Anita Lipnicka z nową płytą pt. “Miód i dym”

Nasz ocena

Jesień to wysyp polskich nowości płytowych. Przynajmniej kilkanaście propozycji zasługuje na głębsze poznanie. Jedną z nich jest nowa płyta Anity Lipnickiej pt. “Miód i dym”.

Recenzja płyty “Miód i dym” – Anita Lipnicka (Warner Music Poland, 2017)

Słuchając Anity Lipnickiej na jej najnowszej płycie pt. “Miód i dym”aż chce się wszystko rzucić za siebie i uciec od codziennych spraw. Powleczenie tych piosenek żywą warstwą instrumentarium i pięknymi melodiami, to najlepszy patent na ten album.

Lekkość kompozycyjna, śpiewny charakter oraz po prostu dobre kompozycje, przywołują najlepsze momenty w twórczości Anity. Jednak trzeba przyznać, że te piosenki, choć budzą skojarzenia z przeszłością, są zupełnie nowym rozdziałem w jej dorobku.

Organiczny wydźwięk kompozycyjny magnetyzuje tym razem ze zdwojoną siłą. Udało się stworzyć balans pomiędzy popową kompozycją, a alternatywnym indywidualizmem. Wokalistka znalazła porozumienie z zespołem i powstały piosenki pełne fascynacji do amerykańskiego folku, lekkiego bluesa, a nawet naturalnego country.

Dzięki namierzeniu wspólnej artystycznej drogi ten krążek prezentuje się spójnie. Nawet “Ptasiek”, którego poznaliśmy już rok temu odnalazł wygodne miejsce na tej płycie.

Większość kompozycji popełniła sama Anita, ale nie zabrakło też wkładu Johna Porterera, który stworzył muzykę do trzech anglojęzycznych utworów. I także one w żaden sposób nie odstają od całości i nie budzą nachalnych skojarzeń z wcześniejszym graniem w duecie.

Sporo na tej płycie ładnej melancholii, ale tym razem nie wyzwalającej smutku, a raczej przynoszącej refleksję. Do takich godnych uwagi należy balladyczny klimat “Za Tobą”.

Trzeba też wspomnieć o pogłębionym nastroju “Tęczowej”, do czego przysłużyli się Julia Pietrucha i Ralph Kamiński. Mocniejszy przekaz nie zabiera uroku tej jakże ważnej, także ze względu na tekst kompozycji. To jedna z lepszych słownych refleksji w dorobku Anity.

No i ten zaciszny, niedzisiejszy wydźwięk “Back To The Sea”, z udziałem Fismolla, który porusza się w podobny sposób po takich akustycznych obszarach.

Z gości trzeba jeszcze wymienić Tomka Makowieckiego, który w “Jak Bonnie i Clyde” nadał własnej indywidualności, tej znanej z wcześniejszych dokonań muzyka.

Nienachalnie balladowe, pełne nieposkromionego uroku są te piosenki. W swej prostocie najprawdziwsze, jakie mogła Anita nagrać. I nawet nie razi country w “Whiskey Song”. Takie puszczenie oka do słuchacza można uznać za bonus.

Ważne, że udało się stworzyć album idący z dzisiejszymi zapatrywaniami wokalistki na muzykę. Dalekiej od modnych ulepszaczy, syntetycznych brzmień i przeładowania produkcyjnego.

Do tej płyty można wrócić za kilkanaście lat i kolejny raz sprawi taką samą przyjemność, nie tracąc przy tym nic na swojej jakości.

Łukasz Dębowski

Dodaj komentarz