“Ciężko jest powiedzieć, żebym prowadził ustabilizowane życie” – nasza rozmowa ze Swiernalisem

Na początku września premierę miał drugi album Swiernalisa. Płyta ukazała się pod naszym patronatem medialnym. Z tej okazji odbyliśmy z Pawłem długą rozmowę, nie tylko na tematy związane z “Psychicznym fitnessem”.

fot. materiały prasowe

Cztery lata minęły od Twojej debiutanckiej płyty „Drauma”. Z czego wyniknęła tak długa przerwa pomiędzy tamtym albumem a „Psychicznym fitnessem”?

Ten czas wykorzystałem na poszukiwania. Zdarzyło się, że kilka razy rozmontowywałem się, a potem składałem na nowo. Wyniknęło to głównie z moich prywatnych spraw, które sprawiły, że ten czas był dla mnie intensywny, a co za tym idzie przyniósł wiele doświadczeń. To wszystko przełożyło się na zmiany w mojej nowej muzyce. Miałem kilka wyraźnych zwrotów akcji i przeorganizowania własnej wizji artystycznej. Wszystko zaczęło kształtować się dwa i pół roku temu, jak już zacząłem wiedzieć o co mi chodzi.

Udało mi się też skompletować zespół, z którym świetnie się rozumiemy. Jesteśmy w trakcie prób i wiem, że wydarzyło się wiele dobrych rzeczy, które wpłynęły na ostateczne brzmienie nowej płyty. To jest to, co chciałem osiągnąć. Po drodze był też pomysł współpracy z Kubą Karasiem, ale ten nie doszedł do skutku, choć pozostał jeden fajny numer „Blizny”.

Na jakim etapie życia byłeś, gdy powstawał utwór „Blizny”? Co się stało, że poczułeś chęć tak wyraźnej zmiany stylistyki?

To był moment, gdy ogrywaliśmy z zespołem kilka moich pomysłów. Próbowaliśmy nowych rozwiązań, a warto powiedzieć, że mieliśmy wtedy wiele kawałków, które nie znalazły się ostatecznie na płycie. Nikt nie wiedział, w jakim kierunku to będzie zmierzać, szczególnie, że z Kubą wcześniej nie pracowałem. Nagle ta współpraca okazała się na tyle inspirująca, że mieliśmy pomysły nie tylko na „Blizny”, ale też na kolejne utwory.

Porzuciliście współpracę, bo Kuba był bardzo zajęty, czy zrozumiałeś, że chcesz czegoś innego?

Myślę, że nie do końca chodziło o jego brak czasu. Ostatecznie jestem zadowolony, bo udało się nawiązać współpracę z Pawłem Cieślakiem z Hasselhoff Studio, z którym świetnie się dogadywaliśmy. Nie umniejszając Kubie, to jednak u Pawła lepiej odnaleźliśmy się jako zespół. To jego spojrzenie na pewne rozwiązania były dla nas bardziej inspirujące. Niemniej cieszę się, że z Kubą zrobiliśmy utwór „Blizny”. Tak widocznie miała wyglądać nasza artystyczna droga. Musieliśmy sami sobie zadać pytania, czego chcemy, a później to realizować. Wypracowanie kompromisu wraz z zespołem było poszukiwaniem własnej wrażliwości, a ta nas pokierowała do studia Pawła w Łodzi i właśnie u niego poczuliśmy, że jesteśmy we właściwym miejscu.

 

Dużo czasu spędziłeś w takim razie w Łodzi?

Łódź odgrywa w moim życiu istotną rolę od dawna. To specyficzne miejsce w Polsce, do którego czuję sentyment ze względu na poznanych tam ludzi. Właśnie ludzie tworzą dla mnie tkankę tego miasta. Łódź jest przedziwna, ale przez to ciekawa i ważna. Mam z nim wiele wspomnień, a warto dodać, że nagrałem tam już trzy płyty – dwie swoje i jedną z zespołem Hoszpital. Sporo wydarzeń, koncertów i innych chaotycznych akcji tam miało miejsce (śmiech).

Wspomniałeś, że poszukiwania własnej tożsamości jako zespół nie były łatwe. Na ile mogliście pozwolić sobie na poszukiwania pod opieką Pawła Cieślaka? A na ile on sam narzucał Wam pewną wizję?

W ogóle to, że zaczęliśmy współpracować z nim przy tej płycie nie było takie oczywiste. Paweł też jest zajętym człowiekiem, a nam czas już uciekał przez palce, mijały lata i w końcu poprosiłem go, że zróbmy ten album szybko, bo ja już wiedziałem o co nam chodzi. Cały zespół jest zadowolony z tego, że udało się nam zrealizować całość pod jego czujnym okiem. On niczego nie musiał nam narzucać, bo my się świetnie rozumieliśmy od dawna, nie tylko przy tej płycie.

W notatce prasowej można wyczytać, że przeszedłeś przez te lata dużą zmianę jako artysta i jako człowiek. Która z tych przemian była większa – człowieka czy artysty?

Ciężko jest mówić o jakiekolwiek mojej zmianie, bo myślę, że jedna wyniknęła z drugiej. Nie da się oddzielić jednej sfery od drugiej. Patrzę na to jednolicie. Zmiany prywatne mocno rzutowały na moje podejście artystyczne. Nie próbuję być artystą na siłę, tylko wynika to z mojego podejścia do życia. Poza tym wejście w muzykę spowodowało wyrzeczenie się innych rzeczy, jak chociażby pracy na pełen etat. Ciężko też powiedzieć, żebym prowadził ustabilizowane życie. Nie przynosi to też zapewne zadowolenia mojej mamie. Ta proza życia przekłada się na to, że nie pasowałem do kategorii przeciętnego człowieka, a co za tym idzie odbijało się to w tym, co robię w muzyce. Dobre momenty sprowadzały mnie w dół, żebym znów mógł się podnosić i walczyć o siebie. Ta nieustanna praca nad sobą i poszukiwanie tożsamości muzycznej, to właśnie mój „Psychiczny fitness”.

W poszukiwaniu siebie zapewne pomogli Ci ludzie, których spotkałeś w życiu. Zgodzisz się, że z hermetycznego artysty, zmieniłeś się w człowieka bardziej otwartego? Świadczy o tym fakt, że zaprosiłeś do pracy przy tej płycie znacznie więcej muzyków.

Totalnie się z tym zgadzam. Kilka sytuacji z mojego życia o tym świadczy. Chociażby mój zespół to nie są przypadkowi muzycy sesyjni. Jesteśmy grupą przyjaciół, która ma nadrzędny cel. Chcemy razem wyrazić coś w naszej muzyce, w końcu chcemy, żeby to co robimy niosło jakiś zajebisty przekaz. Kiedy przychodziłem do nich z marnymi szkicami moich pomysłów, oni byli w stanie wyciągnąć z tego coś dla mnie zaskakująco dobrego. Nawet nie marzyłem sobie, że z niektórych moich propozycji można wycisnąć coś tak świetnego. To jest ich kreatywność, ale też pełne zrozumienie o co mi chodzi.

Druga kwestia to mój udział w programie „Hybrydy zderzeń”, w którym gościem była Alicja Majewska. Graliśmy tam cover „Odkryjemy miłość nieznaną” i nasz numer „Chłopiec z papierosem”. Po naszym występie Pani Alicja powiedziała – „nie wiem jak to robicie, bo za wszystko odpowiadacie sami – kompozycje, teksty, aranże, nawet jak wyglądacie na scenie. Ja tylko wychodzę na scenę i śpiewam”. To mną wstrząsnęło i zacząłem o sobie myśleć trochę inaczej. Zmieniła mi się perspektywa widzenia – kim ja jestem, żebym mógł odpowiadać za wszystko co robię? Doceniłem wtedy, że zespół to jest ogromna siła i nie muszę udawać, że wszystko wiem najlepiej, skoro mogę współpracować z ludźmi, którzy rozumieją, o co mi chodzi i potrafią nadać moim wizjom większego sensu.

Zaskakujące jest to, że Alicja Majewska odegrała w Twoim życiu taką ważną rolę.

To są właśnie te niespodziewane spotkania z różnymi ludźmi, którzy zmieniają Twój świat. Najlepiej jest mi teraz, kiedy nie muszę grać. Nawet na płycie starałem się nagrywać jak najmniej partii. Teraz granie w zespole daje mi większą radość, niż wtedy, gdy odpowiadałem sam za wszystko i o wszystkim musiałem myśleć. Życie zaczyna się zatem po trzydziestce i po drugim albumie (śmiech).

Kto z Twojego zespołu miał zatem największy wpływ na to, co wydarzyło się na płycie „Psychiczny fitness”?

Najwięcej o tych utworach rozmawiałem zapewne z Szymonem Siwierskim, bo z nim znam się najdłużej. To on zmienił mi harmonie w utworze „Vulgar”, ale też włożył najwięcej inwencji w powstanie „Piękna”. Najważniejsze jest jednak to, że my już dawno porzuciliśmy ambicje wytykania sobie na zasadzie – „ej, ale pamiętaj to wymyśliłem ja”. Nie zastanawiam się czy riff, który gra Kacper (red. Kacper Budziszewski) jest jego czy mój, a może wymyślił go jeszcze ktoś inny. Nie ma to żadnego znaczenia. Wytworzyliśmy wspólne ego, co jest naszym ogromnym sukcesem. Wszyscy weszliśmy w to razem i to jest bardzo nasze. Do tego doszła praca Pawła Cieślaka, który kreował dalej nasze brzmienie, ale nie zmieniał szczególnie naszych aranżacji. Nawet Kamil nagłaśniający nas na koncertach miał wpływa na to, jak prezentuje się nasza nowa płyta.

 

 

Warto poruszyć też kwestię gości, którzy pojawili się na płycie „Psychiczny fitness”. Jak to się stało, że w „Ogrodniku” zaśpiewał sam Piotr Rogucki?

Nasze drogi przecięły się kilkakrotnie. Udało mi się nawet zagrać – za jego zgodą – support przed jego koncertem. Znaliśmy także tych samych ludzi, chociażby wspomnianego Pawła Cieślaka z Łodzi. Zostałem też zaproszony przez Piotra na koncert Męskiego Grania, gdzie wykonaliśmy wspólnie „Za chwilę przestaniemy świecić”. Później pomyślałem, że może warto się odwdzięczyć i zaproponowałem, żeby to właśnie on dograł tam swoje partie wokalne. Okazało się, że nie tylko się zgodził, ale wykonał coś znacznie więcej. Na początku byłem lekko przerażony, kiedy zadzwonił do mnie i powiedział, że dograł swoje „chorały gregoriańskie”. Kiedy jednak odpaliłem ten kawałek, myślę sobie – „wow, co tu się wydarzyło”! Byłem totalnie zaskoczony jego kreatywnością i rozciągnięciem niektórych harmonii. Zrobił to po swojemu, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Dzięki temu utwór „Ogrodnik” stał się czymś zupełnie innym. I bardzo dobrze.

Inni goście także są ważni.

W „Peryhelium” usłyszymy głos Joanny Bielawskiej. Ten niewielki pierwiastek kobiecy w tym utworze okazał się bardzo ważny. To przecież intymna opowieść o dwójce ludzi. Znowu numer „Fetting” nagrałem sam z Łukaszem Żurkowskim. Znam się z nim od dawna, wiedziałem czego mogę się po nim spodziewać, dlatego nasza współpraca przebiegała sprawnie, ale także zaskakująco.

A szymonmówi w „Pięknie”?

To był numer, który powstał bardzo szybko. Pierwsze pomysły jego nagrania pojawiły się w bardzo trudnym momencie mojego życia. A wszystko wyszło od Szymona Siwierskiego, który wpadł do mnie na przyjacielską rozmowę. I co ciekawe, do tego utworu także brakowało mi kobiecego głosu. Po nieudanych próbach dopasowania kogoś z koleżanek, okazało się, że szymonmówi ma niebiański głos i będzie idealnie pasował. On stał się ciekawym ozdobnikiem i dzięki temu w końcu ma piosenkę, która została wydana (śmiech).

Co uważasz za największy atut albumu „Psychiczny fitness”?

Przede wszystkim to, że w ostatecznym rozrachunku ten album brzmi bardzo organicznie, co nie jest już takie oczywiste w dzisiejszych czasach. Mogliśmy puścić jakiś loop z komputera, a jednak woleliśmy zagrać to samemu. Podoba mi, że album brzmi, jakby został nagrany „na setkę”. To znów zasługa Pawła Cieślaka, o którym wcześniej wspominałem. Podoba mi się, że coś, co było błędem przy nagrywaniu, zostało atutem jakiegoś kawałka. Takie nieoczekiwane wartości dodane stanowią o ważności niektórych momentów, które ułożyły się w trochę dziwną, ale przez to ciekawą treść muzyczną. I to jest super.

Czy do tych dziwnych, ale jakże ciekawych utworów można zaliczyć „NGC 4388”?

Myślę, że tutaj warto odnieść się nie tylko do muzyki, ale też do tekstu. Ja bardzo źle postrzegam ludzkość i miejsce człowieka na Ziemi. Wierzę, że w całym wszechświecie istnieją lepsze, mądrzejsze i mniej spaczone niż my społeczności, a co za tym idzie – istnieje lepsze życie. Myślę, że istnieją gdzieś tam jednostki życia, które nie są zapatrzone w hedonizm kapitalizmu. Nie jestem „antysystemowcem”, ale wiele rzeczy mnie boli i nie podoba mi się, jak człowiek potrafi podążać za czymś złudnym, krzywdząc przy tym innego człowieka. Wtedy miałbym ochotę wsiąść w statek kosmiczny i uciec stąd jak najdalej to tylko możliwe. Szczególnie z tego kraju.

 

Czy to co się dzieje dookoła nas, te nieprzyjemne sytuacje międzyludzkie mają przełożenie na to, w jaki sposób piszesz swoje teksty? W swoich tekstach przecież nie opisujesz w sposób bezpośredni problemów współczesnego świata.

Na pewno wszystko co się dzieje dookoła mnie ma znaczenie, w jaki sposób piszę teksty. Pomimo, że nie wymyślam w nich fabuł, nie odnoszę się bezpośrednio do jakichś wydarzeń, wszystko opisuję słowami, które dotyczą mnie osobiście. Nie czuję, żebym był w wyrażaniu emocji samolubem. Piszę o sobie, ale czuję się jak kula śnieżna, która powiększa się od sytuacji, które dzieją się dookoła nas i ludzi, których spotykam na swojej drodze. Być może moje teksty nie byłyby czasem tak gorzkie, gdybym nie przyklejał do siebie tego, z czym spotykam się na co dzień. Dowodzi temu „Pluszak”, przywołujący osobiste wspomnienia z dzieciństwa, gdy byłem sam. Pluszak kojarzy mi się z dobrymi, ale też złymi sytuacjami. Znajdziemy w tym utworze bardziej osobiste przemyślenia, rozliczam się w nim z demonami przeszłości – brakiem matki, ale też niepewnościami związanymi z byciem z kimś w związku. A to wszystko ma bardziej uniwersalną otoczkę, wyciągniętą z dzisiejszego postrzegania świata.

Czy teksty przyniosły Ci oczyszczenie?

Tak, ale największa ulga przyszła, gdy teksty stawały się finalnymi utworami. Wtedy czułem, że uwolniłem się od nich. To była w pewnym sensie autoterapia. Jedni chodzą do psychoterapeuty, a dla mnie powrotem do zdrowych relacji z samym sobą było pisanie. Kiedy powracałem do tych tekstów, zastanawiałem się nawet – po co ja piszę takie teksty? Dlaczego ktoś miałby je usłyszeć? Na szczęście zapisałem je w dosyć uniwersalny sposób i nikt nie jest ich odebrać w taki sposób, jak ja je odbieram.

A powracanie do nich na koncertach nie powoduje, że otwierasz na nowo niektóre rany?

Zdarzało się nawet tak, że nie byłem w stanie dokończyć utworu podczas koncertu. Tak było swego czasu z „Kolekcją piękności”, którą wykonywałem po rozstaniu. Nie wiem jak będzie z nowymi piosenkami na koncertach, ale pewne rzeczy zostały we mnie na zawsze. Stąd ich wykonywanie na żywo zawsze będzie podsycone emocjami. Nie wiem, może po wielu latach, gdy te utwory zostaną przeze mnie zgrane, będzie mi łatwiej je odbierać. Chociaż nie wydaje mi się. Są emocje, które nigdy nie umierają, a mogą jedynie istnieć w innej formie, w innym odniesieniu do nowych sytuacji.

Komu w ogóle poleciłbyś płytę „Psychiczny fitness”?

Poleciłbym ją ludziom, którzy lubią utwory z drugim dnem. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest płyta popowa, która łatwo wchodzi, dlatego powinni sięgnąć po nią ludzie, którzy chcieliby coś odkryć, którzy lubią poszukiwać, a może nawet odnajdywać się w różnych niewygodnych sytuacjach opisanych w tych tekstach. Poleciłbym ją także tym, którzy lubią słuchać muzyki zagranej przez dobry zespół, bo z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że spotkałem na swojej drodze świetnych, bardzo wartościowych muzyków, ale też fajnych ludzi. Dzięki temu „Psychiczny fitness” jest po prostu dla wszystkich chcących coś przeżyć.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz