Krzysztof Zalewski – “Zabawa” [RECENZJA]

Nasz ocena

“Płyta jest taneczna i nieco mroczna, acz bardziej taneczna niż mroczna. Nocna. To taniec na koniec świata. Nieco apokaliptyczne przemyślenia 35-letniego mężczyzny” – tak “Zabawę” widzi Krzysztof Zalewski. Zachęcamy do zapoznania się z naszymi przemyśleniami na temat nowego albumu artysty.

“Co prawda teksty pisałem przed koronawirusem, albo na samym początku, gdzie dochodziły tylko jakieś memy o Chinach, ale przebijają się momentami apokaliptyczne wizje” – przyznaje. – “Trochę też rozprawiam się ze swoimi demonami, piszę do syna, ale głównie, jak zwykle, piszę o sobie”.

“Trzeba tańczyć za wszelką cenę, nawet wbrew sobie, wbrew nastrojowi” – twierdzi wokalista.

 

Recenzja płyty “Zabawa” – Krzysztof Zalewski (Kayax, 2020)

Po czterech latach od ostatniego solowego albumu (nie licząc „Zalewski śpiewa Niemena” z 2018), Krzysztof Zalewski zaprezentował świeży i różnorodny materiał na płycie „Zabawa”. Piąty album w dorobku Zalefa promują trzy single z teledyskami: „Tylko nocą”, „Annuszka”, a także „Zabawa” udostępniona jako liryc video w dniu premiery 18 września. Do tego grona niedawno dołączyły także „Lustra”.

 

Artysta podkreślał, iż przy tworzeniu muzyki, najważniejsza jest melodia. „Zabawą” niewątpliwie to udowadnia, bezpośrednio działając na umysł, ale też… ciało. Część numerów pobudza do tańca, by zaraz zwolnić tempo, wyciszyć się i płynąć z melodią, która jest tylko, i aż tłem do delikatnego śpiewu. Jednak niemałą wagę Krzysztof przykłada również do warstwy tekstowej, komentując niejednokrotnie otaczającą nas rzeczywistość w której żyjemy (chociażby w przypadku „Ojców”).

Na „Zabawie” Zalewski po raz kolejny pokazuje swój elastyczny wokal – śpiewa z rockowym pazurem, wykazuje umiejętności rapowania („Oddech”), ale też potrafi łączyć wyższy wokal z półśpiewem („Na apatię”).

„Annuszka” pomimo początkowej niechęci, oczarowała mnie po kilku odsłuchach. Przyjemne, syntetyczne brzmienie, stylizowane na lata 80-te, a także tekst, z którym chyba każdy z nas może się utożsamić i crème de la crème: refren, któremu niewątpliwej głębi i emocji nadaje przyjemne przeciąganie słów „czas” i „nasz”. W jakimś stopniu przypomina mi on jeden z ulubionych utworów Lenny’ego Kravitza „The Chamber”. Może nie tyle przez podobieństwo kompozycji, a podobne rozłożenie ładunku emocjonalnego w wokalu – spokojniejsze zwrotki, po których w trakcie refrenu następuje moment kulminacyjny.

Subiektywnym plusem (oczywiście niejedynym) tego krążka jest mix i mastering, który wpłynął korzystnie na cały materiał. Podczas odsłuchu wielu innych płyt miałem powtarzający się problem – za dużo wysokich i/lub niskich tonów, które drażniły mój słuch i utrudniały odbiór materiału. Tutaj ten problem nie występuje, dzięki czemu odsłuch staje się przyjemnością.

Próby podjęcia tematyki politycznej nie zawsze muzykom wychodzą ze smakiem, szczególnie gdy pojawiają się wulgaryzmy, czy zbyt czytelnie podane preferencje polityczne. Słuchając tekstu „Luster”, poczułem subtelność i dwojakość interpretacji, niczym z utworów Grzegorza Ciechowskiego. Czy to był tekst o konkretnym polityku, ugrupowaniu? A może Zalewski śpiewał o sobie, części swojej osobowości, której nie lubi, z czym sami możemy się utożsamić i dopasować do tego osobiste realia? Jednym słowem – majstersztyk. Podobnie zresztą w utworze „Na apatię”, który ciężko jednoznacznie zinterpretować, bo nie dostajemy wszystkiego „na tacy”, a co akurat ogromnie cenię w muzyce.

Wspólnym mianownikiem kompozycji jest elektroniczne brzmienie wydobyte z syntezatorów, od których aż kipi cały album. Dały one ogromne pole do popisu twórcy, nadając jednocześnie ogromnej różnorodności. Dzięki temu każdy utwór zbudowany jest na indywidualnym motywie.

Stało się to kosztem gitar, bo jest ich tutaj o wiele mniej, niż na poprzednich albumach artysty. Rockowa energia jednak nie znika, stając się pulsem, który cały czas żyje i nadaje szlachetności tej płycie. A bezpośrednie gitarowe brzmienie wyraźniej daje o sobie znać we wcześniej wspomnianych „Lustrach”.

Jednym z najbardziej urokliwych i w moim przekonaniu odprężających utworów jest „Szpieg”. To wolna kompozycja, z przebijającym się w tle basem, a do tego z kluczowym elementem refrenu, czyli dźwiękiem saksofonu. Przez saksofon na myśli przychodzą utwory Kultu z ich pierwszego albumu o tym samym tytule.

„Zabawa” trwa niecałe 41 minut, czy to dużo, czy mało to kwestia subiektywna. Tak samo jak z tym, czy album będzie się dłużył, czy minie w mgnieniu oka. W moim przypadku piosenki w żadnym stopniu mnie nie znudziły nawet po wielu odsłuchach. Był co prawda krótki okres, w trakcie którego nie potrafiłem obyć się z tym materiałem ze względu na widoczną zmianę stylistyki. Aspektu szybkiego znużenia bałem się najmocniej, bo przyznam, że utwory z poprzednich lat (mimo zajawki) nudziły mi się szybciej niż po tygodniu (wyjątkiem jest „Początek” Męskiego Grania, który od ponad dwóch lat gości wciąż na moich głośnikach).

Może i najmłodsze „dziecko” Krzyśka  nie jest materiałem, który wyznacza nowe trendy w muzyce rozrywkowej, wszakże mamy ogrom płyt czerpiących garściami z przeszłości. Jest jednak zmyślnie nagranym albumem, który bawi, ale też wnosi istotny przekaz, sprawnie wypełniający wszystkie kompozycje. Teksty nie są pustym wypełniaczem przestrzeni, co pozwala nam na konfrontację z ważnymi, ale nie podanymi wprost tematami, wydłużając tym samym chęć na „Zabawę” z tą jakże ciekawie wymyśloną płytą.

Adrian Kaczmarek

 

Dodaj komentarz