacji potrafi być problem. To jest również coś, w czym ja cały czas jestem słaby i czego staram się uczyć. Ta piosenka była mi w tym bardzo potrzebna. Przy całej płycie, która jest o miłości, kobieca perspektywa była też po prostu ważna. Bardzo się cieszę, że dziewczyny z Lor dołożyły swój głos i swoje spojrzenie. To zadziałało na plus nie tylko samego numeru, ale również całej historii, którą opowiada album. Julia Błachuta dograła jeszcze skrzypce i jej partia naprawdę dużo dała tej piosence.

Przy tym albumie masz już większą świadomość muzyczną. Czujesz, że daje ci ona więcej wolności, czy przeciwnie – wyznacza więcej granic?

Ciekawe jest to, że porównałbym to do chodzenia po lesie. Kiedy robiłem pierwszą płytę, zanurzyłem się w muzykę totalnie z nienacka. To było trochę tak, jakbym chodził po lesie bez mapy. Nie widzisz granic, więc ten teren wydaje się ogromny. Możesz pójść w każdą stronę i zajść bardzo daleko, bo nie wiesz, gdzie właściwie kończy się ten obszar.

Teraz moja świadomość muzyczna się zwiększyła i mam tę mapę. Granice rzeczywiście się pojawiają, więc teoretycznie obszar wydaje się mniejszy. Z każdym krokiem możesz jednak być pewny, że idziesz w konkretną stronę, a nie po prostu błądzisz. Chyba tak bym to ujął.

A co jest dla ciebie ważniejsze: przystępność piosenki czy to, żeby została ze słuchaczem na dłużej, nawet kosztem radiowości?

W ogóle nie myślę o tym w takich kategoriach. Nie zastanawiam się przy tworzeniu, czy coś ma być bardziej radiowe albo mniej przebojowe. To, czego szukam, to moment, w którym po przesłuchaniu piosenki coś we mnie zostaje. Jakakolwiek emocja. To jest dla mnie najważniejsze.

Podczas tworzenia zastanawiam się po prostu, czego piosenka potrzebuje. Jeżeli od początku wydaje się bardziej przystępna i weselsza, to taka zostaje. Przy „Czterech porach roku” nie spotkaliśmy się przecież z założeniem: „Dobra, robimy teraz piosenkę, która będzie w topce airplayu”. Ona po prostu taka wyszła i kocham ją tak samo mocno, jak piosenki, które nie mają refrenów, a też znalazły się na tej płycie.

Mówiłeś wcześniej, że przy selekcji materiału bardzo pilnujesz tego, czy piosenka przetrwa próbę czasu. Co musi się wydarzyć, żebyś po kilku tygodniach czy miesiącach nadal chciał ją mieć na płycie?

Musi mnie jakkolwiek poruszać. Nie musi mnie wzruszać i nie musi doprowadzać do płaczu. Jestem pierwszym obrońcą wesołych piosenek. Uważam, że są nam potrzebne chyba bardziej niż kiedykolwiek. Jeżeli piosenka wywołuje na mojej twarzy uśmiech, to też jest emocja.

„Gdyby nie ty” czy „Chciałbym być kotem” są numerami, co do których byłem pewien, bo cały czas powodowały we mnie uśmiech. Są jednak piosenki, które miały być wesołe, a wyszły nijako. Jeżeli włączam piosenkę, wyłączam ją i jestem dokładnie w tym samym stanie emocjonalnym, w którym byłem przed jej uruchomieniem, to znaczy, że coś poszło nie tak.

Czasami taki numer powinien po prostu zostać u mnie. Przy pisaniu piosenki, którą wyrzucam do kosza, i tak często zostają jakieś skrawki, pojedyncza linijka czy pomysł, które później można wykorzystać w innym numerze. Dużo słuchałem wywiadów z artystami, którzy mówią: trzeba pisać, pisać, pisać, bo większość rzeczy pewnie i tak trafi do kosza. Warsztat rozwija się jednak właśnie przez ciągłe pisanie.

Czyli nawet po zamknięciu płyty cały czas jesteś w procesie?

Tak. Mam teraz tę przyjemność, że posiadam swoje domowe studio i spędzam tam właściwie każdą wolną chwilę. Robię sobie jakiś numer, coś dłubię, produkuję, piszę. Pewnie mógłbym pisać jeszcze więcej.

Przy tej płycie stworzyłem jedenaście piosenek, ale zajęło mi to dwa lata, więc ewidentnie tempo nie było szczególnie efektywne. Widocznie tyle czasu potrzebowałem i nie zamierzałem tego sztucznie przyspieszać.

Teraz jestem jednak absolutnie w momencie, w którym na co dzień nie myślę właściwie o niczym innym niż o muzyce. Jest też producent muzyczny i kompozytor DrySkull. Jesteśmy umówieni w listopadzie i zaraz po zakończeniu trasy ruszamy do lasu, do Kamila Patera, żeby robić już kolejną płytę.

DrySkull ma już z tobą konkretną historię związaną z tym albumem. Jak wspominasz tę współpracę?

Wspólnie napisaliśmy dwie piosenki. Były „Cztery pory roku” i „Gdyby nie ty”. To jest wspaniały gość, turbo muzyk, przede wszystkim absolutny wirtuoz właściwie w każdym aspekcie muzyki. Ma też takie trochę duchowe podejście do tworzenia. Dla niego muzyka jest trochę wychwytywaniem tego, co już gdzieś między nami istnieje, co przelatuje między ludźmi, i próbą uchwycenia tego. Bardzo się z tym zgadzam. Świetnie mi się z nim siedziało w studiu. Otworzyła mnie ta współpraca. On też mówił, że jest bardzo zadowolony z tej pracy i chciałby cisnąć dalej, dlatego cieszę się, że będziemy mieli okazję znowu razem popracować.

Ciekawym tematem jest w twoim przypadku to, że nigdy nie szedłeś drogą talent show. Z czego wynikała ta decyzja?

Od początku czułem, że to nie jest moja droga. Szczególnie nie jestem zwolennikiem tego, żeby bardzo młode osoby, dzieciaki w wieku 12–13 lat, były wpuszczane do tak ogromnego świata. Potem muszą mierzyć się z ogromną krytyką, a przecież często jeszcze nie wiedzą, jaka jest ich misja w życiu i o czym chcą mówić.

Oczywiście są przykłady osób, które bardzo dobrze sobie z tym poradziły i później stały się świadomymi artystami. Mam ogromny szacunek do ludzi, którzy znaleźli swoją drogę po takim programie i się jej trzymają. Sam jednak nigdy tego nie czułem. Moi rodzice również na szczęście nigdy mnie w tę stronę nie popychali.

Ja robiłem swoje rzeczy w internecie. Później zaśpiewałem na Męskim Graniu i podpisałem kontrakt z dużą wytwórnią. W tamtym momencie uznałem, że nie byłoby specjalnie fair, gdybym teraz szedł do talent show. Poza tym mam poczucie, że nie byłby to do końca mój świat.

Talent show potrafi jednak być ogromną trampoliną. Nie masz czasami poczucia, że własną drogę musiałeś przez to budować znacznie dłużej?

Na pewno. Jeszcze jakieś dziesięć lat temu telewizja była ogromną trampoliną. Mam poczucie, że żeby dojść do poziomu, z którego ludzie po takim programie zaczynali wydawać pierwsze numery, ja potrzebowałem być może dwóch własnych płyt. Nie uważam, że droga przez telewizję jest zła albo że każdy, kto tam idzie, to idzie na skróty. Po prostu zauważam, że ja potrzebowałem więcej czasu, żeby dojść do takiego poziomu startowego, który inni mogli osiągnąć szybciej.

Z drugiej strony ten powolniejszy progres ma też swoją wartość. Twój umysł może się stopniowo przyzwyczajać do nowej sytuacji. Ja mam w głowie przepracowane to, że z roku na rok, jeżeli wszystko będzie szło zgodnie z planem, rozpoznawalność będzie większa. Po programie telewizyjnym następuje od razu ogromny skok i nie wiem, jak poradziłbym sobie z czymś takim. Dlatego nie żałuję, że nie wziąłem w nim udziału.

Masz też świadomość, że twoja sytuacja jest dość wyjątkowa jak na artystę, który działa stosunkowo krótko.

Tak, jestem bardzo wdzięczny każdej osobie, dzięki której to wszystko jest możliwe. Jestem totalnie świadomy tego, jak wyjątkowa jest moja sytuacja. Jest wielu ludzi, którzy są może nawet bardziej utalentowani ode mnie i pracują na to dużo dłużej, a z różnych okoliczności nie osiągają takiej możliwości.

Ja po trzech latach robienia muzyki mogę się z niej utrzymywać. To jest absolutnie wyjątkowe i wiem, że dla większości początkujących wokalistów w Polsce jest to trudne. Z różnych względów mi się to udało i naprawdę bardzo to doceniam.

Gdybyś miał wskazać jedną piosenkę z nowej płyty, która jest ci dzisiaj najbliższa nie tylko artystycznie, ale przede wszystkim osobiście, byłaby to?

Przez większą część pisania tej płyty „Terapia dla par” była moją ulubioną piosenką i pozostawała mi bardzo bliska. Od kilku miesięcy jednak bardzo szukam w życiu, w ludziach, ale też w muzyce, której słucham i którą tworzę, dużo więcej słońca.
Dlatego teraz chyba bardziej reprezentuje mnie „Gdyby nie ty”.

Czy prywatnie jesteś szczęśliwy i o tym też można wyczytać to z tych nowych piosenek?

Jestem szczęśliwy od niemal trzech lat. Ale tak naprawdę, jeśli ktoś chce się coś więcej dowiedzieć o mnie prywatnie, to musi posłuchać tej płyty.

Wszystko to prowadzi nas z powrotem do punktu wyjścia. „Krótkie historie o miłości” są właściwie opowieścią o tym, jak ty i twoje pokolenie patrzycie na relacje.

Tak, chyba zatoczyliśmy bardzo ładne koło naszej rozmowy, bo o tym właśnie chciałem opowiedzieć. O tym, jak ja i moi rówieśnicy patrzymy na relacje romantyczne w XXI wieku, jakie mamy problemy, na co zwracamy uwagę i jak w tym wszystkim próbują się odnaleźć jeszcze tacy romantycy jak ja.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski


  • Pol Wanda – „Nieba krzyk i król Wiatr” [RECENZJA]
  • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej