„SARGIS” to debiutancka płyta wokalisty obdarzonego wyjątkowym głosem oraz unikatową umiejętnością opowiadania historii poprzez muzykę. Zapisał się on w historii Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, zdobywając główne nagrody zarówno w Konkursie Debiuty 56. KFPP, jak i Premier 63. KFPP. O długiej drodze do debiutu, muzycznych inspiracjach, edukacji, a także ormiańskich korzeniach mieliśmy okazję porozmawiać z Sargisem Davtyanem.
Przy wydawaniu albumu pozostałeś niezależnym artystą i sam odpowiadasz za cały projekt. Czy od początku wiedziałeś, że chcesz działać właśnie w ten sposób?
Tak. Od początku wiedziałem, że chcę zachować niezależność i mieć realny wpływ na każdą decyzję związaną z tym albumem. To w pełni niezależne wydawnictwo – płytę wydałem pod własnym szyldem Sargis Production. E-muzyka zajmuje się dystrybucją fizyczną i cyfrową, a razem z Agatą Szymczak i Arkiem Krzywkowskim tworzymy zespół, który w praktyce wykonuje pracę całej wytwórni. Wspólnie odpowiadamy za każdy etap projektu, zarówno od strony artystycznej, jak i organizacyjnej czy promocyjnej. Oczywiście wiąże się to z dużą odpowiedzialnością i ogromem pracy, ale daje też swobodę, której bardzo potrzebuję jako artysta.
Powrót do Opola po siedmiu latach zakończył się sukcesem. Jakie znaczenie miały dla Ciebie oba występy na tej scenie?
Pierwszy występ był mi bardzo potrzebny. Nigdy nie zwątpiłem w to, że muzyka jest moją drogą, ale każdy artysta potrzebuje momentu, który utwierdzi go w przekonaniu, że warto iść dalej. Siedem lat temu zaprezentowałem swoją pierwszą autorską piosenkę pt. “Powiedz”. Dziś już jej właściwie nie wykonuję, zostało jedynie koncertowe wykonanie z Opola, ale właśnie dzięki tamtemu doświadczeniu wiele się nauczyłem. Zobaczyłem, jak funkcjonuje ten świat, a później na pewien czas się od niego oddaliłem. Skupiłem się na nauce i własnym rozwoju. Kiedy po siedmiu latach wróciłem z utworem „Ziemia”, występując w konkursie PREMIER podczas 63. Krajowego Konkursu Polskiej Piosenki w Opolu, czułem się już gotowy. Wiedziałem, z czym wiąże się ten festiwal i potrafiłem znacznie lepiej wykorzystać tę szansę.
Między tymi dwoma występami minęło wiele czasu. Z perspektywy czasu uważasz, że właśnie tyle czasu potrzebowałeś?
Zdecydowanie tak. W tamtym momencie wydawało mi się, że jestem gotowy, dlatego bolało mnie, że nic większego się nie wydarzyło. Dzisiaj wiem, że to wcale nie był odpowiedni moment. Nie wiedziałem jeszcze, kim jestem jako artysta. Napisałem jedną autorską piosenkę, później eksperymentowałem z różnymi kierunkami i mogło się to skończyć nieprzemyślaną płytą albo kontraktem, który zamknąłby mnie w czymś, czego nie czułbym w pełni. Dziś mam 24 lata i wydałem album całkowicie zgodny ze mną. Kiedy słyszę te utwory podczas audycji radiowych czy wywiadów, czuję ogromną dumę. To jest sto procent mnie. Każdą piosenkę potrafię obronić, opowiedzieć jej historię i wyjaśnić, dlaczego znalazła się na tej płycie. To nie jest przypadkowy zbiór singli, ale spójna opowieść.
Dziś wydanie muzyki jest prostsze niż kiedyś, ale przebicie się do świadomości odbiorców wydaje się znacznie trudniejsze. Jak Ty na to patrzysz?
Dzisiaj, kiedy wiem już, co chcę powiedzieć i w jakim kierunku artystycznym zmierzam, samo pisanie piosenek wydaje mi się chyba najłatwiejszą częścią całego procesu.
Muzyka po prostu ze mnie wypływa. Znacznie trudniejsze jest wszystko, co dzieje się później. Trzeba znaleźć sposób, żeby pokazać ją ludziom. Czasem śmieję się, że jestem trochę słupem reklamowym samego siebie. Chciałoby się napisać piosenkę i liczyć na to, że sama znajdzie odbiorców, ale dzisiaj to tak nie działa. Skoro najważniejszym kanałem dotarcia są media społecznościowe, trzeba nauczyć się z nich korzystać. Staram się jednak robić to po swojemu. Traktuję je jak własny kanał nadawczy, dzięki któremu mogę dzielić się nie tylko muzyką, lecz także dostarczać odbiorcom rozrywki i pokazywać swoją codzienność. Na szczęście nie jestem w tym sam. Znacznie trudniejsze jest wszystko, co dzieje się później. Trzeba znaleźć sposób, żeby tę muzykę pokazać ludziom. Czasem śmieję się, że jestem trochę słupem reklamowym samego siebie. Chciałoby się napisać piosenkę i liczyć na to, że sama znajdzie odbiorców, ale tak to dziś nie działa. Skoro najważniejszą platformą są media społecznościowe, trzeba nauczyć się je dobrze wykorzystywaćz nich korzystać. Staram się jednak robić to po swojemu. Traktuję je jak własny kanał nadawczy, dzięki któremu mogę dostarczać odbiorcom nie tylko muzykę, ale też rozrywkę i pokazywać swoją codzienność.
Na płycie współpracowałeś z kilkoma producentami i autorami. Jak wyglądała praca nad tym materiałem?
Najwięcej utworów powstało z Andrzejem Izdebskim. Razem pracowaliśmy nad moimi piosenkami w jego studiu, gdzie przeszedłem ogromną przemianę. Na scenie zawsze czułem się swobodnie, natomiast studio długo nie było moim naturalnym środowiskiem. U Andrzeja wydarzyło się coś wyjątkowego. Zacząłem śpiewać inaczej, pozbyłem się wyobrażeń o tym, jak powinienem brzmieć, i zacząłem szukać bardziej prawdziwego, naturalnego głosu. Oprócz tego pracowałem z Bartkiem Marszałkiem, Piotrem Zborowskim, Sandrą Miką, Kajetanem Borowskim i Maciejem Prokopowiczem. To ludzie, których bardzo cenię i z którymi zwyczajnie dobrze mi się tworzy.
Po sukcesie w Opolu wiele osób zaczęło zwracać na Ciebie uwagę. Jak sam tłumaczysz sobie ten odbiór i zainteresowanie Twoją muzyką?
Pomyślałem wtedy: „Pokazałeś się takim, jakim naprawdę jesteś, i to zadziałało”. Wyszedłem na scenę z piosenką, która była w pełni moja i stała się przekaźnikiem moich emocji. „Ziemia” opowiada o bardzo osobistych uczuciach, ale okazało się, że wiele osób odnalazło w tym tekście również własne doświadczenia. Ogromnie się cieszę, że publiczność zwróciła uwagę nie tylko na sam występ czy muzykę, lecz także na słowa tej piosenki. To pokazało mi, że szczerość może być siłą, a osobista historia nie musi pozostawać wyłącznie moją historią.
To była dla mnie największa nagroda. Poczułem, że ludzie akceptują mnie nie tylko jako muzyka, ale również jako człowieka. Po koncertach często podchodzą, mocno ściskają mnie za ręce, patrzą mi w oczy i opowiadają o swoich emocjach. Bardzo lubię takie spotkania, bo potrzebuję prawdziwego kontaktu z drugim człowiekiem. Zawsze mam wrażenie, że na koncert przyszli moi znajomi albo przyjaciele i właśnie dla nich śpiewam. Często na koniec słyszę jedno zdanie: „Proszę, nie zmieniaj się”. To dla mnie niezwykle cenne, bo oznacza, że ludzie dostrzegają moją autentyczność i to kim jestem.
Mówiłeś kiedyś, że nigdy nie czułeś się głosem swojego pokolenia. Dziś nadal tak o sobie myślisz?
Tak. Zawsze byłem trochę outsiderem. Nawet kiedy chodziłem na imprezy z rówieśnikami, po chwili zamiast tańczyć lądowałem w kuchni i rozmawiałem z ludźmi. Z czasem zrozumiałem, że prawdopodobnie nigdy nie będę głosem swojego pokolenia, bo nie mówię jego językiem. Oczywiście są ludzie, którzy myślą podobnie do mnie i wyznają podobne wartości, ale każde pokolenie ma swoich reprezentantów i to jest naturalne.
Doszedłem jednak do wniosku, że jeśli będę w pełni sobą, przyciągnę właśnie tych odbiorców, którzy naprawdę odnajdą się w mojej muzyce. I dokładnie to się dzieje. Dostaję wiadomości od ludzi, którzy zwracają uwagę na teksty i chcą o nich rozmawiać. Na płycie są oczywiście również lżejsze, bardziej popowe utwory, ale są też takie, które wymagają zatrzymania i refleksji. Dla mnie tekst jest najważniejszym elementem piosenki i cieszę się, że spotykam słuchaczy, którzy również tego szukają.
Twoja płyta zaskakuje różnorodnością. Po „Ziemi” można było spodziewać się albumu znacznie bardziej melancholijnego i wyciszonego, tymczasem obok refleksyjnych utworów pojawiają się też lżejsze, bardziej przebojowe momenty. Zależało Ci, żeby pokazać pełniejszy obraz siebie?
Tak, bo z piosenkami jest jak z rozmowami. Jedne są lżejsze, inne trudniejsze i dokładnie tak samo jest z moim albumem. Ta płyta nazywa się po prostu SARGIS, bo miała być pierwszym prawdziwym przedstawieniem mnie jako człowieka i artysty. Chciałem powiedzieć: „chodź, poznaj mnie takim, jaki jestem”. Składam się z wielu emocji, dlatego album też jest różnorodny. Jest tu sporo nostalgii, wspomnień z dzieciństwa, historia mojej babci, wątki dotyczące rodziny, tożsamości narodowej i wszystkich doświadczeń, które mnie ukształtowały. To zbiór opowieści pisanych przez całe moje życie. Mam też nadzieję, że osoby, które poznały mnie podczas festiwalu w Opolu, sięgną po cały album, bo na tam usłyszały jedynie niewielki fragment tego, co naprawdę chciałem opowiedzieć.
Na płycie znalazło się dziewięć utworów. To świadomy wybór?
Bardzo świadomy. Mogłem dołączyć kilka wcześniej wydanych singli, ale z tego zrezygnowałem. Zależało mi, żeby album miał wyraźny początek, rozwinięcie i zakończenie. Długo pracowałem nad kolejnością utworów i dramaturgią, zastanawiając się, jak poprowadzić słuchacza przez ten muzyczny świat. Każda piosenka ma tu swoje miejsce, dlatego ostatecznie zostało ich dziewięć. Śmieję się czasem, że to dlatego, że jestem numerologiczną dziewiątką, ale tak naprawdę zdecydowała o tym konstrukcja albumu. Na koncertach będę oczywiście wykonywał więcej utworów, jednak na płycie chciałem zamknąć konkretną historię.
Czy traktujesz ten album jako podsumowanie swojej dotychczasowej drogi czy raczej jako portret konkretnego etapu życia?
Chyba jako jedno i drugie. Te piosenki wyrastają z doświadczeń ostatnich kilku lat i pokazują, jak zmieniałem się w tym czasie. Nie próbuję jednak opowiedzieć w nich całej swojej historii. Album jest raczej portretem SARGISA z okresu, w którym powstawał – jego emocji, pytań i sposobu patrzenia na świat. Mam świadomość, że za rok mogę być już w innym miejscu, dlatego cieszę się, że udało mi się utrwalić właśnie ten etap. Dzięki temu płyta pozostanie świadectwem tego, kim byłem w momencie jej tworzenia.
Na płycie mocno wybrzmiewa także Twoja ormiańska tożsamość. Od początku wiedziałeś, że te akcenty muszą się na niej znaleźć?
Tak, bo skoro przedstawiam siebie, to nie mogłem pominąć czegoś, co jest tak ważną częścią mojego życia. Moje ormiańskie korzenie są dla mnie bardzo istotne. Dlatego na albumie znalazł się ludowy lament „Dle yaman”, który nagrałem z moim przyjacielem, wybitnym muzykiem jazzowym Maćkiem Prokopowiczem we współczesnej aranżacji. Ormiańskie motywy pojawiają się także w utworze “Trzy jabłka” i „Ziemia”. Bardzo się cieszę, że udało się to wszystko zachować.
„Dle yaman”, co można przetłumaczyć jako „Na litość Boską”, jest jedną z najbardziej znanych ormiańskich pieśni ludowych. Opowiada o ogromnej tęsknocie za ukochaną osobą. Zawsze wyobrażam sobie człowieka stojącego na skraju wzgórza, patrzącego na bezkres ormiańskich stepów i wiedzącego, że ta ukochana już nigdy nie wróci. To niezwykle poruszający utwór i myślę, że gdyby ktoś miał wysłać jedną ormiańską pieśń w kosmos jako wizytówkę naszej kultury, byłaby to właśnie ta pieśń.
Czy wiesz jak dziś wygląda współczesna scena muzyczna w Armenii i czym różnie się od polskiej?
Bardzo ciekawie się rozwija. Zaraz po miłości drugim najczęściej podejmowanym tematem jest tam miłość do ojczyzny, języka, miasta czy własnej kultury. Patriotyzm jest czymś zupełnie naturalnym i bardzo obecnym w muzyce popularnej. Jednocześnie wciąż dominuje muzyka “użytkowa”, tworzona z myślą o weselach i różnych uroczystościach. Natomiast obserwuję, że pojawia się coraz więcej młodych artystów, którzy sami piszą swoje piosenki i chcą opowiadać własne historie. Dawniej często wyglądało to tak, że jeden kompozytor i jeden autor tekstów tworzyli repertuar dla wielu wykonawców. Teraz coraz częściej słychać nowe, indywidualne głosy i bardzo mnie to cieszy. Myślę jednak, że ten rynek nadal się kształtuje i jeszcze trochę czasu minie, zanim będzie tak rozwinięty jak w Polsce.
Mówisz o patriotyzmie bardzo naturalnie, ale jednocześnie sam funkcjonujesz pomiędzy dwiema ojczyznami. Jak dziś rozumiesz swoją tożsamość?
To jeden z najważniejszych tematów na tej płycie. W utworze „Ziemia” śpiewam: „czasami czuję się bezdomny, choć kocham oba te kraje”. Refren opowiada właśnie o tym paradoksie. W Polsce czasem można usłyszeć, że to nie jest mój kraj, a w Armenii zdarza się usłyszeć, że tak naprawdę jej nie znam, bo się tam nie wychowałem. I w pewnym sensie obie strony mają swoje argumenty.
Armenia jest moją ojczyzną, krajem, który przez całe dzieciństwo romantyzowałem, słuchając rodzinnych opowieści. Kiedy pojechałem tam po raz pierwszy, wszystko było dla mnie niezwykle poruszające. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie zwykła rzecz – to, że ekspedientka w sklepie była Ormianką. W Polsce Ormianie kojarzyli mi się głównie z rodziną i przyjaciółmi, a tam nagle wszyscy byli Ormianami. Czułem ogromną radość. Za każdym razem, kiedy ląduję w Armenii, mam wrażenie, że ta ziemia mnie przyciąga, że właśnie stamtąd pochodzę.
Jednocześnie nie mogę udawać człowieka, który dorastał w Armenii. Całe życie spędziłem w Polsce, więc przesiąkłem także polskością. To właśnie jest doświadczenie życia pomiędzy dwoma światami. Myślę, że bardzo dobrze zrozumieją je ludzie należący do różnych diaspor – osoby, które kochają dwa kraje i jednocześnie w żadnym z nich nie czują się w stu procentach „u siebie”. To piękne, ale momentami również bardzo trudne doświadczenie.
Czy mimo to dostrzegasz wartości, które łączą Polaków i Ormian?
Przede wszystkim umiejętność pomagania sobie. W chwilach prawdziwych kryzysów potrafimy się jednoczyć, choć kiedy wszystko jest spokojnie, często skaczemy sobie do gardeł. To jest cecha wspólna.
Łączy nas także gościnność, przywiązanie do rodziny i zwykłe człowieczeństwo. Bardzo lubię to dostrzegać zarówno w Polakach, jak i u Ormian.
Mamy też wspólną historię. Ormianie byli tłumaczami polskich królów na Wschodzie, handlarzami, złotnikami, rzemieślnikami. Przybywali do Polski już za czasów Kazimierza Wielkiego, bo była ona jednym z najbardziej tolerancyjnych królestw tamtych czasów. Wielu wybitnych Polaków ma ormiańskie korzenie – Henryk Sienkiewicz, Krzysztof Penderecki, Juliusz Słowacki czy Zbigniew Herbert. O tej historii trochę zapomnieliśmy, dlatego warto o niej mówić i przypominać, jak wiele nas łączy.
Warto szukać tego, co łączy ludzi, a nie tego, co ich dzieli.
Też tak uważam. Kiedyś usłyszałem od pewnej ormiańskiej socjolożki, że jeśli chcemy żyć w pokoju, powinniśmy szukać wspólnych mianowników. To właśnie one budują porozumienie. Gdyby się dobrze zastanowić, nawet Polak i Chińczyk znajdą wiele podobieństw.
Zachęcasz też do odwiedzenia Armenii.
Bardzo. To kraj, do którego z Warszawy leci się niecałe cztery godziny, a po przylocie ma się wrażenie, że trafiło się do zupełnie innego świata. Armenia jest chrześcijańskim państwem z niezwykłą architekturą sakralną i zachwycającymi krajobrazami. Większość jej terytorium leży wysoko nad poziomem morza, dlatego można tam zobaczyć rozległe stepy, góry i ogromne, niemal niekończące się przestrzenie. Do tego dochodzi fantastyczna kuchnia.
Całkiem niedawno gościłem w studiu „Dzień Dobry TVN”, gdzie promowałem swój album. Na kanapie, wspólnie z Vartan Ayvazyan, rozmawialiśmy również o najpiękniejszych miejscach w Armenii, które warto odwiedzić. Cieszę się, że przy okazji opowiadania o muzyce mogłem pokazać widzom także kraj, z którego pochodzę i z którym jestem tak mocno związany. Jeśli ktoś szuka miejsca innego niż typowe kierunki turystyczne, naprawdę warto wybrać się do Armenii.
Urodziłeś się w Vedi. Wracasz tam?
Tak, odwiedzam Armenię przynajmniej raz w roku. Ostatnio byłem tam w kwietniu, kiedy nagrywaliśmy teledysk do utworu „Ziemia”. Odwiedziliśmy wiele miejsc, byliśmy również pod Araratem.
Planuję już kolejny wyjazd. Być może spędzimy tam Sylwestra, bo dla Ormian to bardzo rodzinne święto. Moja rodzina jest ogromna – pradziadek miał jedenaścioro dzieci, więc tych krewnych jest naprawdę wielu. Rodzice często opowiadają, jak kiedyś wszyscy spotykali się i jechali choćby nad jezioro w kilkudziesięcioosobowym gronie. Chciałbym kiedyś przeżyć coś podobnego.
Śmiejemy się nawet, że zostałem „prezydentem” naszego rodu. Podczas rodzinnego spotkania zaproponowałem remont rodzinnego cmentarza, ktoś powiedział: „to kto jest za tym, żeby SARGIS został naszym prezydentem?”, wszyscy podnieśli ręce i wspólnie udało się ten remont przeprowadzić. Do dziś mamy grupę na WhatsAppie i jesteśmy ze sobą w stałym kontakcie. Rodzina jest dla mnie ogromną wartością.
W domu mówiłeś po ormiańsku?
Tak. W domu rozmawialiśmy wyłącznie po ormiańsku, dlatego nauczyłem się tego języka naturalnie. Polski przyszedł później, w przedszkolu i szkole. Znam też angielski, a trochę mówię również po rosyjsku.
Babcia zawsze powtarzała mi, że „ile języków znasz, tyloma ludźmi jesteś”. Bardzo lubię to zdanie. Każdy język otwiera drzwi do kolejnej kultury i pozwala patrzeć na świat z innej perspektywy.
W utworze „Ziemia” bardzo wyraźnie słychać tę dwukulturowość. Podoba mi się, że tekst jest poetycki, ale nie popada w patos.
Bardzo dziękuję. Taki właśnie był zamysł. Chciałem napisać piosenkę o wszystkim, co mnie porusza. Gdy myślę o Polsce, od razu pojawiają się w mojej głowie Rota, Agnieszka Osiecka, Wojciech Młynarski, Wisława Szymborska, Krystyna Janda i wiele innych obrazów czy symboli.
Ten tekst po prostu wypłynął ze mnie. Jestem z niego dumny, bo przez poruszany temat mógł łatwo stać się patetyczny, ale mam poczucie, że nie jest przesadzony właśnie dlatego, że jest prawdziwy.
Jak wygląda u ciebie proces pisania piosenek?
Zwykle wszystko zaczyna się od emocji. Musi wydarzyć się coś, co mnie poruszy. Potem szukam jednego zdania, które będzie esencją tego uczucia. Wokół niego buduję całą piosenkę. To trochę jak pisanie felietonu na temat czegoś, co bardzo chciałbym powiedzieć.
Czasem najpierw pojawia się tekst, czasem melodia. Bywa też tak, że powstają równocześnie. „Trzy jabłka” napisałem w nocy, w rocznicę śmierci mojej babci. Siedziałem przy wyciszonym fortepianie, zapętliłem akordy i wszystko przyszło bardzo naturalnie.
Są też utwory, które rodzą się z samej melodii. Wtedy zastanawiam się, co ona chce opowiedzieć i dopiero później znajduję odpowiedni tekst. Bardzo często pierwsze szkice są tylko zbiorem sylab czy przypadkowych dźwięków, ale nagle pojawia się jedno właściwe zdanie i od niego rozwija się cała historia.
Sam proces pisania jest u mnie dość szybki, ale później przychodzi etap szlifowania, aranżacji i nagrań. Chodzi o to, żeby muzyka wspierała tekst, a nie go zagłuszała.
Co czułeś, kiedy album wreszcie się ukazał?
To było niesamowite. O północy siedziałem z przyjaciółmi i moją dziewczyną. Kiedy zobaczyłem wszystkie utwory w serwisach streamingowych, pomyślałem: „SARGIS, stało się”. To było naprawdę wyjątkowe uczucie.
Jeszcze mocniej dotarło do mnie wszystko podczas koncertu dyplomowego, kiedy zagrałem całą płytę od początku do końca. Zrozumiałem wtedy, jak bardzo jest intymna. Czułem się, jakbym odsłonił przed ludźmi całego siebie. Ale potem pomyślałem, że po prostu nie umiem tworzyć inaczej.
Bardzo szybko skracam dystans z ludźmi. Opowiadam o swoim życiu i chciałbym być blisko słuchaczy. Marzę o tym, żeby moja muzyka towarzyszyła im w ważnych momentach życia i stawała się ścieżką dźwiękową ich wspomnień.
Pamiętam, że kiedy zobaczyłem podsumowanie Spotify Adele i liczbę minut, przez które ludzie słuchali jej muzyki, pomyślałem, że to przecież setki czy tysiące lat wspólnego przeżywania różnych chwil. Była z nimi w samochodzie, w kuchni, przy rozstaniach i najważniejszych wydarzeniach. Właśnie tego chciałbym również dla swoich piosenek. I mam poczucie, że to już powoli się dzieje. Dostaję wiadomości od ludzi, którzy piszą, że moje utwory towarzyszyły im w ważnych momentach życia. To jest chyba najpiękniejsze, co może spotkać autora.
Nigdy nie obawiałeś się, że w swoich tekstach odsłaniasz zbyt wiele?
Miałem takie myśli, ale później doszedłem do wniosku, że nie mam nic do ukrycia. Oczywiście nie mam wpływu na to, jak ktoś zinterpretuje moje piosenki. Dla mnie mogą być o czymś bardzo konkretnym, a dla słuchacza o czymś zupełnie innym. I właśnie na tym polega siła muzyki. Nie analizuję tego przesadnie. Jeżeli czuję potrzebę napisania piosenki, po prostu ją piszę. Nie kalkuluję.
W czym tak naprawdę pomogły ci studia w Akademii Muzycznej? Co ci dały?
Studiowałem na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach. To najbardziej prestiżowa uczelnia muzyczna w Polsce, którą ukończyło wielu wybitnych artystów.
Szkoła nie jest od tego, żeby nauczyć cię, jak zostać gwiazdą. Jej zadaniem jest dać ci rzemiosło. Ja studiowałem wokalistykę estradową u Anny Stępniewskiej-Gadt i przede wszystkim dostałem możliwość eksperymentowania, sprawdzania się w różnych gatunkach muzycznych i poznawania samego siebie.
Moja mentorka mówiła o pięknej przemianie – z gąbki, która chłonie wszystko, w sitko, które potrafi odsiać i wie, czego nie chce. Myślę, że właśnie na tym polega wartość takich studiów. Dostajesz bardzo szeroką perspektywę. Czasem bywa to trudne, bo kiedy już wiesz, ile można zrobić, pojawia się pokusa, żeby wszystko komplikować albo zastanawiać się, co powiedzą inni muzycy. Ostatecznie jednak trzeba wrócić do siebie i wiedzieć, kim się jest. Przez pięć lat udało mi się przeżyć ten proces. Zrozumiałem swoje braki, nauczyłem się wielu rzeczy i z tej chłonnej gąbki stałem się właśnie takim sitkiem.
Ogromną wartością byli też ludzie. Studiowałem z muzykami, którzy dziś grają na największych scenach. Wielu z nich to moi współpracownicy i przyjaciele. Poza tym nauczyłem się profesjonalnego podejścia do muzyki. Ludzie często widzą tylko sławę, a przecież muzyka to także ogromna radość z samego słuchania – z wsłuchiwania się np. w linię basu, w aranżację, w każdy detal.
Można powiedzieć, że studia uczą nie tylko śpiewać, ale też słuchać?
Zdecydowanie. Na początku miałem nawet taki problem, że w trakcie studiowania człowiek uświadamia sobie, jak wiele jeszcze nie wie. Ale był to wspaniały czas. Zagraliśmy mnóstwo świetnych koncertów, wiele z nich współtworzyłem i współorganizowałem razem ze studentami i wykładowcami. Poznałem fantastycznych ludzi, którzy dali mi bardzo dużo serca i wsparcia. Dziś wiem, kim jestem muzycznie. Robię swoje rzeczy, ale mam też solidne wykształcenie, które bardzo mi pomaga.
Co sprawiło, że w ogóle zdecydowałeś się na studia muzyczne?
Większość artystów wcale ich nie kończy i to nie jest warunek, żeby tworzyć świetną muzykę. Jeśli ktoś wie, kim jest i co chce robić, często po prostu konsekwentnie idzie swoją drogą.
Ja natomiast chciałem eksplorować i rozwijać się. Kiedy dowiedziałem się, że w Akademii jest kierunek wokalistyka estradowa, postanowiłem spróbować. To były bardzo trudne egzaminy – na rok dostają się jedna lub dwie osoby. Mnie udało się dostać z pierwszego miejsca spośród ponad dwustu kandydatów, więc było to dla mnie ogromne wyróżnienie.
Chciałem lepiej zrozumieć język muzyki. Nie opierać się wyłącznie na intuicji i talencie, ale podeprzeć je wiedzą oraz doświadczeniem. To później bardzo się przydaje – kiedy grasz z orkiestrami i wybitnymi muzykami, po prostu wiesz, co się dzieje i potrafisz odnaleźć się w takim środowisku.
Jakie są Twoje inspiracje muzyczne? Kto był dla ciebie najważniejszy?
Myślę, że wspomniana wcześniej Adele miała ogromny wpływ na moją wrażliwość. Byłem na jej koncercie w Monachium i to było niesamowite przeżycie. Usłyszeć na żywo piosenki, których słuchałem jako nastolatek, i uświadomić sobie, że jedna osoba napisała tyle ponadczasowych utworów – to robi ogromne wrażenie.
Później, kiedy zakochałem się i moje życie się zmieniło, Adele trochę zeszła na drugi plan, bo przestała być soundtrackiem mojego życia. Dziś słucham bardzo różnej muzyki – od popu Lady Gagi, przez Gregory’ego Portera, Stinga, po jazz i twórczość Ibrahima Maaloufa, którego bardzo cenię za łączenie jazzu z bliskowschodnim folklorem. Mam bardzo różnorodną playlistę, ale chyba wspólnym mianownikiem wszystkich tych utworów jest nostalgia.
Jako muzyk słuchasz innych bardziej technicznie?
Nie. Wiele osób ma coś takiego, że od razu analizuje wykonanie i wyłapuje błędy. Ja tego nie robię. Interesuje mnie przede wszystkim całość – co dana piosenka ze mną robi i o czym opowiada.
Bardzo wsłuchuję się w tekst. To dla mnie absolutna podstawa. Jeśli historia mnie poruszy, taka piosenka zostaje ze mną na długo. Ostatnio bardzo spodobał mi się „Sezon” Dawida Podsiadły – tekstowo, melodycznie i wykonawczo. To świetny utwór.
W czasach sztucznej inteligencji autentyczność chyba nabiera jeszcze większego znaczenia?
Ludzie mówią dziś, że trudno odróżnić utwory stworzone przez AI od tych nagranych przez człowieka. Ale skoro przez lata produkowaliśmy muzykę tak mocno wygładzoną i przetworzoną, trudno się temu dziwić.
Dla mnie niedoskonałość jest pieczątką człowieka. Jeśli coś nie jest idealne technicznie, ale jest prawdziwe, to nie ma w tym nic złego.
Na płytach Adele są miejsca, w których wokal nie jest idealnie czysty, ale zostały na płycie bo emocje i przekaz były prawdziwe. Tak samo pracowaliśmy nad moim albumem. Wiele partii to pierwszy take, ewentualnie z drobnymi poprawkami. Kończyliśmy nagranie wtedy, gdy zdejmowaliśmy słuchawki i patrzyliśmy na siebie z Andrzejem, wiedząc, że właśnie opowiedzieliśmy historię. Tego nie da się zastąpić perfekcją.
Zdarzało się, że rezygnowałeś z gotowych piosenek?
Oczywiście. Nie każda piosenka, którą napiszę, musi trafić na płytę. Niektóre zostają w szufladzie. Czasem utwór jest nawet nagrany i zmiksowany, ale czuję, że to jeszcze nie jest ten moment.
Z drugiej strony wiem, że bywa odwrotnie – artysta nie wierzy w piosenkę, a dla słuchaczy staje się ona hitem. Dlatego staram się przede wszystkim ufać sobie. Chcę czuć utwory, które później wykonuję na scenie. Na tej płycie są też piosenki napisane trzy lata wcześniej, jak „Ziemia”. Przetrwały próbę czasu i wciąż były zgodne z tym, kim jestem dzisiaj. Dlatego musiały znaleźć się na moim debiutanckim albumie.

![Lunatic Soul – „Transition II” [RECENZJA]](https://polskaplyta-polskamuzyka.pl/wp-content/uploads/2026/07/Lunatic-Soul-Transition-II-2026.jpg)





Dodaj komentarz