“Ta płyta to osobista historia i powstała z potrzeby serc” – wywiad z Mariuszem Oziem Orzechowskim

„W imię ojców, synów i braci” to debiutancka płyta zespołu „W imię ojców, synów i braci”. Twórcą zespołu jest muzyk, kompozytor i aranżer, Marcin Partyka. Tym razem zapraszamy na nasz wywiad z wokalistą Mariuszem Oziem Orzechowskim.

fot. Neil Burke

Album “W imię ojców, synów i braci” to dosyć nietypowy projekt, bo powstawał na przestrzeni wielu lat. Jak odbiera Pan ten projekt z perspektywy czasu?

Czas w przypadku takich przedsięwzięć przestaje być linearny, ciągły, konsekwentny. Od samego początku, od pierwszej rozmowy z Marcinem Partyką na temat płyty, jestem z nią integralny na poziomie zarówno intelektualnym, jak przede wszystkim – z braku lepszego pomysłu na słowo – duchowym. Dziękuję za to pytanie, bo dzięki niemu odkryłem, że w moim przypadku nie ma i nie będzie raczej mowy o perspektywie czasu. Ja żyję tą płytą w jakiejś niewielkiej cząstce świadomości i podprogowości.

Kiedy zaczęła się w ogóle Pana współpraca z pomysłodawcą i kompozytorem Marcinem Partyką? Czy ten album jest Waszym jedynym wspólnym projektem?

Zamkniętym w płytę – tak, niemniej mieliśmy okazję przeżyć kilka muzycznych doświadczeń w formie koncertów w Polskim Radiu na przykład, czy fantastycznej przygody z festiwalem „Pamiętajmy o Osieckiej”, gdzie Marcin mi w sposób absolutnie fenomenalny zagrał na fortepianie. To chyba, czyli maj 2007 roku, był naszym pierwszym spotkaniem na scenie. Pamiętam, że gdy się poznaliśmy lata temu, w roku 2000, czy 2001, od razu złapaliśmy kontakt i padły już wtedy frazesy (bo to bardzo częste w takich artystycznych enklawach) o ewentualnej współpracy. W końcu się udało.

Na przestrzeni lat te piosenki zapewne się zmieniały. Jak ocenia Pan te utwory w wersji pierwotnej sprzed wielu lat, a jak ich ostateczne wersje? Czy duże różnice są pomiędzy wersjami pierwotnymi, a tymi, które znalazły się na płycie?

Ogromne! Pierwsze wersje były nagrywane u Marcina w domu, w oparach dymu i … oparach, również, absurdu. Marcin robił warstwę muzyczną, posługując się komputerem. Były tam smyki, orkiestry całe, plus kilka, czasem kilkanaście, ścieżek wokalnych. Jestem dumny z tych nagrań, bo Marcin wydobył tam ze mnie dźwięki, do których, nie sądziłem, że jestem zdolny. Niemniej później Marcin zdecydował się uprościć wszystko. Buntowałem się przeciw temu, ale w końcu uznałem, że ma rację. Efekt przeszedł moje oczekiwania.

 

fot. Neil Burke

 

Czy można powiedzieć, że interpretacja cudzych tekstów stanowiła dla Pana wyzwanie? Jeśli tak, co było największym wyzwaniem odnośnie tych utworów?

Nie można tak powiedzieć. Interpretowałem poezję wielokrotnie na przestrzeni trzydziestu ponad lat doświadczenia scenicznego i bardzo to lubię. Dzięki temu nabieram dystansu do swoich piosenek. Tu interpretacją zajął się Marcin – na samym początku powiedziałem mu, by na tej płycie „zagrał” na mnie jak na fortepianie. To nie oznacza, że nie ma tu mojego wkładu, bo jest duży, niemniej dzięki spójnej wizji Marcina efekt jest lepszy, niż gdyby zostawił mi zupełnie wolną rękę. To było chyba jedyne wyzwanie i nie aż tak trudne – wyzbycie się ego i zaufanie Marcinowi i słowu jego taty.

W jaki sposób starał się Pan je interpretować, by wyciągnąć z nich największą wartość? I co właściwie stanowi największą wartość tych tekstów?

Na pierwsze pytanie już odpowiedziałem wcześniej. Wartość tych tekstów to ich głębia. Z początku podzielałem zdanie Marcina, że są trochę grafomańskie. Teraz tak nie uważam. Opowiadają o świecie Jana Partyki, jego rzeczywistości, jego lekturach, codzienności i bólu, którego nadmiernie doświadczył. Nie wszystkie te wiersze są sprawne warsztatowo, myślę, że gdyby dostał taką szansę, może by je zredagował lub napisał nowe, lepsze; niemniej z poezją jest jak z wokalistą – nikt nie uzna Cohena za sprawnego warsztatowo, a przecież jego wokal przeszywa, ujmuje i wprowadza w alternatywną rzeczywistość. Tak samo jest z tą poezją – z każdym czytaniem odkrywam coś na nowo.

Czy są na tej płycie utwory, które Pan odbiera w bardziej osobisty sposób lub z jakiegoś powodu są Panu bliższe?

Mam z tym problem, bo za każdym odtworzeniem podoba mi się coś innego. Teraz myślę, że najważniejszym dla mnie utworem jest podsumowująca płytę „Cholera”. Zaśpiewana dość obojętnie, okraszona pastiszem muzycznym, stanowi dla mnie pozwolenie sobie na naprawdę wszystko, łącznie z rezygnacją i zwątpieniem; jednocześnie przypomina, że gdy dotykasz dna, możesz wybrać – pozostać tam, czy wykorzystać je jako trampolinę do nowego początku.

Jak ocenia Pan sposób realizacji całego projektu “W imię ojców, synów i braci”? Czy przy pracy nad tym albumem starał się Pan przemycać jakieś własne pomysły?

Jak już mówiłem, starałem się zrezygnować z ego i poddać wizji Marcina. Niemniej oczywiście jest tam kilka moich pomysłów na melodię i interpretację, na przykład w „W portowej tawernie” czy „Retrospekcji”. Najważniejsza dla mnie była tutaj pełna symbioza moich głosów z wizją Marcina i grą fenomenalnych muzyków: sam Marcin, Krzysztof Łochowicz, Piotr Domagalski i Jakub Szydło – nie wyobrażam sobie nikogo na świecie, kto zagrałby to lepiej. Pełna surowość, prostota. Wszyscy zrezygnowaliśmy tu z popisów i ekwilibrystyki na rzecz wiarygodności i spójności.

 

fot. okładka płyty

 

W jaki sposób odnajduje się porozumienie z kompozytorem w takim projekcie?

To przede wszystkim wzajemny szacunek i pełne zaufanie. Marcin jest wybitnym kompozytorem, który wyjątkowo mnie porusza. Ma nieprawdopodobne wyczucie piękna i jest fenomenalnym obserwatorem rzeczywistości, którą interpretuje muzycznie w sposób niepowtarzalny. Tu nie było mowy o „szukaniu” porozumienia.

Jest Pan świetnym twórcą muzyki i tekstów. Dlaczego więc zdecydował się Pan wziąć udział w projekcie, który jest częścią cudzej twórczości?

Dziękuję. Przyjaźń i szacunek dla Marcina. Znamienne jest, że żaden z nas, biorących udział w nagraniach, nie robił tego dla pieniędzy. Marcin jest znakomitym muzykiem, ale przede wszystkim wspaniałym człowiekiem i przyjacielem. Wciągnął nas w tę opowieść i w sposób naturalny. Ta płyta jest dla mnie równie osobista i ważna, jak dla Marcina. Poświęciliśmy jej ponad dziesięć lat pracy i emocji.

Czy można powiedzieć, że ten album wypełnia jakąś niszę na polskim rynku muzycznym? Czego najbardziej brakuje Panu we współczesnej muzyce?

Niczego. Wręcz przeciwnie – uważam, że rynek jest przeładowany i dobrą, i kiepską muzyką. Ta płyta to przede wszystkim osobista historia i powstała z potrzeby serc. Nie mieliśmy ambicji wypełniania nisz, to nie jest rola tej muzyki.

Jakie są Pana plany artystyczne? Nad czym obecnie Pan pracuje i czy są jeszcze jakieś projekty, w których chciałby Pan wziąć udział?

Zawsze jestem zainteresowany udziałem w różnych projektach, bo to mnie inspiruje i rozwija. Poza tym, choć na co dzień wolę się zamknąć w mieszkaniu i nieczęsto spotykam się z ludźmi, to w przypadku spotkań muzycznych jestem zawsze szczęśliwy. Ja to po prostu kocham.

Moje plany to dokończenie płyty mojego zespołu z czasów ogólniaka – „Cisza”. Założyłem go z Maciejem Snitkowskim, a kilka lat temu dołączył do nas znakomity raper, Szymon EsDwa Kubas i podjęliśmy próbę nagrań. Dokończenie ich staje się dla mnie coraz ważniejsze.

Oprócz tego od kilku lat pracuję ze znakomitym saksofonistą i wokalistą, Michałem Sosną, z którym gramy w duecie. Gitara, saksofon, dwa wokale, loopery i trochę efektów owocują brzmieniem i przekazem, którego całe życie szukałem. Wypróbowaliśmy już naszą muzykę na publiczności z bardzo zadowalającym efektem i chcemy teraz wejść do studia, a potem ruszyć z graniem.

Oba te projekty to moje teksty i w większości moja muzyka. Dotąd nie nagrałem żadnej płyty, teraz chcę nagrać trzy, bo mam też piosenki, które przez lata grałem sam – chcę je nagrać w prostej formie i choć głównie dla siebie, to chętnie się nimi podzielę z każdym, kto będzie miał odwagę tego posłuchać.

 

Album “W imię ojców, synów i braci” zamówisz tutaj: 

https://sklep.nutkazkropka.pl/produkt/plyta-w-imie-ojcow-synow-i-braci/

Winyl dostępny tutaj:

https://sklep.nutkazkropka.pl/produkt/w-imie-ojcow-synow-i-braci-vinyl/

 

Dodaj komentarz