“Nasza swoboda twórcza jest potężna i nie chcemy z niej zrezygnować” – rozmowa z Romantykami Lekkich Obyczajów

Płyta “Neoromantyzm” Romantyków Lekkich Obyczajów, to trzeci album utalentowanego duetu z Olsztyna, który ukazał się w kwietniu tego roku.

Poetyckie teksty Damiana Lange i Adama Millera doskonale współgrają z akustycznymi i alternatywnymi brzmieniami.

Na tę okoliczność mieliśmy okazję porozmawiać z zespołem.

Mieszkacie w Olsztynie. Jak udaje Wam się pogodzić działania promocyjne, mieszkając z dala od Warszawy?

Adam: Nie mamy z tym problemu. Płyty wydajemy w odstępie kilku lat, więc w żaden sposób mieszkanie w Olsztynie nie koliduje z przyjazdami promocyjnymi do stolicy. Podróżowanie do Warszawy nazywam „wyjazdami na zabawę” (śmiech).

Wasza nowa płyta pt. „Noromantyzm” różni się od tego, co wcześniej robiliście. Szczególnie inaczej prezentuje się ona  jeśli porównać ją z pierwszym albumem. Czy tworząc nowe kompozycje przyjmujecie jakąś formę, która z założenia ma być inna niż wszystko, co wcześniej wydarzyło się w Waszej muzyce?

Adam: Jeżeli można mówić o jakimś założeniu, to główne jest takie, że każda kolejna płyta ma się prezentować inaczej niż poprzednia. Daje nam to świeże spojrzenie na to, co możemy zrobić z pomysłami, które mamy w głowie. Jeśli wychodzilibyśmy od tego, jak powstaje początek kompozycji, czyli gitara akustyczna i śpiew, to ciągle powstawałby nam pierwszy album. Także chcemy zaskakiwać naszych fanów, prezentując im nowe rozwiązania muzyczne. I chyba ta idea innego brzmienia sprawdziła się także przy naszej nowej płycie. Na pewno nikt nam nie może zarzucić, że odcinamy kupony od „Lodziarki” (śmiech).

Damian: Biorąc pod uwagę powstawanie tej płyty, to przy tej okazji najdłużej rozmawialiśmy o niej, zanim zdążyliśmy coś nagrać. Przy dwóch poprzednich krążkach narzucaliśmy sobie jakąś formę, ale nagrywanie ich przebiegało bardziej spontanicznie, bo nie prowadziliśmy o nich tak długich dyskusji. Tym razem zaznaczaliśmy sobie punkty, żeby wprowadzić elementy elektroniki np. bas elektroniczny. Dzięki temu uzyskaliśmy świeże brzmienie. Trzymaliśmy się jednak schematu piosenki, nie chcieliśmy za bardzo zagęszczać dźwięków, uciekając w ten sposób muzycznie od progresywnego, przydługiego grania.

Adam: Pierwszym zwiastunem nowego brzmienia był „Morfeusz”, którego można było usłyszeć już dwa lata temu. To był jedncześnie „papierek lakmusowy” jak publiczność zareaguje na takie podejście do muzyki. I pierwszy odbiór był taki nie do końca przekonujący.

I jak to potoczyło się dalej? Nie kusiło Was wtedy, żeby jednak zawrócić z tej drogi i dać słuchaczowi, to co już zna?

Adam: Będąc częścią zespołu nie do końca jestem świadomy, jak ludzie nas postrzegają i za co, tak naprawdę nas lubią. Eksperyment z „Morfeuszem” nie zaskoczył na tyle dobrze, by można mówić o euforii fanów na zmianę klimatu naszej twórczości. Oczywiście trzeba słuchać odbiorców, bo w końcu dla nich gramy. Nie wszystko, co jest naszą wizją musi ukazać się w takiej formie, jaką na początku sobie wymyśliliśmy. Także trochę zmieniliśmy to i zmniejszyliśmy dawkę elektroniki. Utrzymaliśmy większą równowagę pomiędzy gitarami akustycznymi, a syntetycznym brzmieniem.

Chcieliśmy, żeby ta pewna cząstka naszej charakterystyki była wciąż rozpoznawalna, chociaż nie do końca używając słów potrafimy ją nazwać.

fot. materiały promocyjne (SP Records)

Czy można powiedzieć, że z Waszej dwójki jest kogoś więcej na nowej płycie?

Adam: Tym razem pracowaliśmy po równo. Przy tym albumie można zdecydowanie powiedzieć, że wszystko robiliśmy we dwóch. Niemal każdy utwór tworzyliśmy wspólnie od zera i pracowaliśmy dopiero, gdy Damian przychodził do naszego studia. Dlatego też tę płytę nagrywaliśmy bardzo długo, bo prawie cztery lata. To nie tak, że przez ten czas nic innego nie robiliśmy, tylko nowe piosenki. Po drodze przydarzyło nam się wiele koncertów. Po drugim albumie byliśmy wyjałowieni, mieliśmy pustą szufladę z piosenkami i szukaliśmy nowych pomysłów. Poza jednym utworem, którego tekst Damian napisał lata temu tj. „Przyszła zaspana”.

Gdzie szukaliście pomysłów na nową płytę?

Damian: W przypadku płyty „Neoromantyzm” mieliśmy dużo wersji „szkieletowych”, które nagrywaliśmy telefonem na próbach koncertowych. Wszystko działo się samoistnie. Podczas zgrywania starego materiału przed koncertem, przychodził moment, że wpadały nam pomysły i nagle zaczynaliśmy grać coś nowego. Takie momenty rozluźnienia w czasie trwania prób były bardzo inspirujące. Do niektórych kawałków później wracaliśmy. Jeden z naszych utworów pt. „Taki raj” powstał z zapętlenia dwóch innych „zajawek” muzycznych. Przy nagrywaniu płyty posiłkowaliśmy się różnymi, bardzo wstępnymi pomysłami, zarejestrowanymi w różnych okolicznościach.

Adam: Czasem zjawiała się tak zwana „wena”, siadaliśmy wtedy nad kompozycją i konstruowaliśmy ją od samego początku. Trochę na zasadzie nagrywania pierwszej płyty, kiedy to byliśmy w stanie stworzyć numer w trzy godziny. A cały album nagraliśmy przecież wtedy w trzy weekendy.

A jeśli chodzi o efekt końcowy czyli nagranie płyty? Były jakieś naciski ze strony SP Records, że już czas wydać coś nowego? Jak traktujecie finalnie wydanie płyty?

Adam: Absolutnie nie. Wolność twórcza jest podstawą tworzenia. To musi się zadziać coś w głowie muzyka. Płyta jest w pewnym sensie dziełem. Dla malarza nie są najważniejsze szkice, tylko efekt końcowy czyli obraz. W naszym przypadku jest podobnie. Fizyczny album można wpisać w dyskografię, przypisać do niej datę i listę piosenek.

To jest wycinek naszego artystycznego życia, stąd powinno dążyć się do tego, żeby zbiór piosenek ułożyć w jakąś historię i zapisać ją na krążku. Zamknięcie w pewnych ramach ma swój sens i jest zwieńczeniem naszej pracy. Nie jestem zwolennikiem wydawania w nieskończoność singli. Wolę umieścić je na płycie i przypisać je fizycznie, nadając im efekt końcowy, który jest w pewnym sensie namacalnym dziełem. I później każdy może z tego korzystać.

Płyta otwiera też nowe możliwości. Dzięki temu przypominacie się publiczności i możecie znów więcej koncertować.

Damian: Dokładnie tak. Nowe piosenki przynoszą pretekst, by znów częściej spotykać się z fanami. Daje to możliwość wyruszenia w dłuższą trasę koncertową, co jest dla nas bardzo ważne. Nie nagrywamy dla siebie i chcemy dawać z siebie jak najwięcej dla naszej publiczności.

A jak odnosicie się do tego, że przypisuje się Waszą twórczość do muzyki alternatywnej? Przecież Wasza muzyka jest bardziej różnorodna.

Adam: Nie wiem do końca, co to tak naprawdę znaczy. Wolałbym określenie underground. Chociaż ten przepastny gatunek pt. „alternatywa” nie kojarzy się przecież źle. Być może to chodzi o to, że przypisywanie czegoś do alternatywy oznacza, że coś posiada elementy, które są w pewnym sensie sztuką. A w przypadku muzyki, to oznaczać może, że masz możliwość posłuchania czegoś, co nie jest pospolite. Coś nieoklepanego może być w tym wypadku także rozrywkowe.

Żyjemy w czasach, kiedy tworzy się już piosenki, które niosą ze sobą coś więcej, a jednak doskonale mogą sprawdzać się w radiu. Dobrym przykładem są Fisz Emade, którzy zaczynali od rapu, a teraz tworzą kompozycje bardziej wymuskane, które są alternatywą, ale jednak stoją otwarci do szerszej publiczności.

„Alternatywa” powinna być do czegoś np. do mainstreamu, a przecież wielu wykonawców stało się bardziej mainstreamowi niż wcześniej, gdy siedzieli głęboko w undergroundzie. Także pewne pojęcia zacierają swoje znaczenie.

Damian: Z drugiej strony, w jaki sposób można byłoby określić naszą muzykę. Przecież nie jest to piosenka popularna. Alternatywa w naszym przypadku jest tym, żeby artysta mógł robić to, na co ma ochotę. I nie robimy świadomych zabiegów, które mają na celu trafienie do szerokiej publiczności, słuchającej jedynie artystów popowych.

Wszystko robicie od początku do końca sami. A nie mieliście pokusy, żeby oddać chociaż jedną piosenkę komuś z zewnątrz, kto spojrzy na Waszą twórczość z innego punku widzenia? Być może byłoby to w jakiś sposób dla Was inspirujące.

Adam: Nie wiem, czy bym potrafił. To wynika z mojego charakteru, że lubię mieć pełną kontrolę nad tym, co robimy. Dla mnie dopiero wtedy jest to w pełni autentyczne. Jeżeli coś nam się nie uda, wtedy możemy mieć pretensje jedynie do siebie. Jeżeli jakiś fan napisze w mediach społecznościowych, że coś mu się nie podoba, wtedy wiem, jak to odnieść, bo to ja jestem w 100 % twórcą. Odpowiedzialność artystyczną ponosimy wyłącznie my, co mi bardzo odpowiada. Tym bardziej, że forma Romantyków Lekkich Obyczajów ma być lekka, bez napięcia i zamykania się w innych, nie przekonujących nas ramach. Dlatego też każdy element tworzenia musi pochodzić od nas.

Damian: Nasza swoboda twórcza jest potężna i nie chcemy z niej zrezygnować. Być może chcielibyśmy współpracować np. z Marcinem Borsem, ale nie jest to koniecznością, bez której nie jesteśmy w stanie sobie poradzić. Wydaje mi się, że mamy w sobie tyle kreatywności, że nie musimy wspomagać się kimś od strony technicznej.

Adam: Poza tym trzeba wspomnieć o jeszcze jednym, ważnym aspekcie. Wiele rzeczy opiera się na pieniądzach. Nagrywamy u siebie w domu, gdyż godzina w studiu kosztuje całkiem sporo. Chcielibyśmy nagrać teledysk koncertowy, ale przecież od strony technicznej nie jesteśmy w stanie zrobić tego sami. Poza tym spotykamy się w dowolnym momencie na tworzenie nowych kompozycji. Nie mamy presji czasu, co nam bardzo odpowiada. Także my musimy to robić sami od początku do końca. Dzięki temu wiele nauczyliśmy się pracować we własnym zakresie.

fot. Piotr Doweyko

Czy macie piosenki, które nie znalazły się na płycie „Neoromantyzm”? Odrzuciliście je z jakiegoś powodu w późniejszym okresie tworzenia?

Adam: Przy tym albumie zdarzyło się po raz pierwszy, że dwa utwory nie znalazły się na nim. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak wielu kompozycji, by z nich rezygnować. Zwykle wręcz przeciwnie, mieliśmy ich za mało. Wytwórnia wtedy podpowiadała, żeby stworzyć jeszcze coś, co być może będzie singlem. Dzięki temu nagraliśmy na drugą płytę „Ziemia planeta ludzie” i „Gwiazdy spadają”, które są jednymi z fajniejszych numerów koncertowych.

To co odrzuciliśmy nie pasowało klimatycznie do „Neoromantyzmu”. Jednym z nich był numer z mocniejszym przekleństwem, które sądząc po odbiorze osób najbliższych, nie było najlepszym pomysłem. Poza tym odstawał od reszty materiału, ze względu na zbyt kabaretowy charakter.

Wspomniałeś, że nowe utwory testujecie na osobach najbliższych. A zdarza się ta, że gracie je wcześniej na koncertach, zanim ukażą się na płycie?

Adam: Nigdy tego nie robiliśmy. Dopiero gotowe piosenki zarejestrowane w studiu przekładamy na koncerty. Musimy je czasem nieco okroić. Studyjnie są zbyt „bogato” zaaranżowane, by móc je odtworzyć w takiej samej formie. Także gdy kompozycje są już gotowe, spotykamy się z naszym składem koncertowym i decydujemy, czy w tym numerze mam zagrać na gitarze, czy na basie. Robimy je wtedy od początku na nowo. Zresztą zapraszamy wszystkich na nasze koncerty, żeby samemu sprawdzić, jak wygląda przełożenie utworów zarejestrowanych studyjnie do koncertów. Wydaje nam się, że jest inaczej, ale równie ciekawie.

Czy odsłona koncertowa Waszego repertuaru wygląda inaczej w plenerach, a jeszcze inaczej w klubach? Dostosowujecie się do publiczności i miejsca, gdzie macie zagrać?

Adam: Nie zmieniamy znacząco listy piosenek. Wychodzimy z założenia, że jeśli ktoś nas zaprasza, to wie, jaką muzykę gramy. Przygotowujemy się zawsze w ten sam sposób. Jeśli mielibyśmy ograniczenia pod tym względem, to po prostu nie zagralibyśmy w miejscu, gdzie mógłby nie pasować komuś nasz repertuar.

Damian: Jesteśmy na etapie układania utworów na sezon letni. Na pewno nie zagramy jedynie piosenek z nowej płyty. Póki co w większości miejsc, gdzie się pojawimy będą to koncerty plenerowe. A wiadomo, że musimy wtedy postawić na nieco bardziej energetyczny repertuar. Z trzech płyt mamy, co wybierać.

Wspomnijcie jeszcze o gościach, którzy pojawili się na „Neoromantyźmie”, bo to też jest w Waszym przypadku pewna nowość.

Adam: W piosence tytułowej pojawił się Grabaż. Nie jest to osoba przypadkowa, bo znamy się z nim już parę lat. Wpadliśmy na ten pomysł, gdy nagrywaliśmy ten kawałek we wsi pod Mrągowem. To był pewnego rodzaju żart. I kiedy usłyszałem jak Damian śpiewa, pomyślałem, że robi to w sposób podobny do Grabaża. Porozmawialiśmy o tym z szefem SP Records i pokonując kolejne etapy, udało nam się namówić Krzysztofa, żeby zasilił nas w tym utworze. Przy okazji nagraliśmy też fajny teledysk.

Damian: Kolejnym muzykiem, który pojawił się na naszej płycie był Łukasz Przyborowski. Słuchając nowych utworów chcieliśmy jakiegoś uzupełnienia, stad pojawienie się dodatkowego instrumentu w postaci trąbki. A to, że zespół Enej, w którym Łukasz udziela się jest z naszych okolic, zaprosiliśmy go do nagrania tego instrumentu w pięciu piosenkach.

Na co chcieliście zwrócić uwagę w „Kobietotaliźmie”?

Adam: Robiąc muzykę nie próbujemy się wpisać w czasy, w których żyjemy. Damian wciąż żyje w innej rzeczywistości. On jest romantykiem i nie próbuje przyglądać się dzisiejszej rzeczywistości. Dlatego nie doszukiwałbym się tutaj współczesnego komentarza, na to, co dzieje się teraz dookoła nas. Wolimy być postrzegani przez pryzmat szeroko rozumianego „Neoromantyzmu”.

Rozmawiał:

Łukasz Dębowski

 

Dodaj komentarz