“Paganini jest moim mentalnym mentorem i najważniejszą inspiracją” – nasza rozmowa z Mariuszem Patyrą

„No.24” to album wybitnego wirtuoza skrzypiec Mariusza Patyry z towarzyszeniem orkiestry Sinfonia Viva. Jest on jedynym Polakiem, który zwyciężył w prestiżowym konkursie „Premio Niccolo Paganini”(2001r. Genua, Włochy). Z okazji wydania tej płyty mieliśmy okazję zadać artyście kilka pytań.

fot. okładka płyty

Na przestrzeni Twojej wieloletniej działalności artystycznej nie pojawiło się wiele płyt. Dlaczego?

Nie wydałem ich, bo nie dostałem rozsądnych warunków, które sprzyjałyby ukazaniu się płyty. Faktycznie moje ostatnie dwa albumy ukazały się w 2008 roku. I niestety nie można ich już nigdzie kupić. Dlatego bardzo się cieszę, że w końcu jest moja nowa płyta, która pojawiła się w normalny sposób, dzięki wsparciu mojej obecnej wytwórni Agora. A takie wsparcie jest bardzo ważne, bo wydawca musi dbać, żeby płyta nie znikała z rynku, skoro jest na nią zapotrzebowanie. A tak było w przypadku moich poprzednich wydawnictw, których już nigdzie nie można znaleźć.

To, że wygrałeś jako jedyny Polak w prestiżowym konkursie „Premio Niccolo Paganini” we Włoszech jest ogromnym osiągnięciem. Od 2001 roku wziąłeś jednak udział w wielu projektach artystycznych i czy nie jest tak, że ta wygrana jest trochę „przekleństwem”, bo za każdym razem powraca się do tego, przykuwając mniejszą wagę do Twoich kolejnych dokonań?

Moje nazwisko zawsze jest przypinane do Paganiniego. Z tego powodu faktycznie ciąży na mnie pewna odpowiedzialność. Już samo połączenie nazwisk Patyra-Paganini stwarza jakieś ogromne oczekiwania. Tym samym publiczność kupująca bilet na koncert oczekuje, że będzie on przynajmniej nadzwyczajny. Nawet pojawiły się kiedyś takie plakaty reklamujące koncert – „Mariusz Patyra – koncert nadzwyczajny”. To wywiera na mnie presję, bo ludzie są nastawieni, że trzeba dać im coś wyjątkowo dobrego. Stanowi to pewne obciążenie psychiczne, ale przed wyjściem na scenę nie myślę o tym. W końcu doskonale wiem po co wychodzę na scenę. Całe życie ciężko pracowałem na to, żebym mógł robić to co robię najlepiej jak potrafię. Moja praca jest spełnieniem marzeń, więc nie mam z tym większego problemu, że zawsze będę utożsamiany z tym konkursem, a co za tym idzie oczekiwania publiczności będą ogromne. To jest mój świat.

Czy jesteś artystą spełnionym?

Czuję, że od wielu lat mam dobrą passę. Świadczy o tym fakt, że daję koncerty, które mają spore zainteresowanie, a dodatkowo każdy z nich kończy się owacjami na stojąco. Czego mogę chcieć więcej? Oczywiście mam wiele planów i marzeń, ale w takim podstawowym wymiarze jestem całkowicie spełniony. Najwyższe uznanie ludzi daje wiele pozytywnych wrażeń, ogromną satysfakcję i szczęście. Nie da się tego kupić za żadne pieniądze. To jest nie do opisania. Wszystko wiąże się z pewnym wysiłkiem. Po koncertach mam tak zwany zjazd emocjonalny, bo jednak na scenie muszę być czujny i cały czas pracuję na pełnych obrotach. Niemniej to jest ogromna satysfakcja, która ładuje moje baterie. W moim życiu artystycznym, ale też osobistym wszystko układa się idealnie stąd mogę powiedzieć, że jestem spełnionym nie tylko muzykiem, ale też po prostu człowiekiem. Spełnieniem jest także wydanie nowego albumu „No 24”.

Jak wybiera się w ogóle repertuar na taki album, gdzie są różne utwory wielu kompozytorów?

Wyboru tak naprawdę dokonała publiczność. Obserwując ją na koncertach, ich reakcje i przeżycia, wyselekcjonowaliśmy te kompozycje. Kilka lat zbierałem pomysły na ten album. Pierwsze zajawki podsunął mi Krzysztof Herdzin, z którym nagrałem ten album. To on powiedział, żebym wybrał sobie ulubione kompozycje i on mi je rozpisał. Zrobił to w sposób fenomenalny. Pierwsze koncerty jakie wspólnie graliśmy prowadził właśnie Krzysztof, podczas których opowiadał wiele historii o kompozytorach i poszczególnych utworach. Potem obserwowaliśmy reakcję ludzi i tak wybraliśmy ostateczny repertuar. Wiedziałem, że chcę je zarejestrować i chociaż nie było łatwo, bo pojawiły się po drodze różne problemy, to udało się dokończyć realizację tego projektu. Dzięki wielu ludziom, w tym mojemu managerowi i wytwórni ukazała się płyta, będąca esencją tego, co chciałem na niej zawrzeć. Warto zwrócić uwagę, że jest też piękna od strony czysto fizycznej.

fot. materiały prasowe

Czy Paganini wciąż pozostaje najważniejszym Twoim kompozytorem?

Owszem, to prawda. Stąd nieprzypadkowy tytuł płyty „No 24”, będący odniesieniem do najsłynniejszego kaprysu Paganiniego. Zresztą ta kompozycja jest w moim życiu nieśmiertelna, bo od wygrania konkursu cały czas mi towarzyszy. Na albumie znalazły się jej dwie wersje. Pierwsza w aranżacji wspomnianego wcześniej Krzysztofa Herdzina i druga – zamykająca płytę – oryginalna. To jest w ogóle kultowa pozycja w historii muzyki, bo była inspiracją dla wielu innych twórców. Paganini jest moim mentalnym mentorem i najważniejszą inspiracją. Dzięki niemu rozumiem do czego dążę jako artysta i jaki w życiu jest mój cel. Z dumą wspominam fakt, że jako jedyny Polak wygrałem w konkursie Paganiniego.

Czy biorąc udział w tym konkursie czułeś, że możesz sięgnąć po najwyższą nagrodę?

Ja w ogóle jechałem na ten konkurs z założeniem, że ostatni raz biorę udział w czymś takim. Wiele lat minęło zanim w ogóle byłem w stanie przebić się do miejsca, w którym było możliwe zakwalifikowanie mnie do takiego konkursu. Już jako 17-latek brałem udział w pierwszym tego typu konkursie. Potem były kolejne. Poprzez praktykę, przyglądaniu się jak wyglądają takie „zawody” konkursowe nabrałem doświadczenia. To trochę jak przygotowania do olimpiady. Nie od razu się cokolwiek wygrywa. Ponieważ miałem już wiele konkursów za sobą, wiedziałem, że ten będzie moim ostatnim. Byłem już zmęczony taką formą rywalizacji. Czułem jednak przed tym najważniejszym wyzwaniem, że mam w sobie ogromną moc i determinację. Poza tym byłem świetnie przygotowany. Chociaż od strony czysto psychicznej nie najlepiej się wtedy czułem, bo w życiu osobistym byłem po rozstaniu.

Podobno artysta nieszczęśliwy jest najbardziej kreatywny. W Twoim przypadku też to się sprawdziło.

To prawda. Im bardziej byłem nieszczęśliwy, tym więcej żalu wlewałem w swoją grę. Nadało to dodatkowej wyjątkowości. W takim momencie artysta staje się mocniejszy w swojej pracy. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że to na pewno przysłużyło się do wygrania tego konkursu. Zła kondycja psychiczna wyzwoliła dodatkową energię, którą mogłem podzielić się ze słuchaczami. Widocznie moje granie było wtedy jeszcze bardziej przejmujące. W końcu technika to jedno, a emocje to rzecz może nawet ważniejsza. Szczęśliwie skończyło się to tak, że dziś ta kobieta jest moją żoną (śmiech).

Jakie mógłbyś wskazać po konkursie ważne dla Ciebie wydarzenia w swojej karierze?

Całe moje późniejsze życie artystyczne było dla mnie ważne. Każdy koncert od Stanów Zjednoczonych, Japonii, aż po Meksyk był na swój sposób istotny. Objeździłem całą Europę, a w szczególności Włochy. Nie ma to jednak nic wspólnego ze zwiedzaniem świata, bo najwięcej widziałem lotnisk i hoteli (śmiech). Jestem wdzięczny losowi, że mogłem koncertować na całym świecie. Na pewno ważnym doświadczeniem były dla mnie koncerty w Japonii. Razem z nimi przyszła moja fascynacja nowym światem, kontynentem totalnie różnym od chociażby Europy. Jednak każdy koncert jest wyjątkowym przeżyciem i wspomnieniem, który daje mi kolejne nowe doświadczenie. Na pewno ważna była dla mnie współpraca z włoskim wirtuozem skrzypiec Salvatore Accardo. Głęboko zapadło mi także w pamięci poznanie Zbigniewa Wodeckiego.

Obecnie bierzesz udział w serii koncertów Wodecki Twist. Te koncerty to także dla Ciebie istotne wydarzenia?

Już samo to, że staję na jednej scenie z tak wybitnymi artystami jak Alicja Majewska i Włodzimierz Korcz świadczy o tym, że są to dla mnie ważne koncerty. W końcu oni od zawsze byli blisko Zbigniewa. Wodecki był zresztą jedynym skrzypkiem, który tak bardzo mnie cenił jako artystę. To on często słuchał jako pierwszy moich kolejnych dokonań. Sprawiło to, że zaprzyjaźniliśmy się i był dla mnie autorytetem, a także mentorem.

A co mógłbyś powiedzieć o Zbigniewie Wodeckim jako artyście?

Był przede wszystkim ogromnym estetą. Analizowałem jego artystyczne dokonania pod tym kątem. Zbyszek Wodecki był profesjonalistą, ale też poetą, co dało się wyczuć także w grze na skrzypcach. Do tego miał nieskazitelną intonację jako piosenkarz. Niewielu jest takich artystów. Wymagało to słuchu absolutnego i taki dar niewątpliwie Zbigniew posiadał. Oprócz tego wymagało to od niego ogromnych nakładów pracy. Bo talent to jedno, a taka perfekcyjna intonacja musiała kosztować go także wiele zaangażowania i ogromnego wkładu pracy. Warto zauważyć, że wielu artystów wykłada się na jego piosenkach, gdyż tylko Zbyszek potrafił je śpiewać we właściwy sposób. Jego pielęgnowanie intonacji i ciągłe pilnowanie dźwięku wynika właśnie z tej pracy, ale też niepowtarzalności, a raczej wyjątkowości jego charyzmy. To, że był skrzypkiem sprawiało, że był doskonałym artystą. Podobną intonację ma doskonała Alicja Majewska.

Ty jako artysta ze słuchem ponadprzeciętnym jesteś w stanie usłyszeć potknięcia swoich kolegów z branży? Czy w ogóle takie rzeczy zdarzają się w muzyce klasycznej?

Może to będzie zaskoczenie, ale tak, zdarzają się i to nagminnie (śmiech). Większym zawodem może być jednak sytuacja, kiedy wykonawca z innej szufladki muzycznej wykonuje coś z playbacku i kasuje za to duże pieniądze. A artysta klasyczny wkładając dużo pracy w to co robi, zarabia nieadekwatnie do tego kogoś, kto po prostu idzie na łatwiznę. Pewne rzeczy są niewymierne. Nie jest to jednak w żaden sposób dla mnie frustrujące, bo ja po prostu uwielbiam swoją pracę, a także ciągłe doskonalenie siebie.

Jak w tak perfekcyjnej technice odnaleźć miejsce na magię, o której napisał w książeczce do Twojej płyty Jacek Cygan?

W repertuarze mam wiele utworów lirycznych, można powiedzieć nawet, że tkliwych. Do nich zalicza się chociażby „Nocturne C Sharp Minor” Chopina. To jest bardzo osobliwa propozycja nie tylko dla Polaków, bo jak wiemy wiele kompozycji Chopina stało się również klasyką na całym świecie. Na mojej płycie znalazła się też piękna opowieść miłosna Josepha Suka – „Chanson D’Amour”. Zamiast słów mamy tutaj dźwięki, które są wyjątkowo piękne i dzięki specyficznej melodyce opowiadają nam pewną historię. Stąd magia wypływa z nich samoistnie. Weźmy pod uwagę, że gram dla ludzi, którzy nie mają wykształcenia muzycznego. Oni odbierają muzykę intuicyjnie i bardzo emocjonalnie. Albo im się coś podoba, albo nie. Jeżeli na tych ludzi działają te utwory poprzez magię wypływającą z mojej gry, ale też z genialności tych kompozycji, to jest pełnia szczęścia. Na tej płycie została uchwycona moja wrażliwość, wnętrze i przełożenie magii na skrzypce. A skoro działała ona na ludzi poprzez koncerty, to jestem pewien, że podobne działanie ma ten album. Wszystko nagrałem, z takim samym zaangażowaniem, jakby to było na żywo. Dla tych wszystkich ludzi, do których od lat trafia moja muzyka.

Ponoć obok Paganiniego bardzo cenisz sobie twórczość Mozarta. Czy to prawda, a jeśli tak, to dlaczego nic z jego bogatej twórczości nie znalazło się na tej płycie?

To prawda. Mozart także był geniuszem. On jest źródłem inspiracji i podobnie jak Bach był biblią muzyki. Nawet Zbyszek Wodecki nawiązywał do Bacha, bo jak się nauczysz grać Bacha, to możesz zacząć grać inne rzeczy. Zaraz za Bachem należy ustawić Mozarta. On jest natchnieniem do specyficznej wrażliwości. Mozarta można dziś porównać do Michaela Jacksona. W ich twórczości nie ma żadnych przypadkowych sytuacji muzycznych, wszystko musi być w punkt dokładnie zaprezentowane. Całość każdej kompozycji musi być na najwyższym poziomie. Mozart był w swoim czasie królem popu. Nie ma go w tym repertuarze, chociaż mam na niego pomysł w przyszłości. Mozart to jest opera bardzo czysta. To trochę inna bajka i może nie do końca pasowałby do tej płyty.

Na czym polega popularność niektórych skrzypków, którzy tworzyli na przestrzeni lat np. Vanessy Mae, która sprzedała miliony płyt?

Przede wszystkim fantastycznie poruszała się na scenie (śmiech). Nie ukrywajmy, że słuchanie muzyki odbywa się także wizualnie. A ona świetnie się na tym polu sprawdzała. Piękna, młoda, z egzotyczną urodą, która przy okazji grała na skrzypcach. Ona była też jedną z pierwszych, grających na skrzypcach elektrycznych.

Skandaliczne jest natomiast prezentowanie muzyki klasycznej na najniższym poziomie, co robi na przykład tzw. „Król Walca”. Nie będę przytaczał nazwiska. Na szczęście kilka lat temu pojawił się na rynku David Garrett, który potrafi grać na skrzypcach. Szkoda, że Polska nie wypromowała żadnego artysty na skalę światową, bo przecież mamy wielu wspaniałych artystów, których świat mógłby nosić na rękach.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski

 

Dodaj komentarz