“Na nowej płycie zawarta jest raczej dobra energia i zabawa” – rozmowa z Marceliną

Długo wyczekiwana płyta Marceliny to wpadające w ucho, melodyjne, gitarowe piosenki wzbogacone tym razem elektronicznymi brzmieniami charakterystycznymi dla producenta płyty Kuby Karasia (The Dumplings).

Zapraszamy na naszą rozmowę z wokalistką nie tylko o nowej płycie pt. “Koniec wakacji”.

fot. materiały promocyjne

Czy nagrywając kolejne płyty zakładasz z góry jakie brzmienie chcesz osiągnąć?

Zawsze mam pomysł na swoje piosenki, ale przy najnowszej płycie “Koniec wakacji” to było bardziej konkretne. Myślę, że wiedziałam dokładnie jakie brzmienie chcę osiągnąć. Wiele rzeczy wychodzi też spontanicznie, nie jestem przecież uzależniona tylko od siebie. Praca z muzykami zawsze dodaje jakieś elementy, które pochodzą od nich samych.

Jednak kiedy szukałam ludzi do pracy nad nowymi piosenkami, wiedziałam, co sobą reprezentują i to, że pasują do mojej wizji muzyki. Stąd zmieszanie brudnych gitar z  elektroniką. Nie zrezygnowałam więc z gitarowego grania. Szukałam nowej jakości na zasadzie wycofania rockowego brzmienia, na rzecz tej świeżości, którą udało mi się uzyskać. Było to możliwe właśnie dzięki zderzeniu tych dwóch światów muzycznych.

To, że ta płyta prezentuje się inaczej to zasługa ludzi, na których tym razem postawiłaś?

Myślę, że to efekt pomysłu na brzmienie i doboru osób by to właśnie brzmienie osiągnąć. Do pracy zaprosiłam producenta Kubę Karasia i gitarzystę Kamila Kryszka. Są też piosenki stworzone jeszcze przy współpracy z Robertem Cichym, z którym pracowałam dotychczas. One powstały wcześniej ale już na fali tych konkretnych  inspiracji i zamysłu. Tak więc były spójne z tym, co powstawało później.

Nie należy się też sugerować, że producentem był Kuba Karaś, bo nie usłyszymy tu typowej dla niego elektroniki.

To dla nas obojga było ciekawe. Kuba chciał się oderwać od robienia tylko elektroniki, ja z kolei chciałam troszkę tej elektroniki wprowadzić. Wyszła nam więc idealna równowaga, a każdy się czegoś nowego nauczył. To chyba jest w tym wszystkim najcenniejsze.

Przy tej płycie pracowałaś też inaczej, bo zaszyliście się gdzieś w górach I tam nagrywaliście?

Ja chciałam oderwać się od wszystkiego i podjąć inną formę współpracy. Chciałam, żebyśmy bardziej przesiąknęli muzyką, która nas inspiruje, co będziemy mogli przełożyć później na proces twórczy. Wcześniej byłam ograniczona terminami w studiu, koncertami i innymi projektami. A tym razem odcięliśmy się od wszystkiego i po prostu nagrywaliśmy kompozycje. Udało się nam wyjechać na 10 dni, gdzie robiliśmy wszystko od podstaw. Myślę, że dzięki temu ta płyta jest spójna. Weszliśmy razem do jakiejś bajki i nie wychodziliśmy z niej dopóki nie skończyliśmy. Mogliśmy się w tej muzyce zatracić.

Jak w ogóle udało Ci się natrafić na ludzi, z którymi współpracowałaś już od pierwszej płyty?

W zasadzie przy każdej płycie pojawiały się nowe nazwiska. Wszystko zaczęło się od piosenki którą zrobiłam razem z Dawidem Korbaczyńskim (Mikromusic) jak mieszkałam we Wrocławiu. Zamieściliśmy ją w Internecie i pojawiła się wytwórnia, która zaproponowała mi wydanie płyty. Wszystko wydarzyło się dosyć szybko. Płytę produkował zespół JUNE, czyli Smoczyński/Pacan/Cichy. Z Robertem Cichym współpracowałam potem dobrych parę lat i w studiu i na scenie ale do następnej płyty zaprosiliśmy np. Kubę Galińskiego (Rusowicz, Dąbrowska, Podsiadło). Płytę Gonić Burzę zrobiliśmy sami  z Cichym.

A teraz połączyłam piosenki stworzone z Robertem z piosenkami, które komponowaliśmy z Karasiem i Kryszakiem w domu w górach. Ciężko powiedzieć co sprawia, że akurat z jednymi praca trwa chwilę a z drugimi zostaje się na lata. Zwykle jest to po prostu chemia i jakieś takie porozumienie na wyższym poziomie. Ale zmiany są potrzebne by ciągle się stymulować, nie korzystać jedynie ze starych patentów.

Zmiany to nie tylko pod względem ekipy, ale także wytwórni.

Po prostu wygasł kontrakt. Co akurat sprawiło, że mogłam pracować przy nowych utworach tak długo jak chciałam i z kim chciałam bez określania się, terminami, budżetami itd. Po prostu zrobiliśmy płytę a potem wszystko potoczyło się samo.

Miejmy nadzieję, że Twoje nowe piosenki będą tak popularne jak jeden zaskakujący duet, a mowa tu o “Karmelove”, który stał się dużym przebojem. Jak doszło do współpracy z Piotrem Roguckim?

To był zupełny przypadek. Najpierw nagraliśmy piosenkę, z bardzo ważnym dla mnie tekstem. I pomimo prób nagrania jej na różne sposoby, najlepiej sprawdzała się w prostej formie – gitara oraz wokal. Przez to nie pasowała trochę do reszty kompozycji. Był nawet pomysł, żeby ją wyrzucić, ale ja jej bardzo broniłam ze względu na tekst. Pomyślałam wtedy, że skoro nie pasuje tu żaden instrument, to może powinien pojawić się jakiś wokal. I wtedy padł luźny pomysł, żeby to był ktoś zupełnie inny niż ja, na przykład Piotr Rogucki. Nagle Kuba Galiński podtrzymał tę myśl i skontaktował się z Piotrem… potoczyło się to tak szybko, że już za kilka dni był gotowy, żeby to nagrać. Zresztą wciąż mamy kontakt.

Pierwsza konfrontacja nowego materiału z publicznością miała podczas Orange Warsaw Festival. Jakie było premierowe przyjęcie tych piosenek?

Tak to prawda. Wtedy podczas godzinnego koncertu zagraliśmy całą nową płytę. Pojawiły się też takie pokusy, żeby zagrać coś starszego, może wspomniane “Karmelove”. Jednak szybko pozbyłam się tej myśli i postawiliśmy tylko na premierowy repertuar. Chciałam przy tej okazji wyjść z czymś zupełnie nowym. Wydaje mi się, że reakcje były całkiem dobre, jak na piosenki, które nie były wtedy nikomu znane. Zamiast “Karmelove” wszyscy krzyczeli “Tańcz!”. Koncert więc pokazał, że jakiś hit mamy (śmiech).

Jednym z bardziej intrygujących utworów na nowej płycie są “Psy”, gdzie wyraźnie słychać trzeszczące, analogowe brzmienie.

Wykorzystaliśmy tam między innymi brzmienie basu, które było w piosence przewodniej “Twin Peaks”. Wizualizacje na koncertach też będą podparte motywem z tego filmu. Pewnie nie da się przełożyć tych trzasków na występ na żywo, ale klimat na pewno będzie utrzymany. Lubię takie analogowe historie, choć nie mam teraz możliwości słuchania winyli. Z braku miejsca i z tego, że ciągle się przeprowadzam. Niemniej bardzo tego typu niedzisiejsza muzyka mi odpowiada.

Inną dosyć charakterystyczną piosenką na płycie “Koniec wakacji” jest “Niby nic”.

Ona ma taki francuski klimat i najbardziej kojarzy mi się z inspiracjami tamtą muzyką np. Jane Birkin, Brigitte Bardot, Serge Gainsbourg czy bardziej dzisiejszą – La Femme. Chciałam tu zawrzeć ten klimat delikatnej gitary, dziewczęcej zwiewności i delikatności. To jedna z moich ulubionych piosenek. Ważny jest też tekst, który napisała Gaba Kulka. A ona jest cudownym człowiekiem i moją mentorką jeśli chodzi o pisanie. Idealnie wstrzeliła się w stylistykę, tego co chciałam przekazać.

“Organizmy” prezentują się natomiast bardziej rasowo, alternatywnie, choć więcej czerpią z elektroniki.

W końcu producentem jest Kuba Karaś.

A czy można powiedzieć, że Twoje teksty są tym razem bardziej osobiste?

Ja bym powiedziała, że są tym razem mniej autobiograficzne. Nie są tak osobiste jak to bywało wcześniej. Większość jest napisana z większym dystansem choć zdarzają się też teksty bardziej kobiece, sensualne, jak właśnie “Organizmy”. Ale zdecydowanie ta płyta nie jest dla mnie tekstowo terapeutyczna.  

Wszystko zaczęło się jednak od piosenki “Tańcz”, która rzuciła na Ciebie nowe światło i stała się zwiastunem tego krążka.

No właśnie! Nigdy nie tańczyłam tyle do swoich kawałków. Ta piosenka to mój manifest dotyczący przebodźcowania, które jest nagminne w naszych czasach. Zewsząd informacje, protesty, płonące tęcze, wyścig do perfekcji, obiecywanie lepszego jutra, zapowiedzi końca świata, wojny itd. Na jeden dzień w tygodniu wyłączam to wszystko i skupiam się na tu i teraz. W piosence tańczę. W realu idę do lasu w całkowitej ciszy i bez telefonu.

Jest jednak druga strona tego utworu pt. “Nie rycz”, także dwujęzyczna.

Piosenki “Wanna Dance” i “Wanna Die” są taką tragikomiczną klamrą. Tańczysz, tańczysz, tańczysz a potem cierpisz, cierpisz, cierpisz (śmiech). Czasem tak się zdarza, prawda?

Czy Ty jako artystka lubisz siebie bardziej melancholijną, czy tę pogodniejszą?

Mówi się, że jak artysta cierpi to pisze lepsze piosenki. Coś w tym jest. Natomiast ja zdecydowanie nie lubię cierpieć. Nie chcę już cierpieć. Na tej płycie zawarta jest raczej dobra energia i zabawa. Mnie się lepiej komponuje smuty w samotności, ale potem na scenie roznosi mnie energia i chcę grać żywiołowe piosenki. Cały szkopuł tkwi w tym, żeby to połączyć.

Czyli koncertowo będziesz jeszcze bardziej pozytywna i skupisz się głównie na nowej płycie?

Zawsze starałam się prezentować spokojniejsze momenty bardziej żywiołowo. Nawet “Znikam” przerobiliśmy na rock’n’rolla, żebym mogła poszaleć na scenie. A teraz stawiamy na premierowe piosenki, dzięki czemu łatwiej będzie przełożyć te kompozycje na koncerty. Starsze piosenki na pewno też będą, ale przearanżujemy je tak, by pasowały do nowej sytuacji.

Rozmawiał – Łukasz Dębowski

 

Dodaj komentarz