“Daję muzyce i sobie przestrzeń” – nasza rozmowa z Asią Pyrek – Mariposa

Album Mariposa „Efekt Motyla” został nagrany w legendarnym studiu EGREM w Hawanie i ukazał się pod naszym patronatem medialnym. Z tej okazji mieliśmy okazję zadać wokalistce kilka pytań.

W nagraniu płyty udział wzięli najlepsi muzycy afro-kubańskiego stylu: członkowie zespołów Buena Vista Social Club (Amadito Valdés), Afro-Cuban All-Stars, Chucho Valdés. Gościnnie wystąpiła Urszula Dudziak i kubańska diva operowa Milagros de los Ángeles Soto.

fot. Iwona Wojdowska

Twoja płyta „Efekt Motyla” jest efektem podróży. Czy to znaczy, że nie nagrałabyś całej płyty, gdyby nie podróże i miejsca, do których one Cię doprowadziły?

Nigdy do końca nie wiesz, co by było gdybyś żył inaczej. Moje życie to podróże, więc w naturalny sposób świat jest miejscem, w którym żyję, uczę się i tworzę. Nie mam pojęcia, jak wyglądałoby moje życie, gdybym była osadnikiem.

„Efekt Motyla” to płyta o poszukiwaniu i odnajdywaniu szczęścia. Czy czujesz, że jesteś już w takim miejscu, że odnalazłaś swoje szczęście, które zamknęłaś w tych piosenkach?

Według mnie szczęście to stan umysłu, dzięki któremu patrzysz na świat z zachwytem i czerpiesz radość z tego, co dostajesz. Nie czekasz, aż rzeczywistość dopasuje się do twoich oczekiwań i nie narzekasz na to, że życie wygląda inaczej niż byś chciał. Taki stan osiągnęłam. Potrafię cieszyć się małymi rzeczami, a tak zwane problemy traktuję jako zadania i co być może najważniejsze – wiem, co lubię i potrafię „robić sobie dobrze” – czyli spędzać czas w sposób, który napełnia mnie pozytywną energią.

Przyjmuje się założenie, że artysta szczęśliwy jest mnie twórczy. Skąd więc w Tobie tyle twórczej energii, którą łatwo wyłapać w piosenkach „Efekt Motyla”?

Od dziecka słucham siebie i robię to, na co ochotę w danym momencie. Przez 10 lat grałam na bębnach praktycznie codziennie. Wcześniej przez 9 lat pracowałam w show-biznesie. Miałam też kolejno etapy tworzenia muzyki filmowej i bawienia się głosem, jak instrumentem – śpiew gardłowy, improwizacje, chór „cirle singing” – bez słów, bez koncepcji, bez struktury. A potem któregoś dnia – zaczęłam śpiewać piosenki i od tamtego czasu same pojawiają się słowa i melodie. Daję muzyce i sobie przestrzeń i czuję, że jestem odkrywcą swoich możliwości, że to ciekawość prowadzi mnie na kolejne poziomy. I tak naprawdę sama przyjemność obcowania z muzyką jest jedynym powodem, dla którego ją wybieram.

fot. Iwona Wojdowska

Co stałoby się z Tobą, gdybyś nie podjęła kiedyś pewnego ryzyka wyrwania z szarej rzeczywistości i nie rozpoczęła poszukiwań inspiracji poprzez podróże?

Tego nie wie nikt, ale pamiętam jak to wszystko się zaczęło. Gdy miałam 11 lat – wyjechałam na kolonie. Nowe miejsce – las, jezioro i masa nieznanych osób dały mi możliwość doświadczania nowych rzeczy. Wtedy otworzyły się drzwi do ciekawego i intensywnego życia, a trzy tygodnie wystarczyły, bym zmieniła nawyki i dokładnie tak zaczęła się moja życiowa przygoda. Rok później sama zaczęłam jeździć na koncerty po Trójmieście, potem dla muzyki dalej w świat. Ale jestem przekonana, że nie trzeba jeździć daleko, by się rozwijać. Można siedzieć w jednym miejscu i pogłębiać swoje zainteresowania. Nie każdego „kręci” nieznane i „tułaczka”. Wiele cennych i rozwijających rzeczy można mieć na miejscu i za darmo: spotkania z przyjaciółmi, czytanie książek, spacery, słuchanie muzyki, taniec. Dostęp do wiedzy i tego, co stworzyli inni jest teraz praktycznie nieograniczony, a samo podróżowanie tanie i proste.

W swoich tekstach poruszasz tematy, które dotyczą nas wszystkich i nie zawszą są one optymistyczne. Czy można uznać teksty jako pewną przestrogę przed schematem życia, który wielu ludziom nie przynosi w żaden sposób radości?

Jest jedna rzecz, która naprawdę przeszkadza nam w dochodzeniu do szczęścia – to, że nie słyszymy siebie. Od dziecka uczy się nas, że ktoś wie lepiej. Oczywiście – ludzie mają wiedzę i warto się od nich uczyć – ale na tematy związane ze światem. Natomiast to, kim ja jestem i co mnie cieszy jest dostępne tylko dla mnie. Więc gdybyśmy zadawali sobie pytania: „Co naprawdę czuję?”, „Co mnie cieszy?”, „Jak będzie wyglądało moje życie, jeśli to wybiorę?” – to byśmy wiedzieli o sobie wszystko.

Rutyna jest wrogiem radości i kiedy czujesz, że zasypiasz i że zaczynasz działać z „auto-pilota” – to najlepszy moment, by się rozejrzeć za czymś, co znów otworzy Ci oczy i pobudzi do działania i rozwoju. Bo jeśli sam siebie nie słyszysz, to zdarza się, że idziesz z błędnym kierunku – jesteś nieszczęśliwy i tracisz bezcenny czas, czyli swoje życie. A kiedy próbujesz różnych rzeczy i jesteś uważny, to prędzej, czy później odkrywasz swoją ścieżkę. Odczuwanie radości, kiedy o czymś myślisz jest sygnałem, że to coś da Ci więcej radości. A kiedy przekonujesz samego siebie, żeby coś zrobić – bo wypada, bo warto – ale na samą myśl o tym czujesz się przygnębiony, to jest to informacja, że taka właśnie energia tam Cię spotka. Kiedy słuchasz swoich odczuć, to wybór najlepszej ścieżki jest naprawdę prosty.

Jesteś przykładem człowieka, że nie ma w życiu rzeczy niemożliwych. Czy to znaczy, że rozpoczynając nową podróż swojego życia, od początku miałaś ściśle określony cel swoich działań?

Od dziecka kochałam muzykę i podświadomie wiedziałam, że chcę blisko niej, ale nie mogę powiedzieć, żebym kiedyś miała tu jakiś życiowy cel. Idę przed siebie i doświadczam – działam i sprawdzam, gdzie otwierają się drzwi. A kiedy pojawiają się pomysły – pytam samą siebie, jak mogę je zrealizować. Jestem wytrwała, ale mam też pokorę. Potrafię odpuścić i zmienić kierunek, by znaleźć się w takim miejscu, gdzie pomaga mi świat i rzeczy dzieją się niejako „same”.

Na Twoje płycie współpracowałaś m.in. z Amadito Valdesem (Buena Vista Social Club). Jak przekonałaś jednego z najciekawszych artystów świata do współpracy?

Wydaje mi się, że Kubańczyków „wzięłam przez zaskoczenie” – jako szalona kobieta z Polski, która szuka muzyków do swojego „projektu o szczęściu”. Byłam tak pozytywnie nakręcona, że chcę wyśpiewać, że życie może być piękne i magiczne, że po prostu zarażałam ich swoim entuzjazmem. Mogę więc powiedzieć, że samo szczęście przekonało Amadito i innych do zagrania na mojej płycie – sam fakt, że można realizować marzenia i cieszyć się życiem.

fot. Milo Septien

Trzeba wspomnieć także o polskim gościu na tej płycie Urszuli Dudziak, z którą macie dużo wspólnego, bo ona tak jak Ty jest w pewnym sensie „ambasadorką świata”. Jak Urszula znalazła się na Twojej drodze?

Znamy się z Ulą od kilkunastu lat. Bardzo się lubimy. Marzyłam, by Ula zaśpiewała „głosy w mojej głowie” w jednym z utworów. Wiedziałam, że jest do tego idealna. Przesłałam jej nagranie, a ona zgodziła się i sama zapytała, czy mam dla niej jeszcze jakąś inną piosenkę. Dlaczego? Po prostu spodobała jej się muzyka i tematyka płyty. Gdybym nie zapytała – na pewno na płycie nie byłoby ani Urszuli Dudziak, ani innych fantastycznych muzyków z afro-kubańskiej sceny. Pytajmy! Nigdy nie zakładajmy, że się nie uda.

Ważną postacią była także śpiewaczka operowa Milagros de los Ángeles Soto. Nie bałaś się, że takie zderzenie muzyczne może być dosyć ryzykowne? Czy w ogóle miałaś jakieś obawy związane z nagrywaniem tego albumu?

Kiedy robisz coś z potrzeby serca, to głowę i produkowane przez nią wątpliwości i obawy odstawiasz na dalszy plan. W moim odczuwaniu Milagros idealnie pasowała do utworu „Nadmiar”.

Jako autorka tej płyty muszę tu podkreślić, że ja współpracuję z muzyką – ja dla niej pracuję. „Słuchałam się” więc każdego utworu i pytałam: „Kim jesteś?”, „Co mogę dla ciebie zrobić?”. Starałam się najlepiej jak potrafię wyrazić energię poszczególnych piosenek i całości, bo przekaz tej płyty wydawał mi się najważniejszy i dla niego szukałam najlepszych środków.

To właśnie z tego „słuchania się” wypłynęła ta radosna i elegancka afro-kubańska muzyka. Dzięki temu też pojawili się niesamowici soliści – Amadito, Urszula i Milagros. I zmysłowe głosy Reya Ceballo w utworze „Męskość przy kobiecości”. I Julito Padron w „Życie warte przeżycia”.

Sama jestem zdumiona, co można zrobić, kiedy dajesz się prowadzić „wewnętrznemu głosowi”. Kiedy zaczęłam słyszeć piosenki – zgodziłam się na nie, ale nie wiedziałam, jakie będą konsekwencje tej zgody. Stworzyłam cały materiał sama, a potem, kiedy mieszkałam na Karaibach i poleciałam na Kubę, to w Hawanie usłyszałam: „Tu masz nagrać płytę”. Zaczęłam więc szukać muzyków i 10 dni chodziłam po klubach. Przysłuchałam się, jak grają i starałam się ich poczuć. Szłam za impulsami – wchodziłam wszędzie tam, gdzie chciały zaprowadzić mnie nogi. Tak poznałam Milagros i Amadito, a ostatniego dnia tuż przed wylotem z Kuby został mi przedstawiony Niño (Rolando Salgado Palacio) – jeden z najlepszych afro-kubańskich kongistów, który grał w Afro-Cuban All Stars przez 20 lat. To on zebrał dla mnie grupę swoich najlepszych przyjaciół – wybitnych muzyków afro-kubańskiej sceny muzycznej.

Miałam ogromne szczęście, bo Kubańczycy czują muzykę sercem. Oni dosłownie „zczytali” ze mnie poszczególne utwory i zagrali je tak, jak sama muzyka chciała być zagrana.

Co byłoby teraz dla Ciebie miarą sukcesu jeśli chodzi o płytę „Efekt Motyla”?

Chciałabym, żeby ludzie dali sobie godzinę i choć raz wysłuchali całości na raz.
Że to taka płyta, jak książka lub film.

Powiem nieskromnie – czuję, że ta płyta może zmienić świat na lepsze, przypominać nam wszystkim, że możemy mieć wspaniałe życie – że to kwestia decyzji, świadomego działania i czasu. Nigdzie nie musimy dochodzić i na nic zda się uciekanie przed sobą. Jesteśmy „tu i teraz”. Więc jakby to było, gdybyśmy zaczęli świadomie korzystać z tego, co się z nami i dla nas dzieje w każdej chwili? Tak więc – jeśli zobaczę na ulicy więcej uśmiechniętych ludzi, którzy z ciekawością i życzliwością wchodzą ze sobą w kontakt, będzie to dla mnie największy sukces. Już dziś – za każdym razem, kiedy dowiaduję się, że ta płyta otworzyła komuś serce, lub głowę – jestem szczęśliwa.

Sukcesem będzie szczęście – więcej spełnionych marzeń i radości na tej pięknej planecie.

fot. Iwona Wojdowska

Wydałaś ten album bez wsparcie wytwórni. Czy to znaczy, że nie znalazłaś zainteresowania muzyką w polskiej branży? Czy od początku chciałaś wszystko robić sama, na tylko swoich zasadach?

Mieszkałam na Karaibach, kiedy zaczęłam pracę nad płytą. Nie szukałam wytwórni. Poszłam za impulsem. Jak wcześniej mówiłam – na bieżąco pytałam, jaki mam robić kolejny krok – więc, poza samą muzyką, nie chciałam, żeby ktoś mi mówił, jak mam tą płytę nagrać lub wydać. Ale to nie znaczy, że wszystko wiem najlepiej. Wręcz przeciwnie – płytę współtworzyli muzyczni wirtuozi – zrobiłam miejsce dla nich, by zagrali z serca – tak jak sami to czują. Przy tworzeniu albumu kluczowa była współpraca z afro-kubańskimi aranżerami w Hawanie i z muzycznymi producentami z tamtego świata, jakimi są tu w Polsce Rey Ceballo i Sergio Pinilla.

Słuchając Twojej płyty wydaje się, że w życiu potrzebny jest nieustanny ruch. Skoro zamknęłaś już płytą „Efekt Motyla” pewien etap, jakie są Twoje kolejne plany?

Koncerty.

Blog o szczęściu.

Film dokumentalny o transformacji z muzyką z płyty (część materiałów do filmów już jest nakręcona przez znakomitego dokumentalistę Pawła Ferdka, z którym byłam na Kubie na początku roku).

Planuję wydać album na Kubie, bo to najlepsze miejsce dla afro-kubańskiej muzyki, żeby mogła stamtąd powędrować na cały świat.

Prowadzę warsztaty rozwojowe i muzyczne.

Co jeszcze?

Stworzyłam w Warszawie improwizowany chór „Mariposa Circle Singing” (tej metody uczyłam się od Bobbiego mcFerrina) i jestem otwarta na współpracę z ludźmi w całym kraju, którzy chcieliby też takie chóry prowadzić, żeby rozśpiewywać i integrować swoje środowiska.

Czuję, że to się będzie działo w najbliższej przyszłości, ale otwieram się na wszystko, co jest możliwe i wykracza poza moją obecną wiedzę i wyobrażenia 🙂

 

Płytę można zakupić pod linkiem: https://asiapyrek.pl/efekt-motyla/#kup-plyte

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz