Mery Spolsky wreszcie z płytą

Nasz ocena

Dziś proponujemy Wam kolejną płytę i jest nią “Miło było Pana poznać” Mery Spolsky.

Wokalistka ma za sobą już bogate doświadczenie sceniczne. Wzięła udział w wielu konkursach, na których zdobyła szereg nagród m.in. zajęła drugie miejsce na “Grechuta Festival”, wyróżnienie SAWP w konkursie Debiuty na 54 Festiwalu w Opolu, pierwsze miejsce w plebiscycie Radia TOK FM z piosenką “Kiedy mnie już nie będzie”(Seweryn Krajewski), nagroda główna na festiwalu “Pejzaż bez Ciebie” z piosenką “W dzikie wino zaplątani” (Marek Grechuta).

A jak prezentuje się jej debiut fonograficzny, o tym w dzisiejszej recenzji.

 

 

Recenzja płyty “Miło było Pana poznać” – Mery Spolsky (Kayax, 2017)

Z Mery Spolsky mogą mieć problem wielbiciele klasycznie skonstruowanej piosenki popowej. Bo trzeba przyznać, że na debiutanckiej płycie pt. “Miło było Pana poznać” nie znajdziemy utworów stworzonych w typowy sposób.

Całość zabarwiona jest elektroniką, ale w tle pulsuje gitara basowa i pojawia się też perkusja. Przymrużenie oka tworzy jednak wyznacznik tego krążka. Dystans i poczucie humoru, którymi posługuje się wokalistka, stają się drogowskazem prowadzącym przez te kompozycje.

Mery artystycznie jest “crazy” wokalistką. I anglojęzyczny wtręt nie jest tu przypadkowy. W końcu na początek dostajemy, przestrzennie zaaranżowaną, wprowadzającą piosenkę pt. “Dzień dobry Very Much”.

Dalej przyjmujemy kilka mocnych, muzycznych ciosów. Do nich trzeba zaliczyć tytułowy utwór “Miło było Pana poznać”, z wyraźnie zakreślonym, przewodnim motywem muzycznym i melorecytacją Mery, która zmienia się w śpiewne refreny. To powinien być przebój!

Taneczny podtekst, w nośnej piosence pt. “Wrzesień (nie rób mnie w konia, au!)”, świadomie balansuje na granicy kiczu i pastiszu. Dzięki temu łatwa do załapania zagrywka muzyczna wypada na korzyść i nie da się jej nie polubić.
Bardziej zaawansowana elektronika pojawia się w kawałku “Przegapiłam pogrzeb swój”. Powykręcane słowa oddalają go od na pozór poważnego tonu.

Oczywiście nie wszystko budzi jednoznaczny uśmiech, bo w końcu teksty powstały na podstawie prawdziwych historii, czyli zamiłowania do pewnego “Pana”, który pojawił się i zniknął. Na wszystko patrzmy jednak z dystansem.

Kiedy inni silą się na tworzenie piosenek w ambitnym elektro-popie, Mery podchodzi do swojej twórczości bez nadęcia na coś wielkiego. I to jest jej główna zaleta. Słuchając tej płyty można odnieść wrażenie, że wszystko przyszło jej z dużą łatwością. Jakby tylko ona była nierozerwalną częścią tych pulsujących dźwięków i dalekich od przewidywalności tekstów.

Ten album jest dowodem na to, że rozrywka nie musi być do bólu przewidywalna i nie trzeba powielać po raz kolejny sprawdzonych patentów, by nagrać po prostu coś fajnego. No i trzeba wspomnieć o pięknym wydaniu tego krążka. Warto mieć w formie fizycznej.

Łukasz Dębowski

Jedna odpowiedź do “Mery Spolsky wreszcie z płytą”

Dodaj komentarz