“Zawsze marzyłem, żeby wydzierać się w zespole rockowym” – nasza rozmowa z Arkiem Jakubikiem (Dr Misio)

W zupełnie nowej, pandemicznej rzeczywistości pojawiło się czwarte dzieło formacji Dr Misio. Płyta, która otrzymała tytuł „Strach XXI wieku” ukazała się pod naszym patronatem medialnym.

Z tej okazji porozmawialiśmy z Arkadiuszem Jakubikiem nie tylko o nowej płycie, ale też o początkach zespołu, a nawet pierwszych próbach muzycznych artysty.

fot. materiały prasowe

Czy życie pomiędzy planem filmowym a sceną muzyczną bywa kłopotliwe?

Akurat w tym momencie moje życie filmowe łączy się z muzyką, bo 10 godzin temu wróciłem z planu zdjęciowego, gdzie gram wokalistę disco polo zespołu Imperium. A to wszystko dzieje się w nowym filmie Wojtka Smarzowskiego „Wesele 2”. Zdjąłem więc elegancki kostium, bujny tupecik z burzą loków i udałem się do Warszawy na promocję nowej płyty „Strach XXI wieku” Dr Misio. Przy dobrej organizacji wszystko da się pogodzić. Czasem jedynie trochę mniej sypiam.

Obecnie jako muzycy jesteście pozbawieni istotnej części pracy, czyli nie możecie grać koncertów, które zapewne byłby przy okazji promocji nowej płyty.

To jest faktycznie dla nas katastrofa. Funkcjonowanie w pandemicznej przestrzeni dla muzyka nie jest łatwe. Trzeba wziąć po uwagę, że ten kryzys dotyka też kinematografię. Niedawno pojawiła się informacja, że duża sieć kin zamyka się aż do końca kwietnia przyszłego roku w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Podobno jest to związane z przesunięciem kilku premier filmowych, w tym nowego Bonda. Sytuacja jest dramatyczna. Teatry także są zamykane. Kultura jest tą dziedziną, która najbardziej ucierpi na tej zarazie. Skupiam się więc na premierze nowej płyty, czekając na moment, kiedy będziemy mogli zagrać ten materiał na żywo.

Nowy album Dr Misio dotyka wielu problemów. Jak bardzo ten okres pandemiczny wpłynął na teksty, które wypełniły płytę „Strach XXI wieku”?

Fani pytają mnie czy chciałbym zająć miejsce wróża Macieja. Odpowiadam im, że mam ciekawsze zajęcia. (śmiech) Pandemia dopisała nieoczekiwaną puentę do płyty, bo była ona gotowa już pod koniec 2019 roku. Wszystkie lęki i fobie opisane na tej płycie dotyczyły więc innych rzeczy. Ale z drugiej strony tytułowa piosenka „Strach XXI wieku” po premierze zaczęła żyć nowym życiem, bo zmienił się kontekst w jej odbiorze właśnie przez pandemię.  Nagle teraz wszystkie te absurdalne teorie związane z płaskoziemcami, nanochipami, szczepionkami i masztami 5G stały się poważnym tematem w publicznej debacie. Mam z tyłu głowę przypowieść o mrówce, która nieustannie wchodzi na źdźbło trawy i spada, toczy własną syzyfową pracę, która do niczego nie prowadzi. Okazuje się, że jest to spowodowane przez pasożyta, niejaką motyliczkę wątrobową, dla której mrówka jest tylko środkiem transportu, aby dostać się do żołądka większego zwierzęcia. Mam wrażenie, że dla ludzi takim motyliczką wątrobową są dzisiaj wszystkie te teorie spiskowe, które łatwo opanowują ludzkie umysły i stają się nowymi religiami. Cofamy się do zabobonnych, mrocznych czasów średniowiecza.

 

Album wyraźnie różni się od poprzedniej płyty „Zmartwychwstaniemy” Dr Misio. Jaki był zamysł na ten album od strony czysto muzycznej?

Pamiętam jak na początku 2018 roku, po skończeniu pracy nad solowym albumem „Szatan na Kabatach”, w zaciszu mojego domowego gabinetu zastanawiałem się – Jakubik, znasz swój pesel i to jest może ostatni moment, żeby na następnej płycie Dr Misio zrobić punkowo-hardcorowe kawałki, żeby totalnie polecieć, żeby były to piosenki nagrane na setkę, z taką energią jaką gramy na koncertach, gdzie zdarza się, że razem z publicznością unosimy się kilka centymetrów nad ziemią. Punktem odniesienia była energia dwóch numerów:  „M jak morderstwo” i „Pies” z naszej debiutanckiej płyty „Młodzi”. Nagraliśmy je w 2012 roku w studio u Adama Toczko właśnie na setkę i są najbardziej brudnymi kawałkami na tym albumie. Praca w studio zawsze ugrzecznia materiał muzyczny, a ja chciałem tego w miarę możliwości uniknąć na nowym albumie.

 

Dlaczego w ogóle stało się tak, że obok płyt z prężnie działającym Dr Misio pojawił się projekt solowy? Czy tamta płyta nie mogła się ukazać z zespołem?

Czasami potrzebuję eksplorować muzyczną przestrzeń, która nie jest bezpośrednio przynależna do Dr Misio. Najpierw była płyta „40 przebojów”, którą nagrałem z Olafem Deriglasoffem. Ekscentryczny album, gdzie nagraliśmy 40 anty-przebojów, z których każdy trwał od kilkunastu sekund do niespełna minuty. To była energia niepasująca do Dr Misio i odbiegająca za daleko od naszego stylu, który przecież też się zmieniał, czego dowodem jest przesiąknięty elektroniką album „Zmartwychwstaniemy”. Poza tym dla równowagi warto czasem od siebie odpocząć, zatęsknić za Dr Misio.

Pierwsze pomysły na piosenki zawsze pochodzą od Arka Jakubika. Jaki w takim razie jest udział procentowy reszty zespołu w tworzeniu muzyki?

Nie potrafię tego dokładnie określić. Jest różnie. Na ostatniej płycie pierwsze akordy układałem w moim domowym studio, ale zdarza się, że dostaję od chłopaków z zespołu pewne pomysły w postaci riffów, albo bitów i wtedy pracuję na tej materii, zamieniając ją w zaczyn do piosenki. Jak dorobię do tego tekst, frazę, to spotykam się z Pawłem Derentowiczem, który jest gitarzystą Dr Misio, ma świetny słuch muzyczny i razem układamy pierwszą demówkę. Później gramy ją na próbach z całym zespołem, więc każdy kolejny muzyk dorzuca coś od siebie. Ponieważ do wszystkiego tracimy z czasem dystans, wtedy dochodzi praca producenta muzycznego, który potrafi nadać naszym numerom  odpowiednie brzmienie.

 

fot. okładka płyty

W jaki więc sposób szuka się producenta na płytę, nadającego Waszym pomysłom brzmienia, które będą dla zespołu satysfakcjonujące?

To nie jest taka prosta sprawa. Ja bardzo długo szukałem producenta na naszą trzecią płytę. Po dwóch pierwszych albumach, za które odpowiedzialny był Olaf Deriglasoff, czułem, że musimy od siebie odpocząć, zwłaszcza, że w tamtym czasie zrobiliśmy jeszcze razem „40 przebojów” i jeździliśmy razem z koncertami. Chciałem odświeżyć trochę muzykę Dr Misio, żeby zaskoczyć fanów i nas samych. Przy albumie „Zmartwychwstaniemy” stanęło więc na młodym producencie muzycznym – Kubie Galińskim. Szybko złapałem z nim dobrą energię. Razem z nim zrobiliśmy też „Strach XXI wieku”.

Może nie każdy jest w stanie wyszukać, ale jeszcze jedno ważne nazwisko pojawia się na płycie „Strach XXI wieku”. Jest nim Jan Benedek, który odpowiada za miksy. Skąd on się wziął na Waszej artystycznej drodze?

Znałem doskonale jego działania artystyczne i dlatego myślałem od jakiegoś czasu o Janku. Doceniam rzeczy, które zrobił na przestrzeni wielu lat, ale jakoś wcześniej nie udało mi się do niego dotrzeć. Ucieszyłem się więc, kiedy Kuba Galiński zaproponował, żeby miksy zrobił ktoś z dystansem do tego materiału i zaproponował Janka. Kuba znał go dobrze, wspólnie grali kiedyś w zespole. Bardzo się ucieszyłem, gdy Janek podjął się tego wyzwania, a po pierwszym miksie, który usłyszałem opadła mi z wrażenia szczęka. Jego pomysły były świeże i zaskakujące.

Wracając jednak do tekstów. Który z lęków wymienionych w utworze tytułowym „Strach XXI wieku” zabolał, albo rozśmieszył Cię najbardziej?

Najbardziej bolała mnie piosenka „Chcesz się bać”. Ten numer powstał tuż po tym jak 13 stycznia 2019 roku graliśmy koncert podczas WOŚP w Warszawie. Wtedy zobaczyłem, że ludzie pod sceną zaczęli wyciągać telefony i z niepokojem o czymś ze sobą rozmawiać. Nie wiedzieliśmy wtedy, że w Gdańsku właśnie doszło do zamachu na prezydenta Pawła Adamowicza. Gdy zszedłem ze sceny i usłyszałem co się stało, byłem w szoku. I ten szok zamienił się w lęk. Potem w największy z możliwych strachów, bo dzień później informacja, że prezydent Adamowicz nie żyje. Przypadkiem tego samego dnia odbyła się premiera teledysku do piosenki „Zmartwychwstaniemy”, teledysku, który mówił o naszej polskiej nienawiści. Tego dnia też skończyłem 50 lat.

Czy pisanie tekstów można uznać za terapię, która jest lepsza od pójścia do psychologa?

U mnie tak to działa. Nigdy nie byłem u psychologa. Dla mnie praca nad kolejnymi piosenkami zawsze jest próbą przerobienia rzeczy, które mnie męczą i bolą. Znajomy pisarz, Daniel Bieńkowski, który jest też psychologiem, po jednym z moich koncertów powiedział, że nie potrzebuję żadnej wizyty na kanapce psychoterapeutycznej, bo to o czym śpiewam,  jest najlepszą formą terapii, w ten sposób świetnie przerabiam wszystkie swoje fobie. I chyba tak to działa. W ten sposób konfrontuję się z moimi strachami, lękami i demonami, obłaskawiam je.

 

W tekstach pojawia się też tęsknota za minionymi czasami, kiedy wszystko wydawało się trochę łatwiejsze, albo my byliśmy mniej świadomi różnych rzeczy?

Nie da się ukryć, że tak jest. (śmiech) Czasem pojawia się u mnie potrzeba założenia krótkich spodenek młodego gościa, który pił tanie wino i wszystko było dla niego o wiele prostsze. Każdy kto ma podobny pesel do mojego, pamięta ten czas, gdy nam się wydawało, że cały świat leży u naszych stóp. I na tej płycie jest kilka takich numerów, które są sentymentalną podróżą do lat 80. Chociażby utwór „Czy pamiętasz” albo „Nie czujesz nic”. Nie chcę stracić tego chłopaka w sobie, pielęgnuję go, hołubię wręcz.

Słuchając niektórych tekstów zastanawiam się, czy Arek Jakubik potrafiłby napisać niezobowiązującą piosenkę o miłości, w której nie szuka problemów w stylu „miłość zamienia się w wojnę”, jak śpiewasz w piosence „Stany skupienia”?

Niezobowiązująco o miłości? Nie. (śmiech). Przypomina mi się sytuacja z początków działalności Dr Misio, kiedy mieliśmy już nagraną pierwszą płytę i chodziłem od wytwórni do wytwórni, chcieliśmy kogoś zainteresować wydaniem tego materiału. Trafiłem wtedy na pewnego wydawcę i on stwierdził, że „Arek, musisz się zastanowić dla kogo piszesz swoje piosenki, jak chcesz szpanować i udawać rockandrollowca to nagrywaj sobie takie utwory, jaki mi przyniosłeś. Ale jeśli chcesz bardziej wyjść do ludzi, dla nich śpiewać, to musisz popracować nad tekstami. W utworze „Śmierć w Tesco” mógłbyś dodać jakiś rym o miłości, na przykład „Hej cześć Teresko, kochajmy się w Tesco”, wtedy byłoby to bardziej chwytliwe”. Pamiętam, co mi potem powiedział mój przyjaciel, Olaf Deriglasoff, który zęby zjadł na rock’n’rollu: „rób muzykę zawsze dla siebie i swoich przyjaciół”. Miał rację. Nie nagrywa się piosenek dla jakiejś grupy docelowej, z myślą o wirtualnych gustach słuchaczy, bo to traci swój sens. Trzeba robić wszystko tak jak czujesz, a potem zapraszać ludzi do swojego świata. I tego do dziś się trzymam. A wydawca znalazł się i nigdy nie ingerował w to, co nagrywam z Dr Misio.

Dlaczego Arek Jakubik tak późno zaczął nagrywać pierwsze piosenki? Z czego to wyniknęło?

Może miałem akurat nadmiar wolnego czasu i poczułem, że chciałbym coś w swoim życiu jeszcze zrobić poza filmem? A może dopadł mnie kryzys wieku średniego. (śmiech) Zawsze powtarzam, trochę dla żartu, że przecież ja nigdy nie chciałem być aktorem. Zawsze marzyłem, żeby wydzierać się w zespole rockowym. Pamiętam moje pierwsze licealne próby nieudolnego naśladowania Briana Johnsona z AC/DC. Ale wtedy najważniejsze było to, żeby przypodobać się pięknym dziewczętom. Przecież po to gra się rock’n’rolla, czy nie? (śmiech)

Szkoła teatralna, do której zdałem, zmusiła mnie jednak do porzucenia myśli o zespole. Chociaż pamietam, że na na studiach założyłem band o nazwie Bez Krzywdy. Nazwę wymyślił w konkursie Robert Więckiewicz, dostał za to butelkę wódki. (śmiech) Zespół Bez Krzywdy zagrał jeden spektakularny i zarazem absurdalny koncert. Każdy w zespole chciał śpiewać, więc wymyśliliśmy, że podczas grania, po każdym numerze, będziemy wymieniać się instrumentami. Wyszło jak wyszło, nie mogło być dobrze (śmiech). Zamiast na perkusji graliśmy na popielniczkach, mieliśmy tylko werbel. A podczas tego koncertu był Wojtek Waglewski, Mateusz Pospieszalski i Martyna Jakubowicz. Ich wtedy przerażony wyraz twarzy – rzecz bezcenna.

A jak doszło do tego, że pojawił się Dr Misio?

Dopiero przed 40-tką wróciłem do muzyki. Pamiętam, że bywałem w studio Papryka i Synowie, gdzie miały miejsce najlepsze rockandrollowe imprezy w Warszawie. Zawsze po północy odbywały się tam mini koncerty, w czasie których wiodłem prym jako wokalista. Wtedy też pojawił się pomysł, żeby założyć zespół. Spotkałem przyjaciół, którzy tak jak ja, dla zupełnej zabawy, chcieli coś razem robić. Najpierw granie w garażu. Potem pierwsze koncerty. I nagle to się wymknęło spod kontroli. „Strach XXI wieku” jest czwartą płytą Dr Misio.

Co byłoby największą miarą sukcesu dla Arka Jakubika jeśli chodzi o album „Strach XXI wieku”?

Dobre pytanie. Chciałbym, żeby fani Dr Misio nie byli zawiedzeni. Granie wiąże się dla mnie z ludźmi, którzy zaakceptowali i pokochali naszą muzykę. Dlatego chciałbym, żeby oni potrafili odnaleźć w tych piosenkach swoje lęki i spróbowali się z nimi zaprzyjaźnić. Dobrze byłoby, gdyby pojawili się też nowi słuchacze, którzy przyjdą na koncerty. I żeby te koncerty wróciły. Granie na żywo i śpiewanie tych piosenek razem z publicznością stało się w tej trudnej pandemicznej rzeczywistości moim największym marzeniem.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski

 

 

Jedna odpowiedź do ““Zawsze marzyłem, żeby wydzierać się w zespole rockowym” – nasza rozmowa z Arkiem Jakubikiem (Dr Misio)”

Dodaj komentarz