Robert Cichy z pierwszą solową płytą pt. “Smack”

Nasz ocena

Robert Cichy to gitarzysta, kompozytor, producent, a nawet wokalista. Ma na swoim koncie współpracę z wieloma artystami polskiej sceny muzycznej. Jego kompozycje znajdziecie m.in. na płytach Piotra Zioły, Marceliny, Julii Pietruchy. A jego samego usłyszycie w piosenkach Ani Dąbrowskiej, Moniki Brodki, czy też Ani Rusowicz.

Przed laty tworzył ciekawy projekt June. Teraz przyszła kolej na jego w pełni solowe działania muzyczne. W lutym 2018 ukazała się jego płyta pt. “Smack”.

Recenzja płyty “Smack” – Robert Cichy (Nana Music, 2018)

 

Słuchając pierwszej solowej płyty Roberta Cichego pt. „Smack” można odnieść wrażenie, że to muzyczny szaleniec. Kręcą go żywe motywy muzyczne z amerykańskich prerii, gdzie country nie jest formą piosenki samej w sobie, ale stanowi naturalny odruch. Także bez obciachu prezentuje elementy urban country (jak to sam nazywa), ale podane w hip-hopowej energii.

Jak można połączyć tak skrajne elementy? Robertowi to się udało, a słuchanie tego albumu, to podróż w odległe rejony, nie mające nic wspólnego ze słowiańską melodyką.

Co ważne, nie należy do tej płyty podchodzić jak „do jeża”, bo muzyk zdobywając przez lata doświadczenie (nagrywał m.in. z Anią Dąbrowską, Marceliną, Anią Rusowicz i Urszulą Dudziak), wie jak opanować taką muzykę w formie kompozycji, która będzie przyswajalna i dobrze słyszalna w nośnikach muzycznych.

Gości tu niewiele, a to dlatego, że miała to być w pełni jego autorska płyta. I faktycznie muzyk odpowiedzialny jest za każdy element tego krążka. Nagrał wszystkie wokale i instrumenty (gitary, basy, syntezatory, banjo czy bałałajkę). Trzeba jednak zauważyć, że oprócz Roberta, usłyszymy na wokalu także Anię Dąbrowską („Old Times Girl”) i australijskiego wokalistę Phillipa Brackena („The Road”).

Ich obecność nie ucieka jednak od założeń albumu i ciągle są to dźwięki bliskie muzykowi, a nie gości, którzy tu się pojawili. Zresztą nie dziwi obecność Ani, skoro od lat Robert współpracuje z wokalistką przy jej kolejnych płytach.

W ogóle określenie Cichego jako debiutanta brzmi trochę pretensjonalnie, skoro muzyk ma na ścianie już kilka (a może kilkanaście?) złotych i platynowych płyt, nie tylko za twórczą pracę z Dąbrowską.

Dlatego też jego muzyczna podróż jest fascynująca i w pełni świadoma. Wymyślił sobie formę, która w naturalny sposób oddaje jego fascynacje muzyczne. Ta muzyka powstała jednak nie tylko z wypracowania własnej świadomości muzycznej, ale także z naturalnych pobudek, którymi powinien kierować się każdy artysta nagrywający płytę.

Słychać, że komponowanie sprawia mu przyjemność i dzięki temu udało się stworzyć album, będący poza wszelkimi oczekiwaniami. Nie spodoba się to pewnie rozgłośniom radiowym, bo całość nie jest odpowiednio przystępna (czytaj – oczywista) i każdy utwór jest po angielsku.

Warto zwrócić uwagę na spokojniejsze momenty, które w balladowym podtekście zawsze uzupełnione są wytrawnie podanymi gitarami. Takim mocnym akcentem jest jeden z najstarszych na płycie „Close The Doors”. Dobra melodia, fajnie podana rytmika i do tego przekaz są siłą tej piosenki. Występuje w tym popowa przejrzystość, która świadczy o przystępności jego muzyki. To nie są historie kompletnie wyrwane z dzisiejszej rzeczywistości muzycznej. I do tego produkcja jest tu na najwyższym poziomie.

A o co chodzi z tym hip-hopem? Całość wraz z Robertem zmiksował Dj Eprom, nadając tej płycie odpowiedniej głębi, dzięki czemu niektóre kompozycje mają dobrze siedzące bity. Zresztą “Henhouse” to znów muzyczny pojedynek z DJ BRK. No i nie ukrywajmy Cichy nie jest wykwalifikowanym wokalistą, przez co jego podawanie tekstu czasem staje się po prostu „nawijką”. Wystarczy posłuchać „Remitting”, by przekonać się, że wokal przybiera różne formy.

Album „Smack” posiada czytelną charakterystykę, pomimo zderzenia się na nim kilku muzycznych światów. Wygrywa jednak niewspółczesna, oderwana od popowej poprawności, jasność tej płyty. I okazuje się, że Robert Cichy, będący na co dzień z boku sceny, posiada tyle charyzmy, że może spokojnie dzielić się nią występując pod własnym nazwiskiem, ale też z wykonawcami, którzy mogą się od niego wiele nauczyć.

Łukasz Dębowski

Dodaj komentarz