Wojciech Ciuraj – “Dwa Żywioły” [RECENZJA]

Nasz ocena

19 sierpnia, w setną rocznicę wybuchu II Powstania Śląskiego, ukazał się kolejny solowy album Wojciecha Ciuraja, zatytułowany „Dwa Żywioły”. Poznajcie naszą recenzję tego wydarzenia.

“Dokładnie w setną rocznicę wybuchu II Powstania oddaję w Wasze ręce album “Dwa Żywioły”, a także klip, promujący to wydawnictwo. Dziękuję Abradab_44 za piękny wkład w ten projekt, a także Rafał Paluszek, który odpowiadał za ten zacny teledysk!!” – jak informuje artysta.

Recenzja płyty “Dwa Żywioły” – Wojciech Ciuraj (2020)

Wojciech Ciuraj to artysta konsekwentny, nietuzinkowy i dojrzały. A swój jeszcze pełniejszy artystyczny przekaz zaprezentował na albumie „Dwa Żywioły”, który jest drugą częścią tryptyku, przedstawiającego historię Górnego Śląska po zakończeniu I wojny światowej.

Bez kontekstu historycznego nie da się dotrzeć do sedna tej płyty. Wszystkie fabularyzowane opowieści stanowią nierozerwalną część całego zamysłu na muzykę, która stała się częścią tych pięciu jakże ciekawych, koncepcyjnych propozycji. Całej historii nie da się przedstawić w kilku zdaniach, ale należy podkreślić, że album ukazał się w setną rocznicę wybuchu II Powstania Śląskiego.

Punkt wyjścia formułuje te szlachetnie brzmiące utwory, które tym razem poprzez swój eklektyzm są bardziej zaskakujące, niż chociażby te na poprzednim krążku „Iskry w Popiele”. Od strony muzycznej jest odważniej, o czym świadczy rozwinięcie niektórych pomysłów, które tym razem nie pobłyskują, a stają się solidnym segmentem tych zaangażowanych piosenek. Artysta nie bał się sięgnąć po rozbudowane projekcje muzyczne, w których znajdziemy rozciągnięte motywy ilustracyjne, vintage’owe klawisze i jazzujące ornamenty z gustownie wplecioną trąbką Piotra Schmidta („Jestem stąd”). W tle wciąż mamy do czynienia z rockiem progresywnym, ale gdzieniegdzie przygasającym na potrzeby innych elementów tej muzycznej wieloznaczności.

Najbardziej szorstki i wyraźniej gitarowy wydaje się otulony mrocznym pejzażem „Andrzej Mielęcki”. Jednak największym zaskoczeniem jest trwająca niemal… 26 minut „Suita Czterech Rzek”. Właściwie to w niej znajdziemy najwięcej motywów, ukrytych smaczków, kolorytu opartego na rockowej ekspresji, ale też niebywałej, zupełnie niewspółcześnie poprowadzonej narracji. Gitarowe niuanse, filmowe obrazy, progrockowe zagrywki, piano, blues, a nawet emocjonalne wokalizy Valyen Songbird. To wszystko tu jest.

A skoro już jesteśmy przy gościach, to trzeba dodać, że w singlowej propozycji pojawia się Abradab, chociaż hip-hopowy podtekst nie jest aż tak wyraźny, co akurat wyszło tytułowemu utworowi na dobre. Jednakże udział rapera jest niezwykle istotny.

Ten album to ważna opowieść, czytelnie zaznaczona historycznymi odniesieniami. I nie należy bać się samemu zmierzyć z „Dwoma Żywiołami”, bo uniknięto zbędnego patosu, który czasem wkrada się w podobne projekty. Warto też dodać, że nie jest to trudna do przyswojenia płyta, chociaż nie mieści się ona w dzisiejszym postrzeganiu muzyki. Może nawet jej klimat bywa nieco archaiczny.

Jednak treść wymogła pewien rozmach. Rockowa poetyka spotkała się tu z zaznaczoną koncepcją, co przy takiej stylistyce i umiejętności jej zobrazowania, wydaje się pomysłem w pełni trafionym. Zwróćcie uwagę na ten projekt i artystę, który nie staje się pierwszoplanową postacią na tym albumie. Głównymi bohaterami są po prostu ludzie i wydarzenia sprzed 100 lat.

Brawo za odwagę i umiejętne wykorzystanie własnego talentu, a także wszystkich zaprezentowanych pomysłów.

Łukasz Dębowski

 

fot. materiały prasowe

Dodaj komentarz