, ,

Iza Kowalewska – „Zapalenie uczuć” [RECENZJA]

25 września ukazał się – pod naszym patronatem medialnym – nowy album Izy Kowalewskiej zatytułowany „Zapalenie uczuć”. To kolejny autorski etap działalności wokalistki, autorki tekstów i muzyki oraz współtwórczyni zespołu Muzykoterapia. Poniżej można znaleźć naszą recenzję tego wydawnictwa.

fot. okładka płyty

Nasza ocena:

25 września ukazał się – pod naszym patronatem medialnym – nowy album Izy Kowalewskiej zatytułowany „Zapalenie uczuć”. To kolejny autorski etap działalności wokalistki, autorki tekstów i muzyki oraz współtwórczyni zespołu Muzykoterapia. Poniżej można znaleźć naszą recenzję tego wydawnictwa.

Recenzja płyty „Zapalenie uczuć” – Iza Kowalewska (2026)

Iza Kowalewska to doświadczona artystka, mająca na koncie już kilka albumów i ważnych współprac, ale także zajmująca się psychologią. Zresztą już jej początki w zespole Muzykoterapia, z którym nagrała między innymi debiutancki album, zaliczany dziś do klasyki, wskazywały na szczególne zainteresowanie tym, jak dźwięk może oddziaływać na ludzką wrażliwość. Tamta eklektyczna, choć oszczędnie podana mikstura elektroniki i jazzu niosła w sobie coś więcej. Artystka również dziś tworzy piosenki, które można odbierać jako swoistą muzykę duszy – wielowarstwową, emocjonalną i wymykającą się jednemu stylistycznemu kluczowi. Taka jest jej nowa solowa płyta „Zapalenie uczuć”, na której iskrzące, opisowe słowa spotykają się z mocno zaznaczonym wokalem oraz wyłącznie żywą materią dźwiękową.

Na tym albumie znalazły się piosenki o nieco niewspółczesnym, ale jakże stylowym charakterze, pogłębionym przez świetnie zaaranżowane instrumentarium. Ten niedzisiejszy klimat został jednak poddany przyjaznej dla ucha produkcji, dzięki czemu udało się znaleźć idealny środek, by zaprezentować takie, idące trochę pod prąd propozycje we współczesnych realiach. Na szczęście twórczyni działa dziś wyłącznie na własnych zasadach, bez dużej wytwórni, co pozwala jej tworzyć kawałki rzeczywiście rezonujące z jej silnym głosem. Nie są przy tym wypracowanym kompromisem, mającym na siłę sprawić, że zainteresują się nią nowi słuchacze. Niczego nie musi, więc nikomu nie próbuje się przypodobać – po prostu robi swoje.

W kompozycjach usłyszymy silne wpływy rhythm and bluesa, soulu, retro popu, a nawet muzyki knajpianej czy bałkańskiej, bo czym innym jest utwór „Zatańcz dla mnie”? Gdyby taki numer stworzyli Kayah i Bregovic, byłoby to hitem. Zresztą warto zwrócić uwagę na to, jak dobrze zostały skrojone wszystkie kompozycje i jak świetnie zostały zagrane. Każdy element ma tu swoje miejsce, od gitar i perkusji aż po całą sekcję rytmiczną, czego jednym z najlepszych przykładów wydaje się „Ciemny typ”. Należy więc dostrzec wyborny groove, ale też bazę harmoniczną, na której opiera się zespół oraz wokal.

To bardzo organiczna materia, podrasowana w studiu nagrań, ale wciąż mająca silny charakter, podkreślający wydźwięk każdego numeru. Wyborne rozłożenie wszystkich akcentów i podział na zwrotki oraz refreny, przy jakże będącej na czasie warstwie tekstowej usłyszymy w „Czemu nie”.

No i ten głos. Czy tylko ja słyszę, że w „Gdy nie ma Ciebie” Iza śpiewa jak za dawnych czasów doskonała, w punkt celująca dźwiękiem i słowem Hanna Banaszak? Coś w tym jest – ten sam feeling, wprawność i elegancja. Choć tak naprawdę to tylko jedna z wielu wskazówek, bo twórczyni jest tu wokalnym kameleonem, potrafiącym oddać nawet najbardziej intymną emocję, a przecież typowych ballad nie dostaliśmy zbyt wiele („Dwa drzewa”). Nie oznacza to jednak, że brakuje tu refleksyjnych akcentów, choć te zawsze zostają podane z emocjonalną finezją („Zapalenie uczuć”).

„Zapalenie uczuć” nie próbuje więc nikogo do siebie przekonywać, a mimo to ma w sobie siłę, której trudno nie dostrzec. Iza Kowalewska nie ogląda się na obowiązujące mody, bo znacznie ciekawsze od podążania za nimi okazuje się pozostanie wierną sobie. Dzięki temu powstała płyta, która może sprawiać wrażenie trochę nie z tych czasów, a jednocześnie bardzo dobrze odnajduje się właśnie teraz. Być może na tym polega jej największa wartość – nie potrzebuje przesadnego nowatorstwa, żeby zostać usłyszaną. Wystarczy, że pozwala muzyce mówić własnym głosem. Oby tylko ukazała się wersja fizyczna, bo to piosenki, które zasługują przynajmniej na analogowy nośnik.

rec. Łukasz Dębowski


  • Pol Wanda – „Nieba krzyk i król Wiatr” [RECENZJA]
  • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej