“Są różne etapy w życiu każdego człowieka” – wywiad z Pawłem Kowalczykiem

Paweł Kowalczyk, czy też po prostu Kovalczyk dał się poznać szerokiej publiczności jako finalista 3. edycji programu Idol, następnie jako kompozytor i producent funky-jazzowego albumu “Kovalczyk Big Band Project”, który został zarejestrowany metodą analogową na żywo. Rok temu pojawiła się jego płyta z piosenkami Ciechowskiego, a już teraz wokalista pracuje nad nowym zupełnie innym projektem. Zapraszamy na naszą rozmowę z artystą, z którym przeszliśmy przez wszystkie etapy jego życia.

Moje pierwsze wspomnienie, związane z Pawłem Kowalczykiem, sięga czasów początków programów typu talent show w Polsce. W trzeciej edycji „Idola”, pojawił się chłopak, który bardzo wyróżniał się na tle innych uczestników programu. Świetnie pamiętam jego występ w odcinku eliminacyjnym, w którym brawurowo wykonał piosenkę Red Hot Chili Peppers „Aeroplane”.

fot. Olek Leydo

Ale wtedy jurorom opadły szczeny… No i mnie też. Krótki występ kolesia z ufarbowanymi na buraczkowy kolor włosami i zamalowanym na czarno jednym okiem w połączeniu ze świetną interpretacją coveru „Red Hotów” zrobił na mnie naprawdę niesamowite wrażenie! Śledziłem każdy odcinek „Idola” w oczekiwaniu, czym ten niesamowity freak nas zaskoczy. W finałowym odcinku trzeciego sezonu „Idola” Paweł ostatecznie zdobył trzecią lokatę, ustępując na podium miejsce jedynie Monice Brodce oraz zapomnianemu Kubie Kęsemu.

Później, szczerze mówiąc, niespecjalnie interesowałem się karierą Pawła, do czasu… Do czasu, kiedy trafiając na jego stronę, zacząłem zapoznawać się z owocami jego późniejszej pracy i jakby piorun mnie strzelił! Jak można było nie śledzić jego poczynań przez tak długi czas? Po skompletowaniu całej dyskografii tego nietuzinkowego człowieka i zagłębieniu się w jego twórczość, z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że jest jednym z najciekawszych artystów w naszym kraju! Nie będę rozpisywać się nad kawałkami, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Wspomnę jedynie, że mój number one w dotychczasowej dyskografii Pawła to kompozycja „In The Name Of What”. I właśnie, kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten kawałek, moim marzeniem było poznać Kovalczyka i móc porozmawiać o jego twórczości.

Pragnę podzielić się z Wami efektami mojej rozmowy z Pawłem, którą odbyliśmy kilka tygodni temu w kawiarni przy placu Trzech Krzyży w Warszawie.

 

Pawle, Ty jesteś Ślązakiem, prawda?

Nie jestem Ślązak! Jestem Dolnoślązak. Pochodzę z Ząbkowic Śląskich, koło Wrocławia. I tam mieszkałem do 19-go roku życia. A że od zawsze ciągnęło mnie na tak zwane „szerokie wody”, przeprowadziłem się do Wrocławia, a potem do Warszawy, w której mieszkam już osiemnasty rok. Tutaj teraz jest mój dom, choć, oczywiście, tęsknota za rodzinnym domem jest, ale tak życie się ułożyło i cieszę się, że tu właśnie jestem.

A skąd wzięła się w Tobie pasja muzyczna? Czy tym bakcylem zarazili Cię rodzice, czy środowisko, w którym przebywałeś?

Rodzice raczej nie, chociaż moja mama dbała o moją edukację muzyczną. Odkąd pamiętam w moim domu zawsze były czarne winylowe płyty. Tak naprawdę wszystko zaczęło się od brata, który, kiedy miałem parę latek, słuchał kapel takich jak Slayer, AC/DC, Pantera. Tak więc moje korzenie muzyczne wyrastają z takiej bardziej hard core’owej strony i innych ciężkich brzmień. Potem była fascynacja muzyką klubową, ale to już w okresie po programie „Idol”, czego zwieńczeniem była płyta „Obsesja”. A później pojawiło się więcej inspiracji, co spowodowane było większą świadomością oraz na przykład umiejętnością docenienia wartości brzmienia „czarnej płyty”. Od tego między innymi zaczęły się właśnie inspiracje do płyty „Kovalczyk Big Band Project”.

Znalazłem informację, że Twoim pierwszym kontaktem z estradą był konkurs recytatorski „Kogucik”.

Tak naprawdę od najmłodszych lat ciągnęło mnie do teatru, na scenę. Na koncertach artystów, którzy przyjeżdżali do mojego rodzinnego miasta potrafiłem być tak zaabsorbowany ich muzyką, tak ją przeżywałem, że ci artyści, widząc to, zapraszali mnie na scenę, gdzie, nie mając jeszcze żadnego przygotowania muzycznego, jamowałem razem z nimi! Tak więc uczęszczanie w zajęciach w kółkach recytatorskich było dla mnie czymś naturalnym. Ja dosłownie wyrywałem się z domu, żeby móc brać udział w tych zajęciach. Była to dla mnie pewnego rodzaju samorealizacja.

Czytałem, że wygrywałeś różnego rodzaju konkursy recytatorskie. A jesteś w stanie zaprezentować jakiś wiersz, który doprowadził do zdobycia nagrody?

Ja raczej zawsze wybierałem utwory, które musiały mieć w sobie coś chwytliwego. Na przykład, pamiętam taki wierszyk Andrzeja Waligórskiego o krowie, która była niesforna i dostała wzdęć (śmiech). Zaczynał się od słów „Mlekodajna, piękna, zdrowa, żyła kiedyś zwykła krowa”. Resztę każdy może sobie „wygooglować” (śmiech). To były czasy szkoły podstawowej. Mniej więcej w tym samym okresie wygrałem też konkurs piosenki szkolnej w moich Ząbkowicach Śląskich, do której sam napisałem tekst i muzykę.

Brałeś również udział w ogólnopolskim konkursie Gama. Pamiętasz jaki utwór wykonywałeś podczas tego konkursu?

„Maczo” z repertuaru K.A.S.Y. (śmiech). To były kilkutygodniowe warsztaty wokalne, które zakończyły się telewizyjną galą. Zająłem wtedy drugie miejsce i otrzymałem wyróżnienie od jednej z profesorek od emisji głosu. Dawało mi to, możliwość, bez egzaminów wstępnych rozpoczęcia edukacji w szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Poznaniu. Dzięki tym doświadczeniom nauczyłem się czuć pewnie przed kamerą, w tej całej otoczce medialnej, może jeszcze nie do końca rozumiejąc, na czym to wszystko polega. Po prostu wtedy się dobrze bawiłem. Następnie zdałem egzaminy do Szkoły Muzycznej we Wrocławiu. I kiedy miałem skorzystać z którejś z tych opcji – pojawił się program „Idol”. Musiałem zrezygnować ze szkoły, bo w związku z nagraniami do programu trzeba było być tu, na miejscu. Program wymagał ode mnie stuprocentowego skupienia i zaangażowania. Dodatkowym problemem była konieczność zapewnienia sobie normalnego bytu w tak dużym mieście, jakim jest Warszawa. I tak to trwało kilka miesięcy… Nie zmienia to faktu, że sam z siebie zawsze interesowałem się historią muzyki, zdobywałem wiedzę skąd jest ten, czy tamten band, skąd się wywodzi taki, czy inny artysta.

Należy też wspomnieć, że współpracowałeś również z zespołami, takimi jak Smak Paniki i Junkers.

Tak. Grając w tych zespołach, szlifowałem swój warsztat. Po „Idolu” nasze drogi się rozeszły i zacząłem swoją solową karierę. I to, według mnie, było dobre rozwiązanie, bo ja jednak bardziej czuję się liderem, niż „jednym z”. Aczkolwiek, po latach jestem w stanie docenić to, jak bardzo ważna jest umiejętność tworzenia teamu i grania do jednej bramki.

 

fot. Wiktor Franko

 

Ok, przejdźmy teraz do Twojego udziału w „Idolu”. Skąd wzięła się decyzja o tym, żeby startować w castingu do programu?

Tak naprawdę o castingu do „Idola” dowiedziałem się, kiedy mieszkałem przez krótką chwilę w Krakowie. Dwie wcześniejsze edycje znałem, oglądałem razem z przyjaciółmi. I wszyscy cały czas mi truli: „dlaczego nie idziesz?”, „dlaczego nie spróbujesz?”. Ostatecznie, koleżanka zaciągnęła mnie niemal siłą na ten casting. Pamiętam, że jechaliśmy „na stopa” do Katowic, co dzisiaj jest chyba mało realne (śmiech). W każdym razie, pojechaliśmy – ja w przybrudzonym tshircie i rozklejonych sandałach. Pamiętam, że dostałem się tam przez przysłowiową dziurę w płocie. Kolejki wtedy były naprawdę kilometrowe! Tak więc, na przesłuchaniu wykonałem utwór z musicalu „Jesus Christ Superstar” pod tytułem „What’s The Buzz?”. Od jury dostałem pięć razy „tak” i pamiętam, że po wyjściu z sali przesłuchań pomyślałem, że od teraz w moim życiu mogą nastąpić duże zmiany.

A skąd brały się pomysły na Twój image w samym programie? Czy to były Twoje pomysły?

Tak. Zawsze sam wymyślałem, jak chcę wyglądać do danego utworu, jak chcę się ruszać, czy chcę tańczyć, czy nie. Nad choreografią pracowaliśmy bodajże raz z Augustinem Egurrolą, kiedy nagrywaliśmy utwór Moloko „Sing It Back”. Dzięki profesjonalistom, którzy pracowali nad naszym wizerunkiem, mogłem realizować swoje wizji jednocześnie ucząc się od nich.

No i dochodzimy do finału programu. Zająłeś trzecią pozycję. Jak to wtedy odebrałeś?

Tak naprawdę bardzo ucieszyłem się z tego trzeciego miejsca. Laureatom programu były oferowane kontrakty płytowe, które, według mnie, były bardzo niekorzystne z punktu widzenia artysty. Ja od początku chciałem rozwijać, a taki kontrakt takich możliwości nie dawał. Bez podpisanego kontraktu przeszedłem dłuższą i trudniejszą drogę, ale wszystkiego mogłem sam się nauczyć i zdobyć doświadczenie, odczuwając po drodze wszelkie porażki na własnej skórze. Z perspektywy czasu uważam, że było mi to bardzo potrzebne, żeby stać się pełnowartościowym artystą, który nie musi iść na wszelkie kompromisy, które docelowo mogą podciąć mi skrzydła. I z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że moje płyty nie są robione pod tak zwaną publiczkę, tylko z sercem.

Czy Twoja rozpoznawalność po „Idolu” ułatwiła Ci egzystencję w show biznesie?

Po programie bardzo dużo koncertowałem. Dostawałem propozycje kontraktów chyba od wszystkich największych wytwórni, ale żadna oferta nie była dla mnie satysfakcjonująca. A przede wszystkim te kontrakty miały być podpisywane na dziesięć lat, co dla mnie było nie do zaakceptowania.

Twoja pierwsza płyta – „Obsesja” ukazała się pięć lat po zakończeniu przygody z „Idolem”.

Koncepcja tej płyty była w stu procentach moja, sam znalazłem wydawcę i producenta tego materiału. Zaczęło się od tego, że nie chciałem iść na żadne artystyczne kompromisy i zawsze starałem się iść o krok do przodu. Tak więc sam zaopatrzyłem się w program komputerowy, za pomocą którego stworzyłem demówkę i zacząłem poszukiwać producenta, który profesjonalnie by się tym zajął. Poznałem Bodka Pezdę i Sławka Leniarta, zwanego Dżabim, i zaczęliśmy tworzyć album „Obsesja” w stylu new romantic. Potrzebowałem też odpowiednich tekstów, stąd na płycie pojawiają się nazwiska osób takich jak Marysia Sadowska, Paweł Kostrzewa czy Mrozu. Z Pawłem pracuję nad swoją najnowszą płytą.

A jaki dzisiaj masz stosunek do tej płyty?

To była właśnie obsesja (śmiech). Wracając do tego albumu uważam, że jest bardzo dobrze wyprodukowany, że ma bardzo fajną warstwę tekstową, fajną warstwę melodyjną. Jedynie mam zarzuty do swojego wokalu, że mógłbym tam użyć więcej tembru głosu, ale czasami trzeba było iść na kompromis, związany z czasem i koniecznością opłaty za każdą godzinę wynajęcia studia. Poza tym pewne utwory dzisiaj czuję inaczej, niż wtedy. Zmieniła się moja percepcja postrzegania muzyki. Dla porównania – swój najnowszy album robię już trzy i pół roku! Sam widzę, jaka jest różnica w moim podejściu do pracy wtedy, a jaka jest dzisiaj.

A pamiętasz, jakie emocje towarzyszyły Ci, kiedy ta Twoja pierwsza płyta w końcu ujrzała światło dzienne?

To było takie stwierdzenie: wreszcie jest! (śmiech) Wreszcie mogę coś pokazać światu. I pytanie: jak to się przyjmie? Dzisiaj już tak nie myślę bo wiem, że każda sztuka znajdzie swojego odbiorcę.

Swój następny projekt wypuściłeś pod pseudonimem Diabkov. Dlaczego?

To było właśnie na kanwie współpracy ze Sławkiem Leniartem. Po pracy nad płytą „Obsesja” Bodek Pezda poszedł w swoją stronę, a my z Dżabim zaczęliśmy tworzyć nowy projekt – miała być cała płyta, a skończyło się tylko na jednym singlu i wielu domówkach, które uważam mają bardzo duży potencjał.

Ale skąd ta nazwa: Diabkov?

„Diabkov” to jest mój mailowy pseudonim. „Diab” – od diabła, „kov” – od
Kowalczyk (śmiech). A poza tym mam ksywę Diabeł.

Kolejny milowy krok w Twoim zawodowym życiu to założenie wytwórni artCONNECTION music. Który to był rok?

2011.

Kolejny singiel „No Words” to już wydawnictwo spod szyldu Twojej wytwórni. Ciekawostką jest to, że do współpracy udało Ci się zaprosić fenomenalną pianistkę – Beatę Szałwińską. Jak do tego doszło?

Tak się złożyło, że mój manager pracował z nią wcześniej przy innych projektach i zaproponował, że zorganizuje wspólne spotkanie, zwłaszcza, że Beata akurat wybierała się do rodziców do Polski. Jakoś te nasze energie się wspólnie uzupełniały i udało nam się w studiu Polskiego Radia nagrać ten utwór, oczywiście analogowo. Singiel wypuściliśmy w limitowanej edycji na 3” płycie CD. Śmiesznie było na etapie produkcji tej płytki, bo mało kto słyszał o tego rodzaju płycie. Niektóre tłocznie w ogóle takich płyt nie produkują.

Wracając do artCONNECTION music. Skąd w ogóle pomysł na założenie własnej wytwórni?

Po „Idolu”, a nawet częściowo przed, zapoznałem się z zagadnieniami związanymi z całą branżą muzyczną. Czerpanie zysków z każdego możliwego kanału jest dla mnie najsensowniejszym rozwiązaniem z racji z tego, że w Polsce, z muzyki, generuje się bardzo małe pieniądze. Nośnik fizyczny idzie w zapomnienie, a muzyka „w cyfrze” nabiera rozpędu. Z drugiej strony – płyty winylowe sprzedają się coraz lepiej, podobnie jak gramofony. Zaczynają się pojawiać na rynku kasety. Powiem szczerze, że od momentu założenia wytwórni przeszedłem bardzo długą drogę. Jest to naprawdę ciężka i intensywna praca. Czasami nawet po 16 godzin dziennie. Na początku nie miałem sztabu ludzi, którzy by razem ze mną pracowali non-stop. Stwierdziłem, że dopóki ja sam nie poznam tego wszystkiego od podszewki i dopóki sam nie stanę się tym agregatem energetycznym, który swoją energią będzie mógł zasilić innych ludzi to będę siedzieć w ukryciu i czekać na ten moment, kiedy będę wiedział, że jestem gotów na założenie własnej wytwórni. Tak naprawdę jak założyłem artCONNECTION music to od razu wystartowałem z dużym projektem – „Kovalczyk Big Band Project”.

No właśnie. Opowiedz coś więcej o tym projekcie. Bo same nazwiska, które pojawiają się przy tej płycie, robią ogromne wrażenie.

Udało mi się zaprosić do tego projektu plejadę gwiazd polskiego jazzu i w ogóle muzyki rozrywkowej, między innymi Marka Napiórkowskiego, Roberta Lutego, Roberta Kubiszyna. Zwerbowanie tych nazwisk oraz napisanie wszystkich utworów zajęło mi bardzo dużo czasu. Chcę tu nadmienić, że jestem muzykiem, który nie zna nut, a sam musiałem to wszystko skomponować i zaaranżować, a całość musiała być zgodna z zasadami muzyki. (śmiech) Pomagali mi w aranżacjach Paweł Tomaszewski (Herbi) i Konrad Biliński (Archie Shevsky). Pozyskałem, również na ten projekt strategicznego sponsora, a było to bardzo drogie przedsięwzięcie. Dzięki Śp. Agacie Barteli mogłem zrealizować swoje ogromne marzenie. Jestem jej za to wdzięczny każdego dnia. Tak więc w końcu weszliśmy do studia Polskiego Radia. Każdy odseparowany w innej części, nagrania były realizowane na tak zwaną setkę, w jednym czasie. Tak samo nagrywało się w latach pięćdziesiątych , czy sześćdziesiątych. Było to piekielnie trudne. Zastanawiałem się wielokrotnie czy podołam tego typu produkcji. Nie miałem doświadczenia w tego typu nagraniach, ale kiedy zaczęliśmy nagrania to poczułem, że obrałem dobry kierunek.

Reasumując, ile czasu powstawał cały ten projekt, od momentu, kiedy pomysł na taką płytę narodził się w Twojej głowie?

Około półtora roku. Ale wierzę, że było warto tyle czasu poświęcić na tę płytę. Niesamowite jest to, że jak po wielu latach odpalasz ten krążek, a nawet jak go włączę po trzydziestu latach to nadal ta muza będzie aktualna. Że charakter tych czarnych płyt został tam zachowany. I nie wstydzę się tam ani jednej nuty.

Płyta „Kovalczyk Big Band Project” przyniosła aż pięć singli. Który należy do Twoich ulubionych?

Chyba „Freedom”.

Nie sposób wspomnieć o teledyskach, które na tanie nie wyglądają.

Przede wszystkim mam szczęście do ludzi, którzy zainspirowaniu moimi pomysłami pomagają mi je zrealizować. Dzięki temu mogę tworzyć teledyski takie, jakie sobie wymyślę. Zawsze dbam o to, żeby miały one wartość i wysoką jakość wizualną, ponieważ mam ogromny szacunek do widza.

Sam wymyślasz swoje teledyski?

Tak. Spotykam się z różnymi reżyserami, którzy dopracowują moją koncepcję, a poza tym od lat współpracuję z gronem ludzi, których znam i wiem, na co ich stać.

Następne Twoje muzyczne dziecko to singiel „Nie głosuj na mnie”. Czy był to Twój głos w związku z sytuacją polityczną w Polsce?

To był to taki malutki komentarz do tego, co się dzieje w naszym kraju (śmiech).

A w ogóle interesujesz się polityką?

Staram się być na bieżąco z wydarzeniami i uważam, że każdy kto żyje w jakiejś przestrzeni powinien wiedzieć, na czym się ona opiera. Jeśli chcesz być outsiderem to bądź, ale jeśli ktoś cię zapyta w prywatnej rozmowie, co sądzisz o tym, czy o tamtym, to powinieneś być na tyle wyedukowany, żeby jakieś zdanie móc wyrazić. „Nie głosuj na mnie” to bezstronny komentarz do polityki jako całości.

„Nie głosuj na mnie” zwiastowało album „AUX”, który diametralnie różnił się muzycznie od poprzedniej płyty. Skąd taka zmiana?

Są różne etapy w życiu każdego człowieka. Wpływ na ciebie ma to z kim się spotykasz, z kim się przyjaźnisz, co ciekawego gdzieś usłyszałeś… Różne bodźce z otoczenia wpływają na człowieka. Płyta „AUX” z założenia miała być albumem koncepcyjnym. Czyli co to oznacza? Że jedna osoba powinna napisać teksty na cały album. Ja za polskie teksty się nie biorę, bo uważam, że nie mam na tyle lekkiego pióra, żeby były one fajne. Oczywiście, bardzo uważam na to, o czym śpiewam i w związku z tym postanowiłem odezwać się do Michała Zabłockiego. Wysłałem mu swoją muzę, po czym zadzwonił do mnie i powiedział, że się podejmie napisania tekstów na płytę. Michał pytał mnie, o czym chciałbym śpiewać. Odpowiedziałem, że na przykład na temat hejtu. Potem ustaliliśmy, że napisze on utwór o miłości matczynej. Wszystkie te koncepcje spięliśmy ostatecznie w cały album. Następnie żona Michała, Aga Zabłocka, która jest świetnym rysownikiem, stworzyła projekt graficzny płyty.

 

Płytę „AUX” promował również singiel „Turlaj się”, okraszony ciekawym teledyskiem. Powstało również video do remiksu tego utworu.

Zgadza się. Przy tym klip pracowałem z bardzo zdolnym operatorem z Łódzkiej Filmówki Przemysławem Jękoszem.

Następnie wziąłeś udział w świątecznym projekcie Romualda Lipki „Pastorałki – pod choinką, pod jemiołą”.

Romuald Lipko zaprosił mnie do zaśpiewania na jego płycie utworu pt. „Spełnia się obietnica sprzed lat”. Wcześniej już współpracowaliśmy razem przy trasie koncertowej, którą organizowała mu moja agencja koncertowa. Dla mojej firmy była to olbrzymia nobilitacja, że taki muzyk jak on zdecydował się podjąć z nami współpracę. Także dzięki Romkowi poznałem innych wspaniałych artystów, takich jak na przykład Izabela Trojanowska, z którą również współpracowałem koncertowo. Ogólnie bardzo miło wspominam pracę przy tej świątecznej płycie i jej wydanie w pod szyldem mojej wytwórni.

Teraz chciałbym z Tobą porozmawiać o singlu „In The Name Of What”, od którego zaczęła się moja fascynacja Twoją muzyką. Skąd wziął się pomysł nagrania takiego utworu?

Powiem tak – nikt na świecie nie nagrał takiego utworu. Wpadłem na pomysł, że napiszę utwór na waltornię i mój głos. Ja wiedziałem, że chyba na głowę upadłem. W rozmowie ze znajomymi powiedziałem, że chcę to wypuścić na singlu, na co oni, że na single wybiera się bardziej melodyjne utwory, takie „pod nóżkę”. Najpierw był „Kovalczyk Big Band Project”, potem „AUX”, a tu teraz jakieś cztery waltornie… Ale zaparłem się i stwierdziłem, że muszę to zrobić! Za pomocą techniki komputerowej nagrałem cały utwór, ale to nie o to chodziło. Postanowiłem znaleźć cztery osoby, które będę w stanie to zagrać. Dodatkowo to, co stworzyłem w komputerze, ktoś musiał to rozpisać nutowo. I uwierz mi, że pięciu kompozytorów nie umiało tego zrobić zgodnie z moją wizją. Jednocześnie zacząłem poszukiwać muzyków, którzy podejmą się współpracy i natrafiłem na przedstawiciela grupy Mazo Horn Quartet. Stwierdził, że to, co proponuję jest interesujące, ale muzycy klasyczni sceptycznie podchodzą do współpracy z ludźmi ze świata muzyki rozrywkowej. W końcu doszło do spotkania z całym zespołem. Była to śmieszna sytuacja, bo wszyscy, poza tym, z którym wcześniej rozmawiałem, patrzyli na mnie spod byka. I tylko ten właśnie człowiek próbował ich przekonać do mojego pomysłu. Puszczał im fragmenty z telefonu, a ja im potem wysłałem im utwór mailowo. W końcu zdecydowali się na wzięcie udziału w moim projekcie. Spotkaliśmy się chyba na ośmiu próbach, podczas których staraliśmy się to wszystko jakoś posklejać. Nie szło nam to w ogóle. A koncept był taki, żeby to zagrać na żywo i nagrać utwór znowu analogowo. Potem spotkaliśmy się w studiu w Łomiankach i okazało się, że to, co mieli zapisane nutowo częściowo się nie zgadza. W końcu sami zaczęli rozpisywać nuta po nucie na pięciolinii cały niezgadzający się brydge i ostatecznie udało nam się to nagrać. Ale trwało to około ośmiu godzin, zamiast planowanych trzech. Potem całość trzeba było odpowiednio zmontować. Zamysł był taki, żeby miało to brzmienie płyty winylowej. Pracowaliśmy nad tym przez cztery miesiące. Następnie kolejne dwa miesiące tłoczenia, a na koniec okazało się, że test pressy się nie zgadzają i trzeba było dokonywać dalszych zmian. Musieliśmy wracać do miksów, masteringów, był to jeden wielki cyrk śmiech. Ale w końcu udało się. Wyszedł singiel winylowy i ma taki wydźwięk, jaki w zamierzeniu miał mieć. Dla mnie ważne było to, że udało mi się stworzyć coś, czego chyba nikt inny na świecie do tej pory nie zrobił.

 

No dobrze, a tworząc kolejny projekt „Piosenki Mistrza” nie bałeś się, że ktoś powie, że zabierasz się za coś, co jest ewidentnie trudne do przeskoczenia?

Nie, bo zrobiłem to po swojemu. Miałem na to swój pomysł.

Ale dlaczego akurat wziąłeś się za Ciechowskiego?

Bo uważam, że jego twórczość jest bardzo interesująca, ponadczasowa. Poza tym chyba przyszedł taki moment w moim muzycznym życiu. Do tej pory nagrywałem swoje autorskie płyty,  postanowiłem więc sięgnąć do muzyki kogoś, kogo bardzo szanuję i kto był dla mnie inspiracją. Znajomi starali się odwieść mnie od tego pomysłu mówiąc właśnie, że już tylu próbowało się zmierzyć z jego muzyką. Ale ja miałem na tę płytę jasny zamysł, chcąc zaprezentować twórczość Grzegorza w zupełnie innej, nowoczesnej odsłonie. Zacząłem drążyć, analizować teksty, sprawdzać od strony prawnej, na ile mogę ingerować w muzykę, żeby to było bardziej moje. Pamiętam, że pewnego dnia przeglądałem Instagram i nagle pojawił mi się filmik Rafała Jędrucha, który w fenomenalny i zadziorny sposób gra na różnych instrumentach dętych. Pomyślałem, że może warto go zaangażować do tego projektu. Chciałem elektronikę połączyć z tymi „dęciakami” i tak się stało. Zrobiłem tę płytę i cieszę się, że zdobyła uznanie również u wiernych fanów zespołu Republika.

Jedynym singlem, promującym album jest „Nie pytaj o Polskę”.

To był chyba najbardziej neutralny kawałek. Wolę w sposób artystyczny wypowiadać się na temat świata, niż bezpośrednio mówić, co myślę. Teledysk do piosenki nagrywaliśmy w opuszczonej fabryce Telefunkena. Jest to miejsce, w którym przebywa wielu bezdomnych. I miała miejsce śmieszna sytuacja, kiedy podczas kręcenia zdjęć jedna pani wyprosiła nas z budynku, ponieważ miała gości, a my byliśmy zbyt głośni (śmiech). To taki smaczek przy okazji kręcenia teledysku do „Nie pytaj o Polskę”.

No i doszliśmy do teraźniejszości. Jaką muzyczną niespodziankę szykujesz dla swoich fanów?

Zamierzam wydać serię singli, zwiastujących nowy album „Kovalczyk Big Band New Wave”. Pierwszy ukaże się już 12 listopada. Będzie to utwór „Stars And Shivers”. Mogę zdradzić, że będzie to moja pierwsza płyta nad którą pracuję zupełnie sam, w totalnym skupieniu. Czuję, że taka praca jest dla mnie najbardziej komfortowa i daje mi ogromną frajdę tworzenia zupełnie nowej muzyki. Płyta ukaże się w przyszłym roku.

 

Co jest dla Ciebie w życiu ważne?

Żeby mieć godne życie, żeby otaczać się fajnymi ludźmi, żeby być zdrowym, żeby mieć po prostu normalne życie. I żeby moi bliscy żyli jak najdłużej. To są dla mnie ważne rzeczy. Polecam wszystkim, żeby się nie zadręczali, nie brali wszystkiego do siebie i nie analizowali zbyt dużo. I tylko od nas zależy jakie będzie to nasze życie i w jakim standardzie będziemy żyć.

Na koniec, czysto hipotetyczne pytanie: Przychodzi do Ciebie manager najbardziej znanego piosenkarza disco polo z propozycją nagrania przez Ciebie duetu z owym wykonawcą. Oferuje dobrą kasę, to, że utwór nadawany będzie we wszystkich komercyjnych rozgłośniach radiowych, zrobicie teledysk, który będzie hulał we wszystkich stacjach muzycznych. Jaka jest Twoja odpowiedź?

(cisza) Wiesz co… Patrząc na niektórych polskich artystów… Nie wiem. Zależy za jaką kasę (śmiech). Nie no, żartuję. Nie, disco polo, sorry, nie. Jak dostajesz propozycję od artysty, którego twórczość znajduje w jakimś bezpiecznym marginesie dla Ciebie, gdzie rzeczywiście mógłbyś się pojawić z takim człowiekiem na scenie to oczywiście, że bym się zgodził (śmiech).

Na koniec naszej rozmowy, chciałbym Cię poprosić, żebyś powiedział jakiej muzyki słuchasz obecnie? Jacy polscy artyści zrobili na Tobie wrażenie ostatnimi czasy?

Bardzo dużo słucham muzyki i trudno wymieniać mi pojedynczych artystów, ale żeby mnie coś zaskoczyło musi być nowoczesne, odkrywcze i naprawdę dobre. Nie złowisz mnie na byle przynętę (śmiech). Lubię jak każda nowa płyta mojego ulubionego artysty jest inna od poprzedniej. Specjalistką w tej dziedzinie jest np. Björk. Największym zaskoczeniem młodego pokolenia w naszym kraju jest dla mnie Kasia Lins.

Pawle, wielkie dzięki za to spotkanie. Czekamy na płytę i mam nadzieję, że do zobaczenia na koncertach.

Dzięki.

Rozmawiał: Kuba Łuczak

 

 

Dodaj komentarz