“Celem Budki Suflera od zawsze było przede wszystkim granie” – nasza rozmowa z Tomaszem Zeliszewskim

Budka Suflera powróciła z nowym albumem zatytułowanym „10 lat samotności”. Wiodącym wokalistą na tej płycie został Felicjan Andrzejczak. Z tej okazji porozmawialiśmy o premierowym albumie z perkusistą Tomaszem Zeliszewskim.

fot. Katarzyna Idzikowska

Nowa płyta Budki Suflera to poniekąd powrót do korzeni. Słychać na niej zespół, który fani pokochali bardzo dawno temu. Zgodzi się Pan z taką opinią?

Celem Budki Suflera od zawsze było przede wszystkim granie i jeśli wciąż możemy to robić, to jest to dla nas największe szczęście. To, jak będą wyglądały nasze kolejne płyty, nigdy nie były poprzedzane naradami i jakimiś ustaleniami. Nie zastanawiamy się czy nasza muzyka ma być nowa, stara, nawiązywać do czegoś czy też nie. Nasz nowy album składa się z 13 premierowych kompozycji jednego z nas – Romka Lipki, który od nas odszedł. I tak jak nagrywaliśmy pierwszą płytę „Cień wielkiej góry”, tak i teraz podeszliśmy do tego, żeby stworzyć najlepiej jak potrafimy nowe, przepełnione naszą szczerością i zaangażowaniem piosenki. Zagraliśmy kolejny raz najlepiej jak mogliśmy, dołożyliśmy do tego słowa wybitnych tekściarzy i wysłaliśmy to do publiczności. A potem, gdy słyszę, że nasza muzyka kogoś poruszyła, to znaczy, że wykonaliśmy dobrą robotę. O to w tym wszystkim chodzi. A jeśli ktoś rozpoznaje w nowych utworach starą Budkę Suflera, która ma już swój znak jakości, to jest mi dodatkowo bardzo miło.

Na jakim etapie tworzenia tych piosenek zakończyła się praca Romualda Lipki nad tym albumem?

On ją z nami zaczął i opuścił nas w trakcie nagrywania tej płyty. Dokończyliśmy ją bez niego, co było bolesnym wątkiem, który nigdy wcześniej nam się nie przytrafił. To był dla nas cios. To są jego kompozycje i bez nich ta płyta nie mogłaby powstać w takiej właśnie formie.

Kto przejął większą decyzyjność w zespole w momencie, gdy zabrakło Romualda Lipki podczas pracy nad tymi piosenkami?

Odpowiedź wiąże się z tym jak wygląda w ogóle praca w formacji, którą nazywa się „zespołem”. Nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym, kto ma jaki procent decyzyjności w Budce Suflera. Najważniejsze było to, żeby każdy robił swoje. Nasz fenomen polegał w latach 70. na tym, że los złączył kilku facetów i każdy z nas miał do zrobienia coś swojego. Każdy z nas wnosił do zespołu ważną część, która była składową zespołu. Wszystko zależało od naszych pomysłów. I jeśli któryś z nich był w naszym mniemaniu dobry, to wprowadzaliśmy go w życie. I tak było zawsze. A na płycie słychać jaka była atmosfera w Budce. Zespół to jest system powiązany. Oczywiście nie chodzi o to, żeby wszystko szło gładko, bo czasem się nawet kłócimy, ale ma to ostatecznie swój skutek w postaci jeszcze lepszych piosenek. Zawsze jednak działamy wspólnie. Tak było z Romkiem i tak działaliśmy dalej już bez niego. Zawsze byliśmy zespołem w pełnym tego słowa znaczeniu.

 

fot. okładka płyty

Czy można powiedzieć, że piosenki, które znalazły się na nowej płycie zostały ułożone według jakiegoś klucza?

Nie było żadnego klucza. Może na samym końcu patrzyliśmy na ten album, jak on będzie wyglądał jako całość. Jeśli chodzi o dobór repertuaru, to kilka kompozycji wybraliśmy jeszcze za życia Romka. Początkowo wyselekcjonowaliśmy kompozycje, które będą odpowiednie dla Felicjana Andrzejczaka, zresztą zrobiliśmy to wspólnie z nim, przecież to on miał je zaśpiewać. Po czym Romek odszedł i wtedy wybraliśmy resztę bez niego. Mietek Jurecki uporządkował całą fonotekę Romka w jego laptopach. Kolejne piosenki układaliśmy wspólnie z rodziną Romka, to znaczy z jego żoną Dorotą i synem Remigiuszem. Sprawdziliśmy, czy wszystkie kompozycje są dostępne, to znaczy, czy nie zostały komuś podarowane.

Piosenki wydają się jednak jakoś nieprzypadkowo ułożone i mają swoją dramaturgię, której dopełnieniem jest finałowy utwór „To dobry moment”.

My jako dojrzały zespół mamy swój pewien rytuał. Najpierw powstaje muzyka, a później teksty. Jak można zauważyć teksty wyszły spod pióra wybitnych tekściarzy czy też poetów słowa. I trzeba podkreślić, że ten album nie miał być hołdem, bo zaczęliśmy go tworzyć z naszym żyjącym wtedy kolegą. Postanowiliśmy po prostu nagrać płytę, którą zaśpiewa Felicjan Andrzejczak. W końcu z nim swego czasu nagraliśmy trzy niezwykle znaczące przeboje.

U źródła leżało nagranie płyty będącej dopełnieniem tamtego czasu związanego chociażby z hitem „Jolka, Jolka”. I nawet tworząc piosenkę „To dobry moment” nie wiedzieliśmy do końca, o czym traktuje ten tekst. Jacek Cygan wysłał go nam na ostatnią chwilę, gdy już mieliśmy zamykać płytę. Potem dośpiewał nam go dodatkowo wokalistka Robert Żarczyński. Wszystko powstawało naturalnie, bez układania piosenek w jakąś szczególną całość. Była kompozycja, potem dochodził tekst i aranż. Każda piosenka zaczynała być naczyniem połączonym. I to, że każda z nich zaczęła w jakiś sposób funkcjonować, to już jest magia. Jeżeli my daliśmy z siebie wszystko i zrobiliśmy to z poczucia chęci tworzenia, to nagle to stawało się żywą materią.

Na winylowej wersji ukaże się jeszcze coś dodatkowego, czego nie można znaleźć na płycie kompaktowej. Co to będzie?

Po ostatnim utworze „To dobry moment” postanowiliśmy jeszcze zamieścić coś specjalnego na płycie winylowej. Znajdzie się pewien bardzo ważny dla nas bonus, trwający zaledwie 1,5 minuty, ale będący dopełnieniem całości. To będzie tak zwana „rybka”, czyli pierwszy kompozytorski pomysł Romualda Lipki zagrany na fortepianie i zaśpiewany przez niego „po norwesku”. Taki początek czegoś, co miało szanse potem być piosenką.

Czy od samego początku zbierania pomysłów na ten album wiedzieliście, że album „10 lat samotności” zostanie zaśpiewany przez Felicjana Andrzejczaka, z którym otworzyliście swego czasu jeden z ważniejszych rozdziałów Budki Suflera?

„Jolka, Jolka” powstała już prawie 40 lat temu. Ten album z Felicjanem powinniśmy więc nagrać już bardzo dawno temu, bo on tak naprawdę jest jednym z nas. Rozmawialiśmy o tym wiele razy, ale nigdy do niczego nie doszło. W latach 80. próbowaliśmy nagrać coś razem, ale czuliśmy, że to nie było dostatecznie dobre, przede wszystkim dlatego, że były to kopie pamiętnej „Jolki”. Te utwory istnieją z innymi tekstami i aranżacjami u innych artystów.

Pewnego razu po koncercie w Spodku znów powrócił temat nagrania wspólnej płyty. I w końcu się udało. Felicjana trafiło wielkie szczęście i nieszczęście, bo „Jolka, Jolka” zawładnęła jego życiem, a przecież on jest świetnym wokalistą i miał mnóstwo pomysłów na własną twórczość. Dlatego też, ten album był też postawieniem przez niego kolejnego kroku w jego życiu artystycznym, na który zasługiwał.

Czy Felicjan Andrzejczak od razu podszedł z entuzjazmem do pomysłu nagrania wspólnej płyty?

Od razu chciał to zrobić. Chociażby dlatego, żeby w końcu przestać o tym gadać, a wreszcie zacząć działać. Nikt nie musiał go do niczego namawiać, to była jego świadoma decyzja. To się po prostu musiało wydarzyć.

Zaczęliście Panowie też współpracować z nowym wokalistą Robertem Żarczyńskim. Dlaczego więc nie ma piosenek z jego pełnym udziałem?

Dlatego właśnie, że jest to płyta Felicjana. To było zadanie, które życie nam podesłało 40 lat temu. Chcieliśmy w końcu spełnić swój obowiązek. A Robert był tego świadomy i nie miał nic przeciw temu, żeby tak wyglądała nasza współpraca na tym etapie, tym bardziej, że on sam pojawia się w utworze zamykającym płytę. On doskonale zrozumiał, jak wyglądała sytuacja. Nagraliśmy też kilka utworów z Robertem i kolejne wciąż będą powstawać, bo mamy chęć dalszej współpracy z nim. Pokażemy też płytę z talentem Roberta, którym wszyscy byliśmy zachwyceni od samego początku. Także nasz przyjaciel Romek Lipko był nim oczarowany.

I tu pojawia się kolejne pytanie. Jak będą w takim razie wyglądały w przyszłości koncerty Budki Suflera? Który z wokalistów będzie miał pierwszeństwo?

Budka Suflera jest wyjątkowym zespołem pod tym względem, bo zawsze współpracowaliśmy z wieloma wokalistami. W latach 80. nagraliśmy przecież znaczące piosenki z Urszulą i Izą Trojanowską. Kiedy śpiewał Krzysiek Cugowski, a potem Romek Czystaw, to już na horyzoncie pojawił się Felicjan Andrzejczak. Na koncertach nie tylko tych okolicznościowych, wszyscy wymienieni artyści pojawiali się bardzo często. Podobnie będzie teraz. Już nie mogę się doczekać, jak jeden utwór zaśpiewa Felicjan, a inny Robert. Chcemy grać na żywo jako jeden organizm z różnymi wokalistami. Uwielbiamy taką żywą energię.

Bardzo ważną częścią nowej płyty są teksty. Do niektórych piosenek słowa napisał niepojawiający się zbyt często jako autor tekstów Zbigniew Hołdys. Jak doszło do Waszej współpracy?

Bardzo jestem wdzięczny wszystkim kolegom za wysoki poziom tekstów, które napisali. Każdy w tym co napisał jest sobą. Odkąd graliśmy jako Budka, znaliśmy Zbigniewa Hołdysa. Nasze drogi przeplatały się jeszcze za czasów, kiedy on grał w zespole Dzikie Dziecko, a potem w Perfekcie. Zbyszek przyjaźnił się z Romkiem. Dlatego poprosiliśmy go, żeby zdecydował się napisać teksty na nową płytę.

Teksty Zbigniewa Hołdysa mocno uderzają w dzisiejszą rzeczywistość, a jednym z takich utworów jest „Ziemia jest płaska”. Czy identyfikuje się Pan z każdym słowem napisanym przez Zbigniewa?

Oczywiście, że tak. Nie mam problemów rozmawiania ze Zbyszkiem na każdy temat. Smucą mnie wszystkie dzisiejsze absurdy, które w tej piosence zostały wyliczone. Nie chcę jednak uprawiać taniej filozofii i częstować amatorską psychoanalizą pewnych zjawisk czy ludzi. Mam tylko nadzieję, że niebo w końcu się wypogodzi, bo jesteśmy mądrym narodem. Róbmy tylko tak, żeby nam i wszystkim dookoła było jak najlepiej. A reszta została już powiedziana w tekstach Zbyszka, który jest mądrym i inteligentnym człowiekiem.

Należy dodać, że trzy teksty wyszły spod Pana pióra. Czy jest Pan w stanie podejść do swoich słów z dystansem, szczególnie, gdy zestawimy je z tekstami innych twórców?

Myślę, że umiem podejść do tego, co napisałem z dystansem. Jest taki utwór „Maski”, który bardzo lubię. Nie tylko ze względu na tekst, ale właśnie energię i moc tej kompozycji, będącej inną niż większość na tej płycie. Tym trudniej było napisać do niej słowa. To było swego rodzaju jakimś dla mnie wyzwaniem.

To było coś, co we mnie tkwiło i musiałem to wyrzucić z siebie w postaci tekstu. Nie da się zaklinać rzeczywistości. Uśmiecham się też do tego, co miało miejsce w przeszłości, bo zdarzało się, że byłem autorem tekstów ratującym jakąś sytuację, gdy trzeba było coś szybko napisać. Zawsze jednak robiłem to najlepiej, jak mogłem. Mam jednak wielki szacunek do autorów tekstów, takich jak mój wielki idol Leszek Moczulski, Bogdan Olewicz, Andrzej Mogielnicki, Jacek Cygan czy Marek Dutkiewicz. To są wielcy artyści i wciąż wzrusza mnie ich twórczość. I moja obecność przy wielkich nazwiskach jest dla mnie zaszczytem. Sam jestem dumny, że na nowej płycie znalazły się moje teksty i nikt mnie za to nie krytykuje.

Czy ma Pan jakąś hierarchię płyt Budki Suflera i gdzie ustawiłby Pan nową płytę, jeśli chodzi o twórczość zespołu?

Jeżeli idziemy korytarzem i mijamy to wszystko, co wydarzyło się dotychczas w historii zespołu, to dla tej płyty należałoby otworzyć zupełnie inne drzwi. Okoliczności jej powstawania, czas i to z czym ona się wiąże, rzuca zupełnie inne światło na ten album. Te piosenki są czymś w zupełnie innej przestrzeni. Nie można ich przyrównywać do wcześniejszych dokonań. To jest płyta, która w życiu zespołu Budka Suflera może się przydarzyć tylko raz.

Co byłoby dla Pana osobistym sukcesem odnośnie płyty „10 lat samotności”?

Dla mnie największym sukcesem jest to, że ona się ukazała i ma dobry odbiór. Ten album cieszy się dużą sympatią, którą zauważamy. Nawet w naszej rozmowie nie musiałem bronić tej płyty, albo do czegoś przekonywać. To są piosenki, które łączą ludzi. I to jest dla mnie ogromny sukces. Ciekawi mnie jeszcze jak one zabrzmią na żywo, bo są stworzone do tego, żeby mogły zaistnieć na koncertach.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski

 

Dodaj komentarz