Czasoumilacz na wiosenne wieczory, czyli recenzja albumu „2011” – Otsochodzi.

Nasz ocena

26 marca 2020 roku premierę miał piąty oficjalny krążek Miłosza Stępnia zatytułowany „2011”. Rapera, którego szersza publiczność zna pod pseudonimem Otsochodzi. Tym razem Miłosz stawia na nieco bardziej wyszukane klimaty, z dobrym, często chilloutowym vibem oraz nadal tym samym, tak bardzo hipnotyzującym flow. Poznajcie całą recenzję tego albumu.

Recenzja płyty “2011” – Otsochodzi (Asfalt Records, 2020)

„2011” to nie jest płyta dla każdego. To nie są klimaty „Nowego Koloru” czy „Slamu”, które przez swoją dużą wyrazistość trafiały w gusta konkretnego słuchacza, nakierowanego na jeden szczególny gatunek muzyczny. Najnowszy krążek to zdecydowanie podróż z dużą dozą sublimacji dla kogoś, kto poszukuje nowych dźwięków, klimatów oraz ciekawych eksperymentów. 

Albumu nie jest na pewno merkantylny. Nic tutaj nie jest robione pod publiczkę. Dostajemy chłopaka na trakach nagrywanych na zajawce, czasami z tekstem niestety lekko odstającym od całej reszty. Brak tutaj pragmatyczności ze strony artysty pod względem różnorodności na płycie, gdzie śmiało można było pójść w stronę klimatu pierwszego singla z tej płyty, czyli utworu „Mów”. Został on na tyle dobrze przyjęty, że cały album mógłby być w tym stylu, co pozwoliłoby mu odcinać od niego kolejne kupony. Janek jednak woli eksperymentować i mimo, iż kolejne numery do tych żywiołowych nie należą, to nawet dla fanów szybkiego, młodzieżowego newschoolu na pewno coś się tutaj znajdzie.

Na płycie brak jakiejkolwiek entropii, każdy utwór ma swoje odpowiednio dedykowane miejsce. Zaczyna się od melodyjnego „Domu”, przechodząc przez sugestywne „Mów”, „Oopsy Daisy” oraz „Czego?!” po to, aby za chwilę wpaść w sidła narastającej nostalgii za pomocą „Między nami”, „Wszystko co mam”, „Ocean Blue” oraz chwytliwego „Pada”. W drugiej części krążka napotkamy „Kevina”, którego wers „Zostańmy dzisiaj w domu” przypadkowo stał się najbardziej aktualną częścią tego wydawnictwa.

Poza nim usłyszymy ujmujące melodie i wokale w „Mówią (2020)” i „Póki co”, a także gitarowy, dynamiczny „Warsaw Local Boy”. Znajdziemy też utrzymany w oldschoolowym klimacie kawałek „$ Class”, który nawiązuje do klimatów „Slamu”, czy „Nigdy już nie będzie jak kiedyś”. Ten numer zdecydowanie stał się trafnym uzupełnieniem albumu „2011”, zachowując konwenans starej szkoły oraz pozwalający uwypuklić układ holistyczny całego krążka. Wszystko kończymy utworem „WW”, czyli jednej z lepszych produkcji na tej płycie. Rozsądne umieszczenie go na samym końcu krążka na pewno stało się idealnym bodźcem do ponownego odtworzenia całego albumu.

Jedynym numerem, który można ogłosić mianem faux pas tego albumu to „5AM IN Greece”. Tutaj, albo to ja się mijam z zamierzeniami Janka, albo on puścił coś, co nie do końca trzyma poziom tego wydawnictwa. To minutowe wprowadzenie do dalszej części albumu z wersami „Mogę zgarnąć nam więcej/ Polecimy gdzie zechcesz/ Nie mów nic” można było sobie odpuścić. Niestety niczego one nie wprowadzają.

Analizując to wydawnictwo na pewno można być zadowolonym. Całość zamyka się w ambitnych klimatach skierowanych do bardziej wymagającego słuchacza. Pojedyncze utwory są namiastką poprzednich albumów Janka. „Wszystko co mam” to utrzymanie klimatów znajdujących się na albumie „Miłość”, utwór „Oopsy Daisy” brzmi jak nawiązanie do „Nowego Koloru”, a „$ Class” to jak hołd oddany „Slamowi” wydanemu w 2016 roku. Enigmatyczność wprowadza pytanie, czy był to zabieg celowy, gdyż artysta wypowiadał się, że niczym się nie inspirował produkując ten album.

Młody Jan poszerza tym samym środowisko muzyczne. Tym razem trafiło w większości na nieco bardziej melancholijne kompozycje, gdzie momentami Janek potrafi nam zaśpiewać kolejne wersy, a nie “tylko” zarapować. Do uzupełnienia swojej wizji zaprosił muzyków wnoszących bardzo dużo własnego vibu. Ponownie dostajemy anielski głos Rosalie., która pojawiła się już na albumie „Miłość”. Okiego w maszynowej nawijce ośmiu wersów, Szopena w zadziwiająco dobrej formie (chłopaku rób teraz album!), śpiewającego Juliana Uhu oraz Young Igiego w klasycznej dla siebie zwrotce. Igor nie pokazał tutaj niczego nowego, jest to klasyka z jego solowych albumów. Nie oznacza to, że ten featuring jest zły, bo naprawdę dobrze się go słucha.

Album jest dobry na wieczory, wprowadza klimat pozwalający zrelaksować się i porozkminiać, chociaż teksty nie są aż tak absorbujące (to plus i minus). Muzycznie jest przyjemnie, tak jakby Janek chciał sobie i nam wszystkim umilić te wiosenne dni. Myślę jednak, że drugie dno znajdziemy w tych utworach dopiero, gdy nastaną letnie wieczory. Może wtedy ta muzyka będzie się z czymś idealnie komponować. Czy album „2011” po pierwszych odsłuchaniach nie stanie się tylko zakurzonym egzemplarzem na naszej półce? Przekonamy się o tym za parę miesięcy.

Mateusz Kiejnig

 

Dodaj komentarz