“Miłość proszę ja Ciebie, to w ogóle trudny temat” – nasz wywiad z Patrycją Kosiarkiewicz

28 października pojawił się w wersji cyfrowej nowy siódmy już album Patrycji Kosiarkiewicz „Ogólnie chodzi o to”. Z tej okazji porozmawialiśmy z artystką nie tylko na temat nowych piosenek, ale też o miłości, inspiracjach, rozwoju jako wokalistki.

fot. Maciasu X

Długo czekaliśmy na premierowy album Patrycji Kosiarkiewicz. Współpraca z zespołem Halo nie zakończyła się wydaniem albumu, a nowe piosenki to już zupełnie inna historia muzyczna. Czy było to spowodowane poszukiwaniami własnej tożsamości muzycznej?

Raczej pójściem za ciosem. Ostatnie lata to czas intensywnych zmian w moim życiu. Trochę czas optymalizacji (śmiech). Czuliśmy z Maciasem (producentem płyty – przyp. red.), że potrzebujemy nowego rozdania, w którym spróbujemy napisać numery w nowy sposób, we dwójkę, otoczeni analogowymi instrumentami. Ku mojemu zaskoczeniu zażarło. Mój głos pasuje do elektroniki, choć kiedyś myślałam, że do końca życia będę grać przy akompaniamencie basówki, gitary i bębnów.

Nie możesz narzekać na brak inspiracji. Nowa płyta „Ogólnie chodzi o to” udowadnia, że było ich bardzo wiele i chyba nigdy wcześniej Twoje teksty nie odnajdywały się tak bardzo w dzisiejszej rzeczywistości. Zgodzisz się z taką opinią?

Zgodzę. Chciałam pisać o tym, z czym jestem jako człowiek, obywatelka, a w drugiej kolejności jako kobieta. Odeszłam od starych tematów w rodzaju: on mnie nie kocha albo kocham go tak bardzo albo a to gnojek, zdradził mnie. (śmiech). Choć, wróć, są na tej płycie i takie wątki. Kończą się krwawą zemstą. Tak, zdecydowanie przeszłam długą drogę jeśli chodzi o moje pisanie. Życie jest inspirujące, żyjemy w ciekawych czasach, a na naszych oczach dzieje się szczególna historia. W pewnych kręgach nazywają ją Era Wodnika. Nie wiadomo jeszcze dokąd zmierzamy, ale że ku czemuś zupełnie nowemu, nie ma wątpliwości.

Co najbardziej boli Cię lub niepokoi w dzisiejszych czasach, co później znalazło swoje odbicie w tekstach na nowy album?

Nie wiem czy nazwałabym swój stan byciem zaniepokojoną albo boleściwą. (śmiech). Wiesz, ja praktykuję akceptację, co oznacza, że coraz mniej rzeczy mnie porusza. Patrzę trochę jak zza szyby. Choć czasami, przyznaję, potrafię dostać szewskiej pasji, jak na przykład gdy usłyszałam, że Polska zgodziła się na oddanie wydobycia złóż tytanu jakiemuś koncernowi zza granicy. A czy wiesz na przykład, że na Alasce wypłaca się każdemu obywatelowi ekwiwalent pieniężny za wydobycie i sprzedaż złóż naturalnych? W ramach rekompensaty czy czegoś w rodzaju dochodu podstawowego. Raz do roku. I co, u nas tak nie można? Nie można sprawiedliwie tego podzielić? Widzę po minie, że się zastanawiasz jak to się ma do mojego albumu. Otóż, gdy usłyszałam o tym tytanie, tak się wkurzyłam, tak mi się ciśnienie podniosło, że na tej fali napisałam piosenkę “Gdziekolwiek” (śmiech).

 Które słowo bardziej trafnie opisuje dzisiejszą rzeczywistość (w odniesieniu do nowych piosenek) „dezorientacja” czy „katastrofa”?

Dobre pytanie. Moją rzeczywistość najlepiej opisuje tytuł “Ktoś musi” (śmiech). Ktoś musi zacząć, żeby reszta się przyłączyła, ktoś musi pierwszy ruszyć tyłek, być mądrzejszy – tak jak mówili nam, gdy byliśmy mali – nie bij brata, musisz być mądrzejszy. Jeśli natomiast miałabym powiedzieć jaki jest stan świadomości wielu ludzi, to myślę, że byłoby to nieustanne wahanie pomiędzy dezorientacją a poczuciem totalnej klęski. Ale też ja w każdej mojej piosence podaję recepty. Nie cierpię jak ktoś przychodzi, truje jak to jest źle, beznadziejnie, ale nie mówi co z tym zrobić, nie podaje rozwiązań. Ja mam w sobie przymus, żeby znaleźć środki zaradcze. Zresztą, teraz, gdy o tym mówię na głos, to widzę wyraźnie taką wewnętrzną moc w sobie, która w każdej sytuacji, choćbym leżała w największym gównie, pomagała mi wstać, poprawić koronę i iść dalej.

 

Odwieczny temat miłości powraca w nowych tekstach, ale okazuje się, że jest ona teraz bardziej skomplikowana („Dużo za dużo”). Miłość w dzisiejszych czasach bywa trudniejsza?

Miłość proszę ja Ciebie, to w ogóle trudny temat. Pięknie jest kochać. Podniecająco jest być na tej wznoszącej fali, gdy wciąż myślisz o nim czy o niej, układasz w głowie scenariusze czy robisz inne rzeczy, z których się następnie musisz wyspowiadać księdzu albo terapeucie (śmiech). Szkopuł w tym, że to mija. Ten stan, to uwolnienie fenyloetyloaminy, kiedy się myśli tunelowo i spędza czas głównie w łóżku. Potem przychodzi proza życia, nieposkładane skarpetki, marudzenie, że czemu idziesz na piwo z kolegami, humory, dąsy, dzieci, decyzje, kredyty. Znika pasja. Teraz można się zapisać na warsztaty: poczuj na nowo pasję. Ludzie chcą czuć, że żyją. Ale przecież to tak nie działa. Nie ma żadnego guzika, który można przycisnąć, by czuć to na stałe. Dlatego desperaci biorą narkotyki, żeby pozostać w uniesieniu. Co jest oczywiście klasyczną pułapką.

Nie wiem czy miłość jest teraz bardziej skomplikowana. Myślę, że jest tak samo skomplikowana jak wcześniej. Jedyna różnica polega na tym, że nie mamy już tak wiele przestrzeni dla kompromisu, co paradoksalnie może być wyzwalające. Bo gdy popatrzymy na naszych rodziców czy dziadków, na przeszłe pokolenia, to się okaże, że tam wcale tak różowo nie było, ale się zaciskało zęby i trwało. A dziś nie chce się tylko trwać. Chcemy zadbać o nasz dobrostan, chcemy wersji deluxe, nie economic. Zrzucamy jarzmo „powinnam, należy, tak mnie wychowano” i w tym znaczeniu żyjemy daleko bardziej prawdziwie. Wyłaniają się nowe wartości i ja wcale nie jestem pewna czy one wynikają tylko z egoizmu, który zwykło się zarzucać młodemu pokoleniu, bo może być i tak, że wynikają z chęci wydostania się z hipokryzji. A to właśnie ona wyrządziła najwięcej szkód naszemu społeczeństwu.

 Czy artyście łatwiej jest nabrać dystansu do otaczającej rzeczywistości, niż przeciętnemu człowiekowi, który w dzisiejszych czasach odbiera wszystko w sposób mocno bezpośredni?

Ciekawe te twoje pytania. Ja się przede wszystkim definiuję jako człowiek – dusza. Pracuję ze świadomością. I w tym znaczeniu jest mi łatwiej sobie radzić, choć trudniej zderzać się z prawdą o sobie. Trudniej nie dlatego, że te moje zderzenia są jakieś mocniejsze, ale dlatego, że wielu ludzi w ogóle się nie zderza. Tkwią w czymś co w psychologii nazywa się wyparciem, nie zaglądają za kotarę, nie pragną samopoznania. Natomiast jeśli nawiązujesz do wrażliwości, to ona nie jest tak bardzo związana z wykonywanym zawodem, ale ze strukturą osobowości. Przecież nie od dziś wiadomo, że u wielu artystów wrażliwość jest bardziej przewrażliwieniem na własnym punkcie czy wręcz narcyzmem (śmiech). Natomiast przy nadwrażliwości, masz pewne kanały pootwierane i łatwiej cię zranić. Jesteś empatyczny, więc czujesz niemal fizyczny ból, gdy widzisz cierpienie innych. Zatem z tego by wynikało, że jest dokładnie odwrotnie, najłatwiej żyje się gruboskórnym draniom, a każdy kto czuje więcej, ma trudniej. Dystans natomiast złapie jedynie ten, kto się oswoi i zaprzyjaźni ze sobą, a w następnej kolejności ze światem, bo najpierw musisz kochać siebie, żebyś mógł pokochać świat.

Czy teksty na ten album powstały w podobny sposób niż zwykle, czy jednak ich tematyka sprawiała, że działałaś bardziej pod wpływem impulsu i przez to powstawały na przykład szybciej niż zwykle?

Zaskoczę cię, pierwszy raz w życiu pisałam teksty na tak wczesnym etapie. Wcześniej wmawiałam sobie, że najpierw trzeba wszystko nagrać, zarejestrować wszystkie instrumenty, poszukać docelowych efektów i dopiero to będzie inspiracją do tekstu. Teraz odwróciłam wektor, pisałam od razu, gdy miałam prymkę i szkic aranżu. W tym sensie, to tekst stawał się inspiracją dla produkcji, nie produkcja dla tekstu.

Pomimo, że podstawą jest brzmienie syntezatorów, to wciąż łatwo zauważyć przywiązanie do melodii. Czy zawsze od niej wychodzą Twoje pomysły na piosenkę, bez względu w jakiej aktualnie stylistyce tworzysz?

Różnie. Są piosenki, które zaczynają się od melodii, do niej robię harmonię, a potem Maciasu bierze to na warsztat aranżacyjny. Tak było z “Ale” i “Katastrofą”. Są takie, w których melodie powstają do wyimprowizowanego podkładu. Tak robiliśmy np. “Oliwkę”. Taka moja uroda, że potrafię zrobić spoko melodię do dowolnego podkładu, choć są one na ogół warsztatowo  wymagające, szczególnie oddechowo – z czego się zresztą zawsze nabijał mój nauczyciel śpiewu, Tadeusz Konador. Mawiał, Patrycja, tak sobie napisałaś, tak musisz wyśpiewać (śmiech). Wielu słuchaczy niepomiernie dziwi fakt, że zawsze piszę tekst do już gotowej melodii i na palcach jednej ręki mogłabym policzyć sytuacje odwrotne. Zwierzę ci się też, że było dla mnie wielkim komplementem, gdy usłyszałam ostatnio od kolegów dziennikarzy, że powinnam wydać tomik poezji – bo jednak w sensie technicznym nigdy nie wychodzę od słowa.

 

Co najbardziej urzekło Cię w pomysłach Maciasa X, który jest współkompozytorem premierowych kompozycji?

Elegancja, prostota, minimalizm. Maciasu nigdy nie kalkuluje. To najbardziej wolny wewnętrznie człowiek jakiego znam.

Jako wokalistka wydajesz się na nowej płycie pewniejsza. Czy wynika to z potrzeby mocniejszego akcentowania pewnych tematów, które poruszasz w tekstach?

No więc zaskoczę cię, to jest pytanie o śpiew jako taki. Czym on jest? Jaki organ w tym uczestniczy? Krtań. Więc można powiedzieć, jeśli jest napięcie, jeśli coś jest niewyrażone, niewypowiedziane, to i śpiewanie będzie niepełne, bo ekspresja będzie zahamowana. Nasze ciało w doskonały sposób odzwierciedla nasz wewnętrzny stan. Mówi o tym np. totalna biologia. Wiesz, te wszystkie opowieści o ludziach, którzy mają kłopot z kolanami, a potem się okazuje, że przed czymś w swoim życiu nie potrafią uklęknąć itd. Czemu o tym mówię? Bo widzisz, tak jak od lat nie słuchałam swoich wcześniejszych płyt, tak któregoś dnia wróciłam do jednego z numerów i byłam zaskoczona tym, co usłyszałam. Tam było spięcie i ono szło z duszy, nie z samej techniki. Przypomniałam sobie w jakim stanie umysłu nagrywałam ten track. Chorowałam wtedy na dystymię, czyli odmianę depresji. Zresztą wiele lat się z nią zmagałam. Dziś, gdy mam to za sobą, śpiewam inaczej. Moje ciało nie jest tak strasznie pospinane, więc i wiele uwolniło się w samym głosie. Stąd wiele osób powiedziało mi, że brzmię jakoś inaczej i pytało jak to zrobiłam.

Dlaczego album „Ogólnie chodzi o to” nie ukazał się w formie fizycznej? Czy płyta kompaktowa nie ma już żadnego znaczenia w dzisiejszych czasach?

Skórka niewarta wyprawki. Były różne pomysły, ale im dłużej o tym myśleliśmy, tym bardziej czuliśmy, że to zupełnie niepotrzebne. Ja sama nie mam odtwarzacza kompaktowego ani w aucie ani w domu. Słucham muzyki jedynie w serwisie streamingowym. To jest jedna z tych ambiwalencji, gdy artysta prawie nic z tego nie ma w sensie finansowym, ale jednocześnie otrzymuje możliwość dystrybucji swojej twórczości na cały świat i po prostu nie może z niej nie skorzystać. Możemy z tym walczyć albo to przyjąć. My zdecydowaliśmy się na to drugie. Natomiast wciąż myślę nad tym, żeby zdynamizować sam proces monetyzacji, uczę się nowych rzeczy i przyglądam co mogę zrobić, żeby, szczególnie teraz, gdy nie gramy koncertów, móc jednak zarabiać na swojej twórczości.

Czy próbowałaś zaprezentować ten album dużej wytwórni, która być może wydałaby płytę „Ogólnie chodzi o to”?

Niech Bóg broni.

Czy można powiedzieć, że nowy album „Ogólnie chodzi o to” otwiera jakiś nowy rozdział w życiu artystycznym Patrycji Kosiarkiewicz?

Myślę, że tak. I nie chodzi tylko o muzykę, ale o sam proces twórczy. Wyzwoliły się we mnie pokłady kreatywności i systematyczności. Dużo pracuję, wciąż organizuję sobie jakieś zajęcia, podchodzę do wszystkiego proaktywnie. Zaczęłam już pracę nad kolejną płytą, który wydamy w przyszłym roku, raczej w pierwszej połowie.  Sam fakt, że nagrywamy w domu, sprawił, że staliśmy się niezależni. Śmiałam się ostatnio z tego w którymś z wywiadów. Gdy byłam mała, lubiłam Sandrę. I któregoś razu trafiłam na film dokumentalny, w którym ona  w takim swetrze, z kubkiem herbaty wchodzi do swojego studia z najnowszą konsoletą SSL albo inną, równie drogą, w wielkiej willi z basenem i nagrywa kolejny singiel. No i teraz ja też tak mam, z tym, że nie posiadam willi ani basenu, a nagrywam w szafie, ale poza wszystko się zgadza. I czy mogłam wtedy wiedzieć, że tak się sprawy potoczą? Nie sądzę (śmiech).

Za rok minie 25 lat od ukazania się pierwszej płyty. Nie była to łatwa dla Ciebie droga, bo mam wrażenie, że Patrycja Kosiarkiewicz ciągle musiała walczyć o swoje miejsce na polskiej scenie muzycznej. Jakie są Twoje przemyślenia odnośnie minionych niemal 25 lat działalności artystycznej?

Trafna diagnoza. Odpowiem Ci bardzo szczerze. Myślę, że dostałam takie doświadczenia, żeby móc wzmocnić swój charakter i nauczyć się żyć bez przywiązań. Pewnie wiele osób pomyśli, że robię dobrą minę do złej gry, ale ja naprawdę tak uważam. Intuicja (a również wiedza zakulisowa) podpowiadają mi, że wielkie sukcesy zawsze mają cenę, więc niespieszno mi na te szczyty. U podnóży też jest miło (śmiech). W sumie miałam wiele szczęścia. Mogłam utrzymywać się z muzyki, nawet gdy nauczyłam się innych rzeczy, to i tak życie mi pokazało, że mam pisać te moje piosenki. To wielki dar. I te synchronizacje, których było tak wiele, że nie zliczę. Zawsze, za każdym razem dostawałam wszystko czego potrzebowałam, ani mniej ani więcej. To daje zaufanie, że idę w dobrym kierunku. Co będzie dalej, zobaczymy.

Dziękuję za rozmowę.

Łukasz Dębowski

 

Dodaj komentarz