“Nie kalkuluje się pewnych rzeczy, bo można stracić własną wiarygodność” – nasza rozmowa z Krzysztofem Kreftem

Od premiery najnowszej płyty Krzysztofa Krefta pt. “Letters I’ll Never Send” minęło już kilka miesięcy. Mieliśmy okazję porozmawiać z Krzysztofem o ostatnim albumie i planach na przyszłość.

Pochodzący z Gdyni wokalista ma za sobą pracę w musicalu, brał udział w konkursach poezji śpiewanej, śpiewał w chórze, a nawet na scenie rockowego festiwalu.

Twoje dotychczasowe albumy ukazywały się dosyć szybko, bo rok po premierze pierwszej pojawiła się kolejna, a niedawno mogliśmy usłyszeć już coś zupełnie nowego. Utwór “Lustro” zwiastuje kolejną Twoją płytę?

Ten utwór to jest wyjątkowa sytuacja. To był prezent, ale piosenka właściwie napisała się sama, prosto z serducha. Opublikowałem ją dokładnie w Dzień Matki. Myślę, że pojawi się on jako bonus na kolejnej płycie, nad którą cały czas pracuję. Chciałbym jesienią wydać pierwszy oficjalny singiel promujący nowy album.

Jednocześnie zakończyłeś promocję drugiej płyty piosenką “Słowa Klucze”, którą wybrałeś na singiel. Dlaczego nie nagrałeś do niej teledysku?

Pierwotnie „obrazek” do tego utworu miał powstać, ale pewne komplikacje pokrzyżowały nam plany. Zaczęliśmy nawet coś kręcić. Niestety nie udało się tego doprowadzić do końca. Stwierdziłem, że trudno klipu nie będzie, ale kompozycja jest na tyle nośna, że i tak sobie poradzi. Zależało mi, żeby to właśnie ten utwór kończył promocję mojej płyty “Letters I’ll Never Send”.

Jak duży wpływ masz na to, jak wyglądają Twoje teledyski?

Całkowity. Tworząc niektóre piosenki, niemal od początku mam wizję jak mogłyby wyglądać do nich teledyski. Ja cały czas jestem w procesie wymyślania, nakreślania wizji własnych poczynań. Wszystko to, co w nich widać urodziło się w mojej głowie. Oczywiście potrzebuję wsparcia od strony technicznej, ale od strony scenariusza, to są zwykle moje wyobrażenia, które zamieniam później w obraz. Nie ma dla mnie granic, jak przy tworzeniu klipu do “Między sobą” z pierwszej płyty chciałem mieć płonącą beczkę, w której palę zdjęcia, wspomnienia, a także lekko moje brwi.

Czy tworzenie i nagrywanie we własnym zakresie, bez wsparcia wytwórni jest trudne w dzisiejszych czasach?

Jest to dla mnie wygodne. Wszystko sam wymyślam i nikt nie ingeruje mi w to, co robię. Przy nagrywaniu pierwszych piosenek rozsyłałem demo do różnych wytwórni, ale nie było żadnego odzewu. Wziąłem sprawy w swoje ręce i stwierdziłem, że sam spróbuję nagrać i wydać płytę. Pierwszą EPkę “W Niemym Kinie” wydałem w czerwcu 2017 roku. Sam wszystkiego dopilnowałem, sam wyznaczam sobie terminy i za wszystko całkowicie sam odpowiadam. Od niedawna nawet mam pełną kontrolę nad swoim katalogiem muzycznym w serwisach streamingowych.

Czy kompletując piosenki na nowy album masz więcej piosenek, z których wybierasz, co się na nim znajdzie?

Zawsze kompozycji mam więcej, niż ostatecznie nagrywam na nowy album. “Leć”, “Donikąd” i “Więcej” miały znaleźć się na debiutanckiej płycie. Wiedziałem, że wrócę do nich przy pracy nad kolejnym krążkiem. I tak się stało. Nagrałem je na nowo i umieściłem na albumie “Letters I’ll Never Send”. To są dla mnie bardzo ważne utwory. Jak każdy. Nawet teraz, kiedy nagrywam trzecią płytę, nagrałem bardzo dużo materiału, a mam jeszcze wiele piosenek do zarejestrowania.

W jakim miejscu jesteś teraz jako wokalista? Czy zamknięcie promocji ostatniego albumu świadczy o tym, że coś innego już Ci w gra w duszy i inne rzeczy masz teraz do przekazania?

Sam czuję, że się rozwijam. Nie stoję w miejscu. Sam łapię się na tym, że muzycznie smakuję nowych rzeczy, pozwalam sobie na więcej – wokalnie, tekstowo i muzycznie. Koniec promocji albumu dla mnie oznacza to, że zaczynam na nowo rollercoaster (tak jak wspomniałem wcześniej, sam wszystko wydaję) w mojej głowie rozpoczął się dział „Krzysztof Kreft – 3”. Chcę podzielić się tym, co powstało w międzyczasie, ale z piosenkami z poprzednich płyt nigdy się nie rozstanę.

Twoje tekst wydają się bardzo osobiste. Czy uznajesz je jako rozliczenie się z przeszłością?

Tak, to moje katharsis. Rozliczam się z przeszłością, ze wspomnieniami i z niektórymi osobami.

Nie miałeś obaw, że w tekstach opowiesz coś za wiele? Nie wydają Ci się te słowa zbyt osobiste?

Nie analizowałem tego w ten sposób. Wydaję mi się, że te teksty są na tyle uniwersalne, że każdy kiedyś choć przez chwilę czuł coś takiego. Nic co ludzkie nie jest nam obce. Wszystkie teksty są moje. I bardzo się cieszę, że ludzie to czują, odnajdują się w tym.
Nie kalkuluje się pewnych rzeczy, bo inaczej można stracić własną wiarygodność. Bardziej obawiałem się tego, że odbiorę kiedyś telefon z pytanie „czemu znowu piszesz o mnie?”.

Czy można powiedzieć o tej płycie, że składa się z dwóch części? Już to, że pierwsza część składa się z polskich tekstów, a druga część z angielskich, wprowadza pewien podział. To był celowy zabieg?

Jeśli chodzi o teksty, to był zupełny przypadek. Moim celem nie było dzielenie tej płyty na dwie części. Zdecydowanie wolę pisać po angielsku. Język angielski jest łatwiejszy i nawet, gdy piszemy o banalnych rzeczach, to można nadać im takiej wartości, że będą brzmiały niemal poetycko. Po polsku trudniej ubierać myśli i stworzyć z nich piosenkę, która będzie po prostu dobrze brzmiała.

Nawiązując do poetyki, to warto przypomnieć, że śpiewałeś kiedyś poezję śpiewaną.

Mam za sobą bardzo wiele etapów mojej muzycznej podróży. Śpiewałem nie tylko poezję, ale także w chórze Bogu Chwała, próbowałem swoich sił w muzyce rockowej. “Kiedy byłem małym chłopcem” to jedna z tych piosenek, które wtedy wykonywałem. Moja muzyczna przygoda szła przez konkursy recytatorskie, małe festiwale i przeglądy piosenki poetyckiej.

A kiedy zaczęła się Twoja przygoda z muzyką?

Zacznijmy od tego, że ja nie bardzo potrafiłem śpiewać. Gdy trafiłem do Weroniki Korthals zaśpiewałem (wówczas moją ulubioną) piosenkę “Kroplą deszczu” Gabriela Fleszara i… nie trafiłem w ani jeden dźwięk. Z czasem zacząłem szkolić warsztat i z pomocą doskonałej Weroniki zaczynało to w końcu brzmieć. Wymagało to jednak ode mnie dużo pracy i poświęcenia. Mnóstwo ćwiczyłem sam w domu, ale także na indywidualnych zajęciach. Na wirtualnym pianinie uczyłem się trafiać w dźwięki. A teksty pisałem już jako dziecko. Pamiętam takie sytuacje, że spisywałem fonetycznie angielskie słowa z innych piosenek i później przekształcałem je we własne.

Gdzie natrafiłeś na Weronikę Korthals, która uczyła Cię śpiewu?

Weronika od 2006 roku śpiewała w zespole Ha-Dwa-O!, którego byłem fanem. Przez przypadek okazało się, że mieszka w mojej okolicy. Odkryła to moja mama. Byłem tak zagorzałym fanem, że swego czasu nawet prowadziłem jej fan club. Po jednym z koncertów w końcu się poznaliśmy i bardzo się lubimy do dziś i BARDZO wspieramy.

Ale Weronika ma brata – Tadeusza. I to on jest drugą częścią projektu „Krzysztof Kreft”. Tadeusz tworzy muzykę, nagrywa wokale, miksuje, wymyśla, kombinuję i musi wysłuchiwać moich pomysłów „a to zróbmy tak, a to chciałbym tak, może nagram to jeszcze raz, zróbmy tam większe podbicie” i innych takich, ale gdybym nie poznał Weroniki, to nie poznałbym Tadeusza, a wtedy prawdopodobnie nadal bym kiepsko śpiewał, nie nagrywał swojej muzyki i by po prostu muzycznego Krzysztofa Kreft nie było. Jestem cholernie wdzięczny Tadeuszowi, że uwierzył w to, co robię.

Czy jesteś w stanie słuchać swojej muzyki? Czy podobnie jak większość wokalistów nie jesteś w stanie włączać swojej muzyki?

Ja bardzo lubię! Na początku oczywiście krzywię się, że coś bym jeszcze pozmieniał, ale teraz bardzo się uśmiecham słysząc starsze piosenki. Jestem tak osłuchany, że live brzmię jak z płyty. Bardziej mam problem z wykonywaniem niektórych utworów, które stały się moją wizytówką jak np. „Egzemplarz”. Tym utworem kończę każdy koncert.

Rozmawiał Łukasz Dębowski

 

Dodaj komentarz